Artykuły

D. Wołos: Ropa to nie wszystko

Pojawiające się w regularnych odstępach czasu informacje o kolejnych japońsko-chińskich sporach o wyspy Senkaku (chiń. Diaoyu) mogą się wydawać, z perspektywy obywatela europejskiego, absurdalne. Chodzi bowiem o pięć bezludnych wysepek i trzy nagie skały o łącznej powierzchni 5,49 km2, leżące na Morzu Wschodniochińskim. Nie da się jednak wyjaśnić istoty tego konfliktu bez zwrócenia uwagi na historyczny kontekst stosunków japońsko-chińskich – istotą sporu nie są same wyspy, lecz trwająca wiele lat wzajemna niechęć obu narodów. Najważniejszym elementem tego konfliktu pozostają wydarzenia sprzed niemal 80 lat. 13 grudnia ubiegłego roku minęła 76. rocznica wkroczenia armii japońskiej do Nankinu. Wydarzenia te, powszechnie znane jako „rzeź nankińska”, do dziś uniemożliwiają porozumienie się państw.

Nanjing Massacre Museum

Jedna z rzeźb w Muzeum Masakry Nankińskiej; źródło: commons.wikimedia.org

Spór o wyspy Senkaku/Diaoyu rozgorzał pod koniec lat 60., gdy pojawiło się przypuszczenie, że w ich pobliżu mogą znajdować się znaczne pokłady ropy naftowej. Prawo do nich roszczą sobie Japonia, Chiny a także Tajwan. Gdy 23 listopada rząd chiński ogłosił powstanie Strefy Identyfikacji Obrony Powietrznej Morza Wschodniochińskiego doszło do kolejnej eskalacji konfliktu. Każdorazowo doniesienia na temat kolejnych incydentów wzbudzają antyjapońskie zamieszki w Chinach oraz niekiedy wstrzymanie produkcji w japońskich fabrykach zlokalizowanych na terenie Chin (na taki krok zdecydowały się m.in. Panasonic, Nissan, Honda i Canon przy okazji kryzysu w relacjach chińsko-japońskich we wrześniu 2012 roku). Należy jednak mieć świadomość, że Japonia nigdy nie uznała formalnie istnienia owego sporu, ponieważ według stanowiska rządu w Tokio Senkaku stanowią bezsprzecznie część terytorium japońskiego od 1895 roku. Swoje roszczenia przedstawia również Tajwan, który jednak przez żadną z pozostałych stron nie jest uznawany za odrębne państwo, przez co jego pretensje są ignorowane.

W celu lepszego zrozumienia problemów na linii Pekin-Tokio, który ostatnio koncentrował się wokół sporu terytorialnego, warto przyjrzeć się trudnym relacjom historycznym między dwoma azjatyckimi mocarstwami. We wrześniu 1931 roku Armia Kwantuńska rozpoczęła działania wojenne na terenie Mandżurii. Już w marcu 1932 roku utworzono w jej miejsce marionetkowe państwo Mandżukuo. Miało ono stanowić swoiste pole eksperymentalne dla japońskiej gospodarko planowej, docelowo nie tylko samowystarczalne ekonomicznie, ale nade wszystko będące bazą przemysłową dla utrzymania armii japońskiej. I istotnie, w ciągu dziesięciu lat udało się Japonii doprowadzić do rozwoju miast i infrastruktury (koleje, lotniska wojskowe, elektrownie, porty). Mimo iż okupacja Mandżurii była jawnym złamaniem traktatów pokojowych, państwa zachodnie ograniczyły się jedynie do potępienia inwazji na drodze dyplomatycznej za pośrednictwem Ligii Narodów (tzw. Doktryna Stimsona), z której to z resztą Japonia wystąpiła w roku 1933, wydając równocześnie tzw. Proklamację Amau, odrzucającą politykę „otwartych drzwi” oraz informującą o przejęciu przez Kraj Kwitnącej Wiśni nadzoru nad pokojem w Azji. Najbardziej dramatycznym i najpełniej opisywanym momentem było wkroczenie Armii Kwantuńskiej do Nankinu. Obecne badania wykazują, iż ofiarą działań japońskiej agresji w samym tylko Nankinie padło do 100 tys. chińskich oficerów i około 350 tys. cywilów. Do tego należy dodać ponad 80 tys. ofiar gwałtów. Przerażający opis tych wydarzeń znaleźć można m.in. w wydanej po polsku na początku 2013 roku książce Iris Chang „Rzeź Nankinu”.

Najbardziej tajemniczym elementem wojny pozostaje jednostka 731, określana jako Naczelne Biuro Zapobiegania Epidemiom i Departament Oczyszczania Wody Armii Kwantuńskiej (kantogun boeki kyusuibu honbu), a w rzeczywistości będąca ośrodkiem eksperymentalnym do badań nad bronią biologiczną. Ośrodek zajmował się przeprowadzaniem wyjątkowo okrutnych eksperymentów na ludziach. Każdemu znane jest nazwisko Josefa Mengele, zbrodniarza nazistowskiego z KL Auschwitz, ale niewielu ludzi zaznajomionych jest z „dokonaniami” generała Shiro Ishii, dowódcy jednostki 731. Jeszcze do niedawna jedynym polskim źródłem informacji o zadaniach owej jednostki pozostawali „Siewcy czarnej śmierci” Marka Koreywo. Ogrom zbrodni popełnionych przez Armię Kwantuńską dopiero zaczyna zaznaczać się w świadomości obywatela świata zachodniego. Historia drugiej wojny światowej pozostaje w Japonii tematem tabu, a zwłaszcza jej rola jako agresora. Hiroszima i Nagasaki, a także długotrwała okupacja Cesarstwa przez Stany Zjednoczone przyczyniły się do utrwalenia obrazu Japonii jako ofiary. Podręczniki skrzętnie pomijają fakty dotyczące japońskich działań wojennych – okupację Mandżurii, stosowanie broni biologicznej i chemicznej, łamanie konwencji genewskiej. Zarówno rząd japoński, jak i ogromna rzesza rodzimych historyków wciąż zaprzecza istnieniu jednostek przeprowadzających na terenie Mandżurii eksperymenty na cywilach i jeńcach wojennych. Jest to tym bardziej zastanawiające, iż zbrodnie te zostały dokładnie udokumentowane. Dysponujemy m.in. protokołami przesłuchań z Procesu Tokijskiego (Międzynarodowy Trybunał Wojskowy dla Dalekiego Wschodu powołany w 1946 roku). Jak zeznał wówczas Kawashima Kioshi:,„W czerwcu 1941 roku wraz z innymi pracownikami jednostki wziąłem udział w wypróbowaniu bomb naładowanych zadżumionymi pchłami na poligonie jednostki w okolicy stacji Anda. Tym eksperymentem sprawdzano działanie bakteriologicznych bomb lotniczych na 10-15 więźniach, którzy byli przywiązani do pali. Zrzucono wówczas ogółem ponad 10 bomb”. Ówczesna prasa japońska informowała rzetelnie o wynikach badań, choć według nich obiektami eksperymentów były „małpy mandżurskie”. W oficjalnej nomenklaturze używano określenia „maruta” – kłoda.

Poza tym w ciągu ostatniego dziesięciolecia wielu byłych żołnierzy japońskich zdecydowało się na przerwanie zmowy milczenia i powszechne stały się ich wyjazdy do okupowanych wcześniej terenów i proszenie miejscowej ludności o wybaczenie. Są to jednak tylko osobiste gesty. I choć znaczące, to wciąż jednak nie rozwiązują problemu. Jak powiedziała Wang Xuan, działająca od lat na rzecz poszkodowanych i walcząca przeciwko rewizjonistycznej wersji historii prezentowanej przez japońskie podręczniki, „Japończycy wciąż przepraszają, przepraszają za wszystko, ale to tylko słowa, element ich kultury”. Chińczycy wciąż czekają na jednoznaczne uznanie win przez rząd japoński. W 2006 roku japońska pielęgniarka Toyo Ishi oznajmiła, że odnalezione w 1989 roku pod budynkiem dawnej Akademii Medycznej w Tokio szczątki ciał pochodzą od ofiar eksperymentów medycznych. Wszczęto postępowanie, które spotkało się z oporem zarówno resortu zdrowia, jaki i samego sądu. Ówczesny przedstawiciel Ministerstwa Zdrowia, Kazuhiko Kawauchi oznajmił, że sama obecność szczątków nie dowodzi ani przeprowadzania eksperymentów, ani faktycznego istnienia jednostki 731.

Dodatkową kontrowersją wokół tematu eksperymentów medycznych przeprowadzanych przez Armię Kwantuńską stanowi układ zawarty prze Ishiiego z amerykańskim generałem Douglasem MacArthurem, gwarantujący Japończykowi nietykalność w zamian za udostępnienie wyników badań. W wyniku owego układu wielu lekarzy odpowiedzialnych za zbrodnie wojenne pozostało nietykalnych. Gros z nich zajmowało po wojnie ważne stanowiska w szpitalach, na uczelniach oraz w firmach farmaceutycznych (m.in. Green Cross). Kolejnym problemem bezpośrednio związanym z wydarzeniami wojennymi jest kwestia koreańskich i chińskich niewolnic seksualnych (tzw. kobiety do towarzystwa, ang. comfort women), masowo wykorzystywanych przez japońskich żołnierzy przy oficjalnym zezwoleniu cesarza Hirohito. Jedynie niewielka część ofiar tego procederu otrzymała symboliczne odszkodowania, chociaż rząd japoński po dziś dzień utrzymuje, że skala tego procederu była minimalna. Sytuacja ta jest zresztą analogiczna do unikania dyskusji o przymusowej prostytucji w nazistowskich obozach koncentracyjnych.

Wznowienie oficjalnych stosunków dyplomatycznych między Japonią a Chinami nastąpiło dopiero w 1971 roku. Od tego czasu oba państwa wykonały w swoim kierunku wiele przyjaznych gestów (takich jak memorandum o zniszczeniu broni biologicznej pozostawionej przez Armię Kwantuńską na terenie Chin z  1999 roku). Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że każdy krok w przód w tej relacji jest jedynie zapowiedzią zbliżającego się oddalenia. W czasie rządów premiera Koizumiego nastąpiło znaczne pogorszenie w stosunkach japońsko-chińskich, gdyż wyrazisty premier regularnie odwiedzał szintoistyczną świątynię Yasukuni Jinja. W kolejnych latach stosunki Tokio z Pekinem ociepliły się, na co wpływ miało to, że następcy Koizumiego nie kultywowali zwyczaju odwiedzania  świątyni, poświęconej duchom żołnierzy poległych w wojnach. Na dzień dzisiejszy znajduje się wśród nich blisko 1068 nazwisk osób uznanych za zbrodniarzy wojennych (w tym 14 uznanych przez Trybunał Tokijski za zbrodniarzy wojennych klasy A). Każdorazowo wywoływało to falę gwałtownych wystąpień antyjapońskich zarówno w Chinach, jak i Korei Południowej. Grudniowa wizyta Shinzo Abe w Yasukuni ponownie doprowadziła do napięć na tym tle.

W rozważaniach tych nie można oczywiście pominąć kwestii dominacji gospodarczej w regionie. Spadek znaczenia Japonii na rynkach zagranicznych i pogarszająca się sytuacja ekonomiczna kraju (choć w ostatnim roku dostrzegalne są symptomy poprawy) sprzyjała odradzaniu się ksenofobii i nacjonalistycznych nastrojów w społeczeństwie. W Chinach niechęć do Japończyków jest niejako wpisana w politykę kraju. Nie można oczekiwać załagodzenia aktualnych sporów bez spojrzenia na zaszłości historyczne ciążące nad stosunkami japońsko-chińskimi. Bez poważnej debaty na temat wspólnej przeszłości nie ma, póki co, mowy o budowaniu przyszłości wolnej od konfliktów – każdy spór będzie prowokował kolejne eskalacje.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
D. Wołos: Ropa to nie wszystko Reviewed by on 15 stycznia 2014 .

Pojawiające się w regularnych odstępach czasu informacje o kolejnych japońsko-chińskich sporach o wyspy Senkaku (chiń. Diaoyu) mogą się wydawać, z perspektywy obywatela europejskiego, absurdalne. Chodzi bowiem o pięć bezludnych wysepek i trzy nagie skały o łącznej powierzchni 5,49 km2, leżące na Morzu Wschodniochińskim. Nie da się jednak wyjaśnić istoty tego konfliktu bez zwrócenia uwagi na

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Daniela Wołos

absolwentka filozofii, publicystka, specjalistka ds. public relations. Specjalizuje się w najnowszej historii Dalekiego Wschodu.

komentarzy 6

  • Pragnę zwrócić uwagę autorce na drobne błędy w artykule.

    1. Masakry w Nankinie nie dokonała Armia Kwantuńska,ale Japońska Armia Centralnych Chin.
    2. Ofiarami było nie 100 tyś. oficerów, ale żołnierzy.
    3. Podana przez Pani liczba ofiar jest trochę zawyżona. Na monumencie w Nankinie podana jest
    liczba 300 tys. Według Pani jest wynosi ona 450 tys. (100 tys. + 350 tys.)

    • Problem jest taki, że ta liczba ciągle rośnie ;) Te liczby są fantastyczne. Jak widać w komentarzu powyżej chińska maszyna propagandowa działa bardzo sprawnie i we wszystkich językach świata.

      W sumie partia musiała znaleźć choć jeden powód żeby się cały kraj nie rozpadł – wspólny wróg. Tym czymś jest właśnie antyjapońska indoktrynacja w środkach masowego przekazu i szkołach od najmłodszych lat. W sumie wydaje mi się, że to jedyne co jest wspólne dla wszystkich Chińczyków.To samo w obu Koreach – wielu Koreańczyków myśli, że Japonia może zaatakować Koreę ponownie co jest oczywiście wierutną bzdurą. Zauważyłem, że im młodsze pokolenie tym współczynnik niechęci do Japończyków wzrasta w stronę negatywną. Prawdziwa historia z zeszłego roku kiedy to starszy pan pamiętający jeszcze czasy okupacji japońskiej ‚ośmielił się’ mówić pozytywnie o tym okresie skończył z rozbitą głową bo tak to rozzłościło pewnego młodziana.

      • wute

        W grudniu 2012 napisałem na stronie CSPA trzyczęściowy artykuł poświęcony masakrze nankińskiej.
        W trzeciej części artykuły w miarę szczegółowo odniosłem się do liczby ofiar. Zapraszam do przeczytania.

        (Kartki z kalendarza W. Tomaszewskiego: Masakra nankińska – cz.3 Wina i pamięć).

        Niezależnie od wychowania w ChRL, Japończycy zbierają plon swojej polityki, polegającej na zdawkowym przepraszaniu (premierzy Japonii przepraszają w swoim imieniu, a nie w imieniu państwa),
        zupełnym usunięciu problemów zbrodni japońskich ze swoich podręczników czy żebraczych wypłat
        ofiarom japońskich zbrodni.
        Niedawno przeglądałem japońską książkę o zbrodniach ludobójstwa. Było tam niemal wszystko: holokaust Żydów, eksterminacja Ormian przez Turków, oczywiście Hiroszima, tylko nie było rozdziału o japońskich zbrodniach.

  • Historyczne wydarzenie w Mandżurii rozpoczęło się ze świadomą premedytacją.

    Armia Guandong i Cesarstwo Japońskie zaatakowało 19 września 1931 roku Mandżurię. Japońscy oprawcy po stworzeniu rządu marionetkowego nazwanego Mandżukuo okupowali Mandżurię aż do końca II wojny światowej.

    A 19 września w całej prowincji Heilongjiang, rano o godz. 9°° syreny wyją na znak pamięci tych tragicznych dni.

    Jesienią 2012 roku jestem w Harbin’ie świadkiem tych ostentacyjnych alarmów. Mieszkańcy Harbin’u pamiętają okrutną inwazję japońską. Wszyscy manifestowali, jak corocznie idąc spokojnie ulicami starej dzielnicy Daoliqu, po kamiennym deptaku.

    W słoneczne popołudnie przechadzając się nad rzeką Songhua spotykamy siwowłosego staruszka. Miły pan bierze nas za Rosjan, których dawniej tutaj dużo mieszkało. Opowiada nam, że w szkole miał rosyjskich kolegów i przy nich nauczył się mówić po rosyjsku. Nawet dużo jeszcze pamięta z tego języka, mimo że Rosjan dawno tutaj już nie ma i nie ma okazji z nimi rozmawiać. Ojciec jego i wuj padli ofiarą japońskiego barbarzyństwa, matka wychowywała sama czwórkę dzieci. Dzisiaj tylko on jeden pozostał z całego rodzeństwa.

    Po wymianie kilku zdań, starszy pan radzi nam udać się do odległego o 20 km na południe od Harbin’u, ‘’Eksperymentalnego Centrum Japońskiego’’, zwanego „Jednostką 731”.

    Dzisiaj baraki przerodziły się w muzem. Jest ono dość obszerne, usytuowane na dwóch piętrach z piwnicznymi zakamarkami proponuje zwiedzającym sporo eksponatów z interesującymi wyjaśnieniami.
    Znajduje się w nim dużo orginalnych dokumentów, sale i narzędzia tortur są eksponowane ku mieszanym uczuciom nienawiści i przebaczenia.

    Wiele przygnębiających zdjęć i gipsowych ludzkich postaci przedstawiających okrucieństwo Japończyków, włącznie z beztialskimi torturami.

    W jednej z sal można zobaczyć nagrania wywiadów z byłymi japońskimi oprawcami, niektórzy z nich ze skruchą przyznają się do popełnionych czynów na więźniach. Smutne to realia tamtejszego okresu.

    Przedstawiam w ciszy, oddając hołd ofiarom, tylko kilka zdjęć, nazwę je ‘’tych najskromniejszych’’, aby nie zaszokować oczu Czytelnika:

    http://www.youtube.com/watch?v=rtB12hHt_ro

    To tutaj, w tych obskurnych i zimnych budynkach, od 1939 roku Japończycy przeprowadzali tajne ‘’eksperymenty’’ na jeńcach wojennych, byli nimi Chińczycy, Mongołowie, Sowieci, Koreańczycy i nawet Anglicy.

    Ponad 4000 osób zostało tutaj straconych. Ich żywot był okrutny. Skrajne doświadczenia przeprowadzane na więźniach nie miały granic:

    · tortury

    · wstrzykiwanie zarazków cholery i syfilisu

    · wystawianie na mróz i polewanie zimną wodą ‘’więźnia’’

    · spalanie żywcem człowieka w piecu lub wrzucanie go do kadzi z wrzątkiem

    · celowe otrucia

    · symulacja ran wojennych

    · wywoływanie zawałów serca i udarów

    · aborcje

    Igor Newerly w swej powieści ‘’Leśne Morze’’ opisuje fakty pochodzące z tego okresu na terenach Mandżuko, właśnie w okoliczch Harbin’u, gdzie naonczas istniała duża polska diaspora.

    Nigdy więcej tego…!

    Japonia nadal nie przyznaje się do swych grzechów. Kłamliwie przedstawia te tragedie dokonane na narodzie chińskim.

  • Doceniam artykuł, ale pewne rzeczy wymagają sprostowania.
    Dużo ważniejszym powodem przeniesienia produkcji przez japońskie firmy np. do krajów Azji Południowo-Wschodniej było to, że przestała ona po prostu być tak tania jak kiedyś. Chiny nie są już krajem, gdzie ludzie pracują za bezcen. Pobudki nacjonalistycze miały tu marginalne znaczenie.

    I uwaga dotycząca Yasukuni – „duchy żołnierzy” to bardzo nieprecyzyjne pojęcie z dwóch powodów. Japońskie kami, to pojęcie bardzo trudne do wyjaśnienia. Jest to bardziej dusza, która staje się bogiem po odejściu z tego świata. Do tego w Yasukuni czczone są kami nie tylko żołnierzy, ale wszystkich (także nie-Japończyków), którzy brali udział w walkach w służbie cesarzowi (ojczyźnie), a więc także cały personel cywilny.

    • Zgadzam się Panie Adamie – kwestie gospodarcze są tu oczywiście dużo bardziej rozbudowane, chciałam jedynie zarysować problem. Jeżeli chodzi o kami – bardo trudno ich sprecyzować jego istotę. to nie tylko duchy, ale również zjawiska i przedmioty posiadające nadzwyczajną moc, w tym także np. zjawiska pogodowe. W kwestii Yasukuni skupiłam się na żołnierzach, wedle mojej wiedzy to właśnie ich pamięć jest tak czczona. Serdecznie dziękuję za wyjaśnienia.

Pozostaw odpowiedź