Komentarz eksperta

D. Konieczny: Plaza Agreement – wnioski dla Chin z lekcji japońskiej

Dominik_KoniecznyW 1985 r. w hotelu Plaza w Nowym Jorku przedstawiciele RFN, Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii i USA podpisali, pod presją amerykańskich władz, porozumienie dotyczące interwencji na rynku walutowym w celu deprecjacji kursu USD względem jena i marki niemieckiej (analogicznie w ostatnim okresie amerykańskie władze, używając straszaka w postaci dodatkowych ceł importowych, naciskały na ChRL na osłabienie juana). Miało ono ograniczyć deficyt na amerykańskim rachunku bieżącym oraz stanowić impuls dla ożywienia gospodarki USA po kryzysie z początku lat 80. (znowu analogia do obecnej sytuacji).

W wyniku podjętych działań deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych z państwami Europy Zachodniej został zmniejszony, natomiast w odniesieniu do Japonii polityka ta poniosła całkowite fiasko, pomimo iż w latach 1985 – 1987 jen umocnił się względem dolara o ponad 50%. Wynikało to przede wszystkim z faktu, iż deficyt USA w handlu w Japonią był spowodowany przede wszystkim przez czynniki strukturalne – w tym okresie Tokio prowadziło restrykcyjną politykę importową, co ograniczało dostęp oraz obniżało konkurencyjność amerykańskich towarów na rynku japońskim (analogicznie obecna nierównowaga USA w handlu z Chinami jest również spowodowana przez czynniki strukturalne – tym razem jest to tzw. model trójstronnej współpracy produkcyjnej – państwa rozwinięte, kraje nowouprzmysłowione i Chiny). Silna aprecjacja juana obniżyła jednak konkurencyjność japońskiej gospodarki. Władze w Tokio  zareagowały implementacją ekspansywnej polityki pieniężnej, co w rezultacie doprowadziło do powstania bańki na rynku nieruchomości i akcji, której owocem jest trwająca już dwie dekady stagnacja japońskiej gospodarki.

Liczne analogie do ostatnich wydarzeń oraz tzw. lekcja japońska z porozumienia Plaza utwierdzają chińskie władze w przekonaniu o słuszności ostatnich działań polegających m.in. na blokowaniu decyzji dotyczących redukcji nierównowag w handlu międzynarodowym za pomocą sztucznie przyjętych ograniczeń lub też upłynnienia kursu juana (prowadzona przez ChRL polityka w rzeczywistości sztywnego RMB wymusza na władzach w Pekinie gromadzenie dużych rezerw w celu utrzymania stabilnego kursu walutowego). W sytuacji braku możliwości uzyskania konsensusu na szczycie G20 przywódcy największych gospodarek obrali taktykę wyczekiwania (niepodejmowania obecnie żadnych konkretnych działań) oraz ewentualnej reakcji w zależności od zmieniającej się sytuacji w gospodarce.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
D. Konieczny: Plaza Agreement – wnioski dla Chin z lekcji japońskiej Reviewed by on 21 listopada 2010 .

W 1985 r. w hotelu Plaza w Nowym Jorku przedstawiciele RFN, Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii i USA podpisali, pod presją amerykańskich władz, porozumienie dotyczące interwencji na rynku walutowym w celu deprecjacji kursu USD względem jena i marki niemieckiej (analogicznie w ostatnim okresie amerykańskie władze, używając straszaka w postaci dodatkowych ceł importowych, naciskały na ChRL na osłabienie

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 2

  • „Silna aprecjacja juana obniżyła jednak konkurencyjność japońskiej gospodarki”- zwykła pomyłka, powinno być jena.
    Z całym szacunkiem, ale wydaje mi się że porównanie- Plaza Agreement z obecną sytuacją jest trochę naciągane.
    Po pierwsze, wtedy mieliśmy- w sferze finansowej- swiat jednobiegunowy. Karty rozdawali Amerykanie. I mogli robić co chcieli- więc robili co chcieli. Vide to „porozumienie”. Teraz mamy świat dwubiegunowy- USA i ChRL – z mnogością satelitów nad którymi stracono kontrolę: strefa euro, Japonia, Wielka Brytania, Indie, Brazylia, Niemcy i poszczególne kraje Europy (nie mylić z Unią) i inne. I które to państwa tej kontroli nad swoimi finansami bez pomocy jednej ze stron układu dwubiegunowego nie są w stanie odzyskać. A tak naprawdę chodzi o pomoc ze strony Chin, albowiem USA są w sytuacji tonącego który chwyta się brzytwy, bo już inaczej nie jest sobie w stanie pomóc. W tym momencie przyszła mi do głowy ciekawa analogia. Otóż w ostatnich dwóch latach mówi się o intytucjach finansowych „ za dużych żeby upaść”(to big to fall). Myślę że dokładnie to samo można by teraz powiedzieć o samym USA.
    Po drugie, efektem tamtego „porozumienia- dyktatu” było zmniejszenia deficytu handlowego USA i za wyjątkiem relacji USA- Japonia tak się udało. Teraz mamy zupełnie inną bajkę. Amerykańskie władze nie mają siły- finansowej siły- nic narzucić. Są jak tonący Goliat, który szamocząc się ze swoimi niemożliwościami, ratując się za wszelką cenę, chwyta się metod które innych- tych słabszych wciągają pod wodę vide QE1 i QE2. Teraz Amerykanie nie mają możliwości zmniejszenia swojego deficytu handlowego inaczej niż niszcząc swoją walutę- niszcząc, jak już rzekłem, przy okazji innych. A druga strona tego układu czyli Chiny, wcale nie musi się z niczym spieszyć (oczywiście na arenie międzynarodowej, bo w domu ma aż nadto ostry stan zapalny – inflację w październiku 4,4% po wrześniowym 3,6%). Wprawdzie USA jest największym importerem dóbr z Chin, ale nie może z nich zrezygnować z poniedziałku na wtorek, a jak już będzie rezygnować to przy tak wysokich stratach własnych , że… aż strach się bać.
    Po trzecie, USA mając w roli suflerów i pomagierów a to Bank Światowy, a to Międzynarodowy Fundusz Walutowy, OECD, G20 i wszystkie inne wymyślone przez siebie w byłych epokach gremia- nie jest w stanie wymóc lub wyprosić na kimkolwiek czegokolwiek. Przecież wystarczy przypomnieć sobie ostatnie posiedzenia tych gremiów, jak choćby ostatnie posiedzenie MFW gdzie proszono Chiny o pomoc USA! Lub ostatnie spotkanie G20, gdzie amerykański skowyt (bo przecież tak to wyglądało) o wprowadzenie restrykcji w przypadku znacznej nierównowagi bilansowej w handlu międzynarodowym, pozostało bez echa. Sprawę odłożono et calendas grecas. Czyli Goliat – USA napompowany do nieprawdopodobnych rozmiarów finansowych, nagle zaczyna maleć w zastraszającym tempie. Uchodzi z niego powietrze!!! No dobrze, powiecie Państwo, ale dlaczego z tego Goliata tą dziurą nie uchodzą dolary? Bo proszę Szanownej Publiczności- ten Goliat był nafaszerowany wirtualnymi dolarami. Pieniędzmi których nie ma realnie. Te 600 bln. (dobrze napisałem- bilionów) dolarów którymi w 2009 roku operowały tylko fundusze hedgingowe- to tylko przykład pieniędzy które były w obiegu.
    No i po czwarte, Pańskie ostatnie zdanie które zacytuję: „W sytuacji braku możliwości uzyskania konsensusu na szczycie G20 przywódcy największych gospodarek obrali taktykę wyczekiwania (niepodejmowania obecnie żadnych konkretnych działań) oraz ewentualnej reakcji w zależności od zmieniającej się sytuacji w gospodarce.” Można by sądzić, że kończył Pan szkołę dyplomacji, bo prawie takim językiem jest to napisane. Nie, proszę Pana, oni nie wybrali taktyki wyczekiwania, nie są głupcami, oni wybrali taktykę : „ratuj się kto może”, a to oznacza, że każde z tych państw będzie na własną rękę ratowało swoje finanse nie oglądając się na innych. Chyba że tym innym będą… Chiny. No bo wiadomo że od Amerykanów można dostać…
    I tu dochodzimy do sedna sprawy. A tym sednem jest obecna sytuacja na światowych rynkach finansowych. Otóż można spokojnie powiedzieć jedno: tak niespokojnie nie było chyba jeszcze nigdy w historii nowożytnych rynków finansowych. Właściwie, można by zaryzykować stwierdzenie, że oto właśnie mamy drugie dno kryzysu. Ale to oczywiście nie jest klasyczne dno z wściekłą bessą, załamaniem rynków, szalejącą inflacją a później deflacją. Nie, to jest wprawdzie drugie dno kryzysu rozpoczętego w 2007r. w USA, ale tego drugiego dna dotykamy na zupełnie innej płaszczyźnie. To jest kompletna nierównowaga finansowa w skali globalnej. Nierównowaga, której nie da się przywrócić klasycznymi, znanymi z historii sposobami. Weszliśmy w nową jakość i żaden ze światowych graczy nie wie jak się w tej grze znaleźć. Zawodzą stare reguły- brak nowych. Starzy gracze jak przywoływane tu już MFW- proszą Chiny o pomoc dla USA, czy Attali były szef EBOR- u przebąkujący o euro (o tempora, o mores) i juanie jako możliwej regionalnej walucie lub Zoelig były szef BŚ mówiący o powrocie do parytetu złota, itd. Ale to tak jakbym słyszał „łabędzi śpiew” ludzi którzy nie mają siły, wewnętrznej siły, aby krzyknąć: „król jest nagi” lub „umarł król, niech żyje król”. Oni kombinują- tak jak kombinowali w 2008 roku szefowie Bearn Stern, Fanny Mea, Fredy Mack, AIG i inni- jak tu uciec przed tym szafotem. Nie uciekną. Nadchodzi, Panie Konieczny New Deal! Ale tym razem będzie się go nazywało po chińsku.

    • Szanowny Panie Wiesławie, moja wiedza ekonomiczna nijak ma się do Pańskiej. Dlatego abstrahując od kwestii finansowych chciałbym poczynić kilka uwag natury ogólnej, na temat wzrostu znaczenia Azji. Ciekawe, że Chińczycy i w ogóle Azjaci nie podniecają się wzrostem swojej potęgi w takim stopniu jak zachodnie media. Obserwatorzy z Eiuropy i obu Ameryk wykazują nieraz skłonność do postrzegania tych procesów jako zupełnie nowych, nie mających precedensu w historii. Tymczasem Azja wraca do punktu wyjścia, w którym była 300 lat temu, w epce preindustrialnej. Wówczas Chiny i Indie dostareczały niemal 1/2 produktu globalnego brutto – więcej niż dziś. Makjąc tę świadomość, azjatyccy obserwatorzy zgodnie mówią: „wracamy do tego, co było”. W ich opinii jest to powrót do normalnego stanu rzeczy. A przeciwdziałanie ze strony USA przyjmują z coraz mniej ukrywaną niechęcią, jeśli nie wrogością. Thaksin Shinawatra będąc jeszcze premierem Tajlandii oświadczył, że kraje Azji muszą wzmóc starania, by stopniowo uniezależnić się od rynku USA. Takie opinie będą pojawiać się coraz częściej. A coraz częściej za słowami będą iść konkretne działania, np. kolejne umowy o wolnym handlu czy strategiczne sojusze takie jak Indii i Rosji oraz Chin i postsowieckich krajów Środkowej Azji.

Pozostaw odpowiedź