Artykuły,Publicystyka

D. Zbytek: Legenda Mahatmy Gandhiego

ghandiNa półkach księgarskich w Stanach Zjednoczonych w kwietniu 2011 roku ukazała się książka Josepha Lelyvelda  „Great Soul – Mahatma Gandhi and His Struggle with India”, (“Wielki duch –Mahatma Gandhi i jego zmagania z Indiami”)  , wyd. Alfred A. Knopf, New York 2011. Wywołała ona ogromne zainteresowanie – od aplauzu w Stanach i Europie, po gwałtowny sprzeciw i zakaz rozpowszechniania w Indiach.  Autor przedstawia Gandhiego jako realnego człowieka, z jego wadami i zaletami,  ale przede wszystkim jako polityka, którego  idee zostały  przekształcone w mit  polityczny na potrzeby  aktualnej rządzącej elity służący jej do realizacji aktualnych doraźnych celów.

Książka opisuje drogę polityczną Gandhiego. Nie jest to standardowa biografia, autor niewiele czasu poświęca czasom dzieciństwa i wczesnej młodości przyszłego przywódcy Indii, ani też okresowi jego studiów prawniczych w Wielkiej Brytanii. Nie odbiegały one od standardów ówczesnej zamożnej indyjskiej młodzieży. Gandhi urodził się 2 pażdzienika 1869 rokuw miejscowości Porbandar, stolicy niewielkiego księstwa w Gudżaracie, obecnie stanie w zachodnich Indiach. Jego dziad i ojciec byli głównymi urzędnkami, zarządcami administracji księstewka, noszącymi tytuł „diwan”. Należeli do kupieckiej kasty Modh Bania, w strukturze indyjskiego społeczeństwa poniżej kast bramińskiej i kszatrija, (czyli wojowników), ale powyżej kast szudrów, czyli chłopów. Modh Bania to rozpowszechniona w całych Indiach kasta, do niej należy duża część zamożnego kupiectwa i wielu urzędników – tak było w czasach Gandhiego, i tak jest dzisiaj.

Autor stara się zrozumieć, jak to się stało, że młody, świeżo wyedukowany prawnik, wysłany przez rodzinę do Południowej Afryki w celu pomocy tamtejszym kupcom, głównie muzułmanom pochodzacym z Gudżaratu w ich zmaganiach z administracją ówczesnych kolonii na terenie dzisjejszej Republiki Afryki Południowej: państw białych holenderskich osiedleńców i kolonii brytyjskiej Kraju Przylądkowego. Gandhi przeistoczył się w Afryce z biegłego zawodowo rzecznika interesów swoich pracodawców w przywódcę, który stworzył polityczny ruch masowy – najpierw wśród ludności indyjskiej w Afryce, a potem, na znacznie większa skalę, w Indiach.

W Afryce Gandhi spędził 21 lat i przybył do Indii w 1914 roku już jako w pełni ukształtowany czterdziestopięcioletni polityk, doświadczony w bojach z białą administracją kolonialną, świadomy możliwości, jakie daje działanie polityczne w oparciu o szerokie rzesze społeczeństwa. Poczatki działalności politycznej Gandhiego wynikały z jego roli, jako adwokata zamożnych kupców pochodzących z Indii, których ani biali europejscy osadnicy, ani brytyjska kolonialna administracja nie uznała za pełnoprawnych obywateli, sprowadzając ich do ludzi drugiej kategorii, jak najemni robotnicy z Azji Południowej czy wręcz miejscowi Murzyni. To była ciężka obraza, zarówno dla Gandhiego, jak i jego pracodawców. Indyjski adwokat udawadniał, że tradycje kulturalne wykształconych Hindusów nie są gorsze od tych, które mają biali, a zrównanie ich do poziomu czarnych, czyli jak to wtedy określano pogardliwie „kafir” jest niegodne i niewłaściwe. Swe zmagania na drodze prawnej Gandhi przegrał, jednak jego walka w sądach i z urzędnikami kolonialnymi były bacznie i z sympatią obserwowane przez jego indyjskich ziomków w Afryce i Indiach. Nie przez miejscowych Murzynów – relacje między Hindusami a ludnością miejscową były napięte. Wynikało to z pozycji, jaką zajmowali Hindusi – pośrednie między białymi a czarnymi, ale także z pogardy, jaką odczuwali imigrancji z Indii wobec miejscowych, uznając ich za prymitywnych, a także postawy samych Afrykańczyków, dla których wszyscy obcy pozbawiali ich ich własnej ziemi. W tym czasie, pod koniec XIX wieku rodził się także nowoczesny ruch niepodległościowy ludności miejscowej, a ich przywódca John Langalibalele Dube mieszkał kilka kilometrów od farmy zbudowanej przez Gandhiego i jego zwolenników na wzór tołstojowskiej Jasnej polany. Obaj panowie kilkakrotnie się spotkali, Dube także miał brytyjskie wykształcenie i pochodził z zuluskiej rodziny królewskiej, ale Gandhi nie był zainteresowany podjęciem akichkolwiek wspólnych działań, podzielał uprzedzenia swoich ziomków, a nawet  w czasie wojny z Zulusami, Gandhi utworzył przy armii kolonialnej oddziały indyjskich ochotników – sanitariuszy – na ich udział po stronie Brytyjczyków i Afrykanerów, jako żołnierzy nie zgadzali się biali, mimo usilnych zabiegów Gandhiego.

Przegrawszy na salonach władzy, niespodziewanie dla siebie, Gandhi odkrył inne, skuteczne narzędzie politycznego oddziaływania. Zaczęło się od strajku białych górników, którzy odniesli zwycięstwo i uzyskali znaczne podwyżki płac, skrócenie dnia roboczego, ubezpieczenia w razie wypadków – ich zmagania były podobne, jakie w tym czasie miały miejsce w Ameryce Północnej i Europie. Indyjscy robotnicy najemni poszli w ich ślady – Gandhi włączył się do ich walki, choć starał się nadać ich zmaganiom religijny i kulturowy charakter. Hinduscy wyrobnicy ponieśli klęskę – propagowana przez Gandhiego „satyagraha”, czyli pasywy opór w afrykańskich warunkach okazał się całkowicie nieskuteczny – druga strona nie miała zamiaru pójść na jakiekolwiek ustępstwa, a bezpośrednimi wykonawcami woli białych stali się czarni pomocnicy policji, brutalnie rozprawiając się z nielubianymi Hindusami. Hindusi byli ponadto stosunkowo mało liczną  mniejszością, liczacą wówczas około 100 tysięcy ludzi, wobec milionów czarnych i kilkuset tysięcy białych.

Gandhi tą klęskę zaprezentował jako zwycięstwo – duchowe zwycięstwo. Zjednoczył wszystkich Hindusów wobec wspólnej sprawy. Wtedy też pojawił się nowy Gandhi, ubrany w strój indyjskiego chłopa. Zniknąło wcześniejsze wcielenie Gandhiego – europejskiego dandysa, bywalca salonów, zaprzyjaźnionego z wieloma Europejczykami. Te opisane przez L. europejskie przyjaźnie, a szczególnie jedna, z Kallenbachem, niemieckim Żydem pochodzacym, jak to autor książki pisze, z Kaliningradu w Prusach Wschodnich, najbardziej irytuje dzisjejsze indyjskie elity. Gandhi w swoim macierzystym kraju stał się ikoną, bożyszczem, pozbawionym ludzkich cech, którego myśli i postępowanie zawsze i wszędzie było nieskalane. A L. po prostu pisze, że Kallenbach był partnerem seksualnym Gandhiego, który dla niego porzucił rodzinę i zamieszkał w jednym domu, gdzie, jak to piszą im współcześni, żyli jak mąż i żona. W Indiach homoseksualizm nie jest napiętnowany, ale uważany za skłonności oczywiste dla odrębnej kasty, traktowanej z dystansem jako wcielenie złych i dobrych demonów, której przedstawiciele są obowiązkowo obecni na weselach, ale na pewno nie do przyjęcia dla kogoś, kto był, i dalej propagandowo jest, przywódcą Narodu. Inna jeszcze skłonność seksualna Gandhiego wywołała zastrzeżenia w jego czasach, a teraz uznana byłaby za poważne przestępstwo. To tak zwana „brahmacharya”, czyli  wstrzymanie się od wszelkich kontaktów seksualnych z kobietami. Sama idea wstrzemięźliwości seksualnej jest powszechnie znana, jak wiemy księża katoliccy z różnymi rezultatami starają się ją stosować, zastrzeżenia budziła tylko forma sprawdzenia się Gandhiego w jego wytrwałości – spał nago z równie nagą siedemnastoletnią dziewczyną Manu, córką swego bratanka. W tym dążeniu do ideału Gandhi nie zważał na uczucia innych, nie brał pod uwagę psychicznych reakcji Manu – ważne tylko były jego doświadczenia i dążenie do doskonałości.

L. pokazuje Gandhiego, jako człowieka, dla którego polityka była żywiołem życia. Podporządkował jej swe życie rodzinne, swe przyjaźnie, swoje życie duchowe, swój sposób odżywiania i ubioru. Na pewno chciał być kimś, wyróźnić się z tłumu, ale robił to jakby przy okazji, zręcznie sterując nadarzającymi się okazjami. W czasie studiów przystąpił do ruchu teozoficznego, jedynej europejskiej ideologii, która podstawy swych idei upatrywała w Azji, szczególnie w Indiach. To słynni wyznawcy szarlatanki Bławackiej, której bzdurne książki zachwycały Hitlera i jego brunatnych zwolenników. To od niej naziści wzięli ideę czystych rasowo Aryan  i swastykę. Gandhi w te bzdury nie wierzył, choć imponowało mu teozoficzne uznanie dla indyjskiej kultury, ale najistotniejsze było to, że poznał wtedy wiele osób np. Kallenbacha, które przydały mu się w późniejszych kontaktach.

Gandhi uznany został po powrocie z Afryki do Indii przez swych ziomków za świętego, mahatmę. Wpasował się w indyjska tradycję wędrujących po całym kraju oświeconych mężów, praktykujących wstrzemięźliwość seksualną, częste głodówki z różnych okazji, chroniący święte krowy, ubranych w strój prostego chłopa. W kraju nad Gangesem tego typu święci mężowie są dość powszechnym zjawiskiem. Zwani sadhu, nago lub w skromnym odzieniu, chodzą od wsi do wsi, poprzez miasta, propagując swoją idę dojścia do duchowej doskonałości. Gandhi robił to samo, – ale swoja pozycję żywego świętego po raz pierwszy w dziejach licznych zastępów sadhu skierował nie na samodoskonalenie wewnętrzne  siebie i swoich rodaków, ale jako instrument politycznego oddziaływania, sposobu zjednoczenia wokół siebie milionów ludzi z całych Indii, wskazując im przyczynę ich ciężkiego losu – administrację kolonialną Wielkiej Brytanii. Połączył w ten sposób odwieczną tradycję oświeconych – takich jak Budda, dżainów Mahaviry, licznych zastępów sanyasi braminizmu ze światem polityki XX wieku – masowych ruchów totalitarnych, masowej komunikacji, buntu mas, jak to opisywał Ortega y Gasset. Było to oczywiste już dla współczesnych Gandhiego – Churchill go określał, jako bolszewika, demontującego wspaniałe brytyjskie imperium. Oczywiście Mahatma nie był bolszewikiem, nie chciał rewolucji społecznej. Znacznie bliższy był mu Lew Tołstoj, z którym zresztą korespondował, niż awangarda klasy robotniczej, krwawo rozprawiająca się z wszelką polityczną i ideową konkurencją. Gandhi, podobnie jak Tołstoj, marzył o powrocie do przeszłości, takiej, jaka nigdy nie istniała, ale którą obaj, Rosjanin i Hindus, wytworzyli w swoich wyobrażeniach, zaludnionej przez dobrych, uczciwych i spokojnych chłopów, przędących swoje odzienie na kołowrotkach, uprawiających niewielkie pola, czczących miejscowych bogów i tradycyjne hierarchie.

Gandhi w swej politycznej retoryce propagował trzy idee: ahimsa, czyli unikania przemocy, jedności muzułmańsko – hinduistycznej oraz likwidacji tradycji kastowej, przede wszystkim pełne włączenie tzw. „niedotykalnych” na równych prawach do reszty społeczeństwa.

Wszystkie te trzy idea, bardzo nagłośnione w świecie, w samych Indiach poniosły klęskę. Ahimsa skończyła się w masowych, często krwawych demonstracjach, jedność muzułmańsko – hinduistyczna okazała się mrzonką wobec bezwzględnych walk obu społeczności, które swe apogeum osiągnęło w czasie podziału kolonialnych Indii na dwa niepodległe państwa: Pakistan i Indie, w 1947, gdy zginęło od miliona do 1, 5 miliona ludzi, a dziesiątki milionów musiały opuścić swe miejsca zamieszkania i wyruszyć w nieznane. Pariasi zostali pariasami – zmienili tylko nazwę, określają dziś siebie, jako Dalici (uciemiężeni), a nie Haridżanie, czyli dzieci boga, jak ich chciał nazwać ich Gandhi. Dalici, czyli ponad 20% ludności Indii, czyli około 250 milionów ludzi, nie uznaje Gandhiego za swego duchowego przywódcę – jest nim Ambedkar, wykształcony parias, który napisał indyjską konstytucję, a który był przeciwnikiem politycznym Gandhiego, uważając go za przedstawiciela tradycyjnej, kastowej kultury indyjskiej.

Cóż więc zostało z idei Gandhiego?  Idee są piękne, bardzo humanistyczne, ale nie jednoczą dziś Indii. Jednoczący natomiast charakter ma sama postać człowieka, a raczej legenda, którą wokół niego stworzono. Wyrasta z niej mocarna postać (mimo faktycznej, mikrej postury), która zjednoczyła swój lud, przeciwstawiła się zewnętrznym wrogom, równocześnie reprezentując wspaniałe cywilizacyjne tradycje Wielkich Indii: unikania przemocy, samodoskonalenia duchowego, szacunku dla każdego życia. Dzięki temu gandijskiemu mitowi dumna z siebie i swej cywilizacji ludność Indii się zjednoczyła i wywalczyła niepodległość.

Dziś jednak, gdy rozwój świata przyspieszył i pojawiły się nowe ruchy masowe o anty rozwojowym charakterze, jak islamizm, którego źródło znajduje się bezpośrednio za zachodnimi granicami Indii, Indie potrzebują nowego masowego mitu, mitu Gandhiego – lub jego przeciwieństwa, jakie np. reprezentowali Nehru i jego córka i wnuk, budowniczych nowoczesnych Indii komputerów, satelitów i najnowszych technologii. Jakby nie była fascynująca postać samego Gandhiego, nie jest on już dziś inspirujący dla młodego pokolenia.

Dla czytelnika fascynujący jest sam proces opisany znakomicie przez Autora książki:  tworzenia się jednoczącego mitu wobec kreowanej niemal na boską postaci żywego człowieka i tworzenia politycznego mitu, nadającego kierunek rozwojowy ponad miliarda ludzi.


Autor: Daniel S. Zbytek – znawca Indii i ich gospodarki, ekonomista, absolwent SGH. Jest autorem książek “Azjatycka szachownica. Ameryka Chiny Indie Pakistan” i nowo wydanej “Azja Poludniowa. Tygiel islamu i globalizacji”. Pracował jako przedstawiciel polskiego przemysłu w Indiach, Pakistanie, Birmie i na Sri Lance, a także jako radca handlowy przy Ambasadzie RP w Indiach. Gość spotkania CSPA pt. Azja Poludniowa. Tygiel islamu i globalizacji”.

 

Udostępnij:
  • 1
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    1
    Udostępnij
D. Zbytek: Legenda Mahatmy Gandhiego Reviewed by on 30 czerwca 2011 .

Na półkach księgarskich w Stanach Zjednoczonych w kwietniu 2011 roku ukazała się książka Josepha Lelyvelda  „Great Soul – Mahatma Gandhi and His Struggle with India”, (“Wielki duch –Mahatma Gandhi i jego zmagania z Indiami”)  , wyd. Alfred A. Knopf, New York 2011. Wywołała ona ogromne zainteresowanie – od aplauzu w Stanach i Europie, po gwałtowny

Udostępnij:
  • 1
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    1
    Udostępnij

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 5

  • Bardzo ciekawy artykuł. Serdecznie dziękuję. W ogóle proces powstawania w ludzkiej świadomości legend takich jak Gandhi jest czymś niezwykle ciekawym. Wiemy, że społeczeństwa podnosiły na piedestał różnych ludzi, nawet łobuzów jak Lenin. Ale niektóre mity są zaskakująco odporne na upływ czasu. Przykładem tego jest trzech byłych terrrystów, a potem laureatów pokojowej Nagrody Nobla: Menachem Begin, Jaser Arafat i Nelson Mandela. Ten ostatni jawi się wielu ludziom jako autorytet moralny, dla niektórych dorównujący Gandhiemu, podczas gdy tak naprawdę, jego osiągnięcia na polu politycznym, społecznym i ekonomicznym są niemal żadne. W RPA szaleje przestępczość; kraj ten w stosunku do czasów sprzed apartheidu wręcz cofnął się gospodarczo, i to pomimo zniesienia sankcji ONZ (jakkolwiek ignorowanych przez niektóre kraje Zachodu).

    • Odporność na upływ czasu może być spowodowana różnymi czynnikami.
      Niektórzy z nich mieli pewne osiągnięcia, inni są świadomym wytworem
      elit a niektórzy funkcjonują dzięki niskiej świadomości ludzi.
      1. Lenin
      A. Miał niewątpliwe osiągnięcia., ale tym co przetrwało do czasów
      obecnych jest elita polityczno-gospodarczo-militarna, która powstała
      dzięki jego zwycięstwu i której potomkowie nieprzerwanie rządzą do
      tej pory rządzą w Rosji.
      B. W świadomości ogromnej rzeszy prostych ludzi (głównie starszego
      pokolenia) Lenin był wyzwolicielem ludu. Ich kompletny brak
      znajomości mechanizmów historii i sowiecki sposób myślenia
      powoduje, że nie rozumieją, że zwycięstwo Lenina uczyniło ich
      „dziadami”, a zamiast bycia obywatelami najbogatszego państwa
      świata (symulacje komputerowe przewidywały, że w połowie lat
      trzydziestych XX w. Rosja przegoniłaby USA w PKB)
      2. Rabin i Peres, a nie Begin jak napisałeś, w swoim kraju są uważani za
      ludzi, którzy podpisali układ z Palestyńczykami i zakończyli widmo
      wojny z tym narodem. Inna sprawa, że były to kalkulacje przedwczesne.
      3. Arafat jest uważany przez swój naród za bohatera walczącego
      skutecznie z wielkim wrogiem. To tak jak nasz Piłsudski, który jest przez
      nas uważany za bohatera narodowego, a nie za terrorystę, który stał na
      czele Organizacji Bojowej PPS i nie tylko nią kierował, ale też brał
      udział osobisty np-. w akcji rabunkowej na pociąg pod Bezdanami,
      gdzie zrabowano 200 tys. rubli i podczas akcji zabito i raniono kilku
      ludzi.
      4. Mandela to afrykańska wersja Lenina w wersji soft. Różni ich wiele:
      Mandela był terrorystą, a Lenin intelektualista
      Mandela siedział latami w więzieniu, a Lenin głownie na emigracji w
      w Europie zachodniej
      Łączą ich dwie rzeczy:
      1. Lenin „wyzwolił” lud, a Mandela „wyzwolił” czarnych z apartheidu.
      2. Zwycięstwo jednego i drugiego dalo początek nowej klasie politycznej
      która objęła władzę. Tego się nie zapomina.
      Inna sprawa, że Mandela podczas wieloletniego więzienia został „obrobiony” mentalnie przez białych, którzy potrzebowali czarnego
      przywódcę, który przeprowadzi zmianę systemu w formie „soft”.

      • Avatar Zyggi

        A propos Nelsona Mandeli, zgadzam się z Twoją opinią. Zresztą gdyby Mandela pozostawał „twardogłowym”, Frederick de Clerk nie poszedłby na tak daleko idące ustępstwa.
        Co do Menachema Begina, wspomniałem o nim, bo wraz z Anwarem As-Sadatem otrzymał pokojowego Nobla za traktat pokojowy Izraela z Egiptem. Begin w czasach poprzedzających niepodległość Izraela był terrorystą i skrajnym nacjonalistą. Brał udział w przygotowywaniu zamachu w 1946 r. na Hotel Króla Dawida w Jerozolimie, w którym zginęło 89 osób (w tym 41 Arabów, 26 Brytyjczyków, 17 Żydów oraz 5 osób innej narodowości). W kwietniu 1947 na jego rozkaz, w odwecie za wykonanie wyroku śmierci na członkach Ecelu, terroryści powiesili dwóch porwanych żołnierzy brytyjskich, co spowodowało antysemickie wystąpienia w Wielkiej Brytanii. Jest współodpowiedzialny za masakrę ludności palestyńskiej w Deir Yassin w dniach 9–11 kwietnia 1948, gdzie zamordowano conajmniej 107 a być może 120 Palestyńczyków. Ten akt zbrodni przeciw ludzkości był jednym z powodów masowego exodusu Palestyńczyków poza granice Izraela ocenianego na ok. 750 000 uchodźców. Zaciekłość i radykalizm Begina doprowadził do jego konfliktu z większością przywódców ruchu syjonistycznego.
        Jak widać, nawet najbardziej mroczna przeszłość nie musi stanowić przeszkody dla przyznania komuś Nobla i tym samym czynienia zeń na siłę bojownika o pokój.

  • „Gandhi tą klęskę zaprezentował jako zwycięstwo – duchowe zwycięstwo.
    Zjednoczył wszystkich Hindusów wobec wspólnej sprawy.”
    To własnie charakteryzuje wielkich przywódców umiejętność przekuwania klęski
    w zwycięstwo. Wyciągnąl wnioski z klęski i stworzył coś co pociągnęlo za sobą
    miliony.
    Wielcy liderzy mają swoje zwykłe slabości ale dla ich wyznawców nie ma to praktycznie znaczenia. Np. Lenin był chorobliwym tchórzem, który pierwszy
    rzucał się do ucieczki podczas demostracji na widok nadjezdzających Kozaków
    lub carskich żandarmów, W partii wiedziano o tym, ale nie robiono problemu
    ponieważ uważano go za wybitnego przywódcę.
    Inaczej wygląda to z legendą. Tutaj każda krytyka czy tylko krytyczne podejście
    jest uważane za niedopuszczalne. Podobnie zareagowali Grecy na film
    Aleksander, w którym niedwuznacznie sugerowano o związku homoseksualnym
    wielkiego zdobywcy z jego najbliższym przyjacielem Hefajstionem. Jak widać
    poza kręgiem cywilizacji zachodniej (głównie w wersji anglogermańskiej), w której
    elity hołubią panów kochających inaczej, homoseksualizm jest nadal traktowany
    jako coś wstydliwego.
    Stosunek Gandhiego i Hindusów do Murzynów świadczy, że stosunki rasowe nie kręcą się tylko w duecie biały-czarny, ale problem rasowy jest znacznie bardziej
    skomplikowany. Np. w Ugandzie doprowadził on do wygnania Hindusów przez
    Murzynów, co zresztą stało się poczatkiem końca dyktatora Idi Amina.
    Legenda Gandhiego jest niezniszczalna. Nie ma znaczenia, ze eksperymentował
    w łóżku wstrzemiężliwość z nagą panienką. Dla jego zwolenników jest symbolem
    zwycięstwa dobra nad złem, humanizmu nad zła stroną natury ludzkiej. Jest przede
    wszystkim wielkim zwycięzcą a tacy w perspektywie historycznej są niepokonani.

    • Tak, i to jest właśnie tworzenie mitu. Ludziom mity są potrzebne, ale nie są tak niewinne, jak by się zdawało, służą okreslonym celom i określonym ludziom, mit ma swoje drugie dno, polityczne – nie zawsze jednoznaczene, ale zawsze zmienne w czasie. Kazdy polityczny mit jest instrumentem w grze o władzę.Gdy zmieniają się warunki społeczne, stary mit staje się bezużyteczy. Mit Gandhiego inaczej funkcjonuje na Zachodzie – inaczej w Indiach, w rzeczywistosci przez duza czesc społeczeństwa indyjskiego jest odrzucany (Dalici, adivasi, neo buddysci plus muzułmanie (choc tu relacje byly bardziej zlozone) – ca z 500+ mln ludzi – oni byli dla niego ludzmi drugiej klasy). Ksiazka Lelyvelda ukazuje proces tworzenia tego politycznego mitu, Gandhi sam w tm bral duzy udzial.
      Coz, przeksztalcenie kleski w zwyciestwo – ono takze Gandhiemu w Afryce nie wyszlo, zostal pobity za ustepstwa wobec bialych i odrzucony jako lider – w rezultacie zdecydował o powrocie do Indii, gdzie jako „sanyashi” mogł skutecznie funkcjonowac jako polityczny przywódca, choc nie jako polityczny decydent – za jego plecami stali wyrachowani, madrzy liderzy, jak Nehru, Patel, Sarojini Naidu i inni.Mit Gandhiego swiatobliwego, prawdziwego Hindusa był dla nich bardzo użyteczny. Pozdrawiam, DSZ

Pozostaw odpowiedź