Artykuły,Publicystyka

D. Juraszek: Zhan Lang 2- Wejście Smoka na Czarnym Lądzie

Sześć tygodni po premierze największy przebój chińskiego kina wciąż zapełnia sale w ojczyźnie – i pewnikiem wkrótce podbije świat.

Zawstydzeni milczą malkontenci, którzy od dawna wieszczyli, że chińska kinematografia amerykańskiej nigdy nie dorówna. Tymczasem nie tylko dorównała, ale i zmiażdżyła liczne hollywoodzkie produkcje, do technicznej perfekcyjności dodając tętniące patriotyczną krwią serce narodu, który wstaje z kolan.

Tytułowy Wilczy Wojownik, członek niezrównanych ludowo-wyzwoleńczych służb specjalnych, grany jest przez równie niezrównanego Wu Jinga, który poza brawurowym wcieleniem się w głównego bohatera, na domiar dobrego film wyreżyserował, scenariusz napisał i całość wyprodukował. Efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania, czego dowodzi nie tylko bezprecedensowy poziom sprzedaży biletów, ale i oszałamiająco wysokie oceny na smartfonowych apkach.

„Ktokolwiek, gdziekolwiek zaszkodzi naszym Chinom, zginie marnie”, grzmi słusznie slogan na plakacie i tak też jest w samym filmie. Oto świetny żołnierz i porządny człowiek, Leng Feng, dla którego służba w Armii Ludowo-Wyzwoleńczej to sens życia, zraniony przez owo życie wyjeżdża do Afryki. Tam dobrym sercem przysparza sobie wielu przyjaciół – jak czynią to i całe Chiny, którym Afryka i Afrykanie tyle już zawdzięczają – choć dręczony jest wspomnieniami tragicznie utraconej miłości. Wu Jing z artyzmem i pasją oddaje wewnętrzne rozdarcie Leng Fenga, haustami żłopiącego z gwinta znakomitą chińską wódkę maotai, której nie mogą sprostać jego czarnoskórzy przyjaciele. Zdestabilizowany jednak przez imperialistyczne zaszłości i zachodnie zakusy kraj stacza się w rebelię i Leng Feng musi bronić dobrej sprawy oraz swoich bliskich.

Żaden obywatel Chińskiej Republiki Ludowej nie jest nigdy i nigdzie pozostawiony samemu sobie. Gdy w obliczu rebelii służby konsularne innych państw, z USA na czele, porzucają krajanów na pastwę losu, chiński ambasador wychodzi odważnie przed bramę przedstawicielstwa, by własną piersią zasłonić zasypywanych śmiercionośnym ogniem współobywateli. „Chiny są przyjacielem Afryki!” woła, a ujęci tą prostą i piękną prawdą rebelianci składają broń.

Prawo jest jednak prawem. W kraju narasta przemoc, ale krążąca w pobliżu chińska marynarka wojenna nie interweniuje, nie ma bowiem mandatu ONZ. Bardzo pilnie bacząc, by nie ingerować w sprawy wewnętrzne innych państw, dowództwo wysyła Leng Fenga na ochotnika z jednoosobową misją uratowania załogi chińskiej fabryki w głębi kraju.

A wrogów po drodze i u celu nie brakuje. Prym wiedzie pośród nich niejaki Big Daddy, najemny okrutnik, który o dobre stosunki z Chinami nie dba, a na naszym bohaterze wyładować chce kompleksy flaczejącego supermocarstwa. Pomagają mu w tym różni inni niecni obcokrajowcy płci obojga, których Leng Feng musi neutralizować swoją ekspercką znajomością sztuk walki oraz zasłużonymi kopniakami w miejsca wrażliwe.

Sceny walki chwytają za serce i wyrywają z ust patriotyczne okrzyki. Krew się leje, tryska i sika obficie. Czaszki na zmianę eksplodują i implodują. Ciała są rozdzierane, rozjeżdżane i rozczłonkowywane. Samochody, helikoptery, czołgi malowniczo płoną, wybuchają i grzmocą o glebę (w rozmaitej kolejności). A kiedy w zapisanej już na trwałe w historii kina scenie finałowej walki z Big Daddym tenże podlec pluje w twarz naszego bohatera rasistowskimi słowy „Zawsze będziesz gorszy ode mnie”, widownia z całego kipiącego miłością do ojczyzny serca kibicuje rodakowi, gdy ten przecina wreszcie zgniłą nić żywota nikczemnego Amerykanina, a potem rzuca dumne zdanie, które napełnia oczy każdego Chińczyka patriotycznymi łzami: „To już przeszłość!”

Potężna chińska marynarka wojenna, mając ręce (i wyrzutnie rakiet) związane brakiem mandatu ONZ do interwencji, czeka na powód i dowód, by móc wykorzystać swój mocarny oręż. Powodu i dowodu dostarcza nie kto inny, jak Leng Feng, przesyłając na żywo smartfonem nagranie masakry w chińskiej fabryce. Kiedy wreszcie ginie wystarczająco wielu włażących prosto pod lufy Murzynów i tylko czekać, aż zaczną ginąć Chińczycy, poruszeni do głębi marynarze na przechodzącą wszystkich dreszczem komendę „Ognia!” dają rzeczonego ognia, a precyzyjnie naprowadzane chińskie pociski przeszywają niebo, by unicestwić złych ludzi, oszczędzając przy tym ludność cywilną.

Największe jednak wzruszenie wciąż czeka widownię. Oto bowiem pod koniec filmu Leng Feng, wiodąc uratowaną załogę fabryki ku bezpiecznej przystani, wdziewa na uniesione wysoko ramię flagę z sierpem i młotem, a uzbrojeni Afrykanie odkładają gotową do strzału broń, wołając radośnie „To Chińczycy! Chińczycy!”

Kiedy więc na koniec filmu pojawia się obrazek chińskiego paszportu, a krzepiący tekst głosi, że każdy obywatel Chińskiej Republiki Ludowej może za granicą liczyć na opiekę swoich władz, trudno nie wstać i do bólu rąk nie bić braw. Taka opieka! Takich władz!

Mali ludzie mogą sarkać, że aparycja i mimika Wu Jinga bardziej jest komediowa niźli heroiczna. A przecież cehaerelowska kinematografia odniosła oto kolejny tryumf, potwierdzając jego status jako bohatera kina akcji.

Mali ludzie mogą sarkać, że scena, w której Rachel, dzielna lekarka, w trakcie pomagania chorym zostaje wbrew swoim protestom zarzucona przez Leng Fenga przez ramię i sprowadzona do roli dzierlatki, bijącej piąstkami po plecach wiedzącego lepiej, co dla niej dobre, faceta, jest seksistowska. A przecież obowiązkiem prawdziwego chińskiego mężczyzny jest opiekować się kobietą.

Mali ludzie mogą sarkać na to, że Afrykanie ukazani zostali w filmie na sposób stereotypowo uproszczony, to znaczy jako źli i okrutni (buntownicy), zabawni i uczuciowi (grubasek, którym opiekuje się bohater, i jego matka), bezsilni i niekompetentni (władze, wojsko), albo wreszcie bierni i wymagający pomocy (robotnicy). A przecież jeden z chińskich bohaterów filmu dzieli się głęboką wiedzą o specyfice afrykańskiej kultury, tłumacząc, że bez względu na to, jak jest źle, gdy tylko pojawia się ognisko, tubylcy zapominają o troskach. I tłumaczy miłość do Afryki w krótkich, pięknych słowach: „Świetne jedzenie, widoki, kobiety”, którym to słowom nie można przecież niczego zarzucić.

Wielki chiński naród pokazał oto, że przyszłość kina, i przyszłość w ogóle, należy do niego.

Opracowanie: Dawid Juraszek

Źródło zdjęcia: https://film.wp.pl/wolf-warrior-2-chinski-blockbuster-pobil-kasowy-rekord-wszech-czasow-wyglada-przy-tym-naprawde-niezle-6153695625549953a

Udostępnij:
  • 27
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    27
    Udostępnienia
D. Juraszek: Zhan Lang 2- Wejście Smoka na Czarnym Lądzie Reviewed by on 8 września 2017 .

Sześć tygodni po premierze największy przebój chińskiego kina wciąż zapełnia sale w ojczyźnie – i pewnikiem wkrótce podbije świat. Zawstydzeni milczą malkontenci, którzy od dawna wieszczyli, że chińska kinematografia amerykańskiej nigdy nie dorówna. Tymczasem nie tylko dorównała, ale i zmiażdżyła liczne hollywoodzkie produkcje, do technicznej perfekcyjności dodając tętniące patriotyczną krwią serce narodu, który wstaje z

Udostępnij:
  • 27
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    27
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

KOMENTARZE: 1

  • Specjalnie dla fanów, bonusowy akapit (powinien pójść jako trzeci lub czwarty od końca):

    Mali ludzie mogą sarkać, że gdyby nie letni szlaban na wyświetlanie w chińskich kinach filmów zagranicznych, w uczciwym starciu z konkurencją Wilczy Wojownik już by się tak dzielnie nie spisał. A przecież kraj ma suwerenne prawo decydować, co się w jego granicach wyświetla, więc wara komukolwiek od komentowania decyzji Państwowej Administracji Prasy, Wydawnictw, Radia, Filmu i Telewizji.

Pozostaw odpowiedź