Artykuły,Publicystyka

D. Juraszek: Targi Kantońskie – być albo nie być?

Najstarsze, największe, z najpełniejszą ofertą, najliczniejszymi klientami, najszerszą paletą krajów i najwyższymi obrotami – tak Chińskie Targi Importowo-Eksportowe, zwane potocznie Kantońskimi, zachwalają organizatorzy. Edycja wiosenna zaczęła się 15. kwietnia i potrwa do 5. maja.

Mało się już słyszy o Kantonie jako o chińskiej bramie na świat. Przygotowując ten tekst nie mogłem nawet znaleźć godnego zacytowania przykładu tego zwrotu, choć pamiętam go doskonale. Powodów jest kilka. Niegdyś brama ta była otwarta prawem silniejszego i wbrew sprzeciwowi, a pieniądze wypływały z Chin szeroką strugą; dziś jeśli ktoś ma coś przeciwko, to nie Chińczycy, a pieniądze spływają do Chin z całego świata. Niegdyś Kanton dawał obcokrajowcom możliwości, o których w innych miastach Chin mogli tylko pomarzyć; dziś ustępuje pod wieloma względami Pekinowi i Szanghajowi. Niegdyś miejsca styku Chin i świata były nieliczne; dziś jest ich multum.

Jeśli coś nadal w tej mierze wyróżnia Kanton, to właśnie Targi. Zorganizowane po raz pierwszy w 1957 roku, czyli pomiędzy Kampanią Stu Kwiatów a Wielkim Skokiem Naprzód, odbywały się i odbywają nadal dwa razy do roku bez względu na wydarzenia w kraju i na świecie. W latach 70. przez Targi przepływała połowa całego handlu zagranicznego ChRL. Przez całe dekady stanowiły jedyną okazję, by zagraniczny biznes i chińskie przedsiębiorstwa państwowe mogły się spotkać; kraj pokazywał wszem i wobec swój rozwój gospodarczy, zarabiając przy tym cenne dewizy. Dziś po tamtych burzliwych nieraz perypetiach zostało tylko wspomnienie, ale pomimo upływu lat, zmiany lokalizacji i utraty pozycji monopolisty, Targi wciąż pozwalają zmierzyć ciśnienie i temperaturę chińskiemu eksportowi. I poza wszystkim, jest w tej ich nieprzerwanej ciągłości coś, co każe się nostalgicznie zadumać.

Może to kwestia osobista? Po raz pierwszy usłyszałem o Targach nie gdzie indziej, jak właśnie w Kantonie, w trakcie mojego pierwszego pobytu w Chinach w 2003 roku. Kanton ówczesny sporo się różnił od dzisiejszego – poniekąd tak, jak poprzednia siedziba Targów, czyli mające już swoje lata Centrum Wystawowe Liuhua w dzielnicy Yuexiu, od obecnej, czyli ponoć największego w Azji, Międzynarodowego Kompleksu Konferencyjno-Wystawowego po drugiej stronie miasta i na przeciwległym brzegu Rzeki Perłowej, we wciąż cyzelowanym dystrykcie Pazhou. Do dziś usłyszana czy przeczytana gdzieś przypadkiem zapowiedź nadciągających Targów Kantońskich przypomina mi o upływie czasu i nastraja filozoficznie.

Filozofia filozofią, ale co z gospodarką? Organizatorzy rzucają imponującymi liczbami sugerującymi, że kto nie zaprezentuje na Targach swojej oferty, ten się nie liczy. Co na to chiński biznes? “Jestem tu już szósty raz od 2015 roku”, odpowiada mi na komunikatorze WeChat Rita (przybrane imię angielskie) z prowincji Hunan. Guangdońska firma, dla której pracuje, produkuje oświetlenie LED. Pytam, czy jej firma ucierpiałaby, gdyby nie wzięła udziału w Targach Kantońskich? “Nie. Jesteśmy dostawcą dla drugiej pod względem wielkości marki w Indonezji, więc szefostwo nie ma się o co martwić.”No to po co w takim razie zawracać sobie głowę?“Jesteśmy tu tylko po to, by poszerzyć rynek zbytu.”A inne firmy? “Zależy, na jakim rynku operują. Niektórzy producenci skupiają się na rynku krajowym, wtedy rzadko biorą udział w Targach Kantońskich. Wybierają inne targi.”

Czy z tego wynika, że producenci na rynki zagraniczne aż się do Targów Kantońskich rwą? Nie do końca. Rita (zbieżność imion przypadkowa) z prowincji Fujian pracuje dla tamtejszego wytwórcy maszyn przędzalniczych. Gdy jej imienniczka krząta się przy stoisku w Kantonie, ona krząta się przy stoisku w Stambule, na targach ITM (w wolnych chwilach zerkając na WeChat). I nie przejmuje się, że nie ma jej gdzie indziej. “Nigdy nie bierzemy udziału w Targach Kantońskich. Nasze produkty tam nie pasują.”Nawet gdyby pasowały, to trudno byłoby jej zrezygnować z okazji do podróżowania na koszt firmy. W ramach obowiązków służbowych Rita odwiedziła dotąd poza Turcją Egipt, Iran, Indie i Indonezję.

Pytam obie prowokacyjnie, jaki sens ma jeżdżenie na targi osobiście w dobie błyskawicznej komunikacji elektronicznej. Czy nie lepiej byłoby prowadzić biznes i sprzedawać produkty przez internet? “Jesteśmy zbyt zajęci targami, by ktokolwiek miał zajmować się sprzedażą przez internet”, ze śmiertelną powagą odpowiada Rita z Fujian. “Zresztą tego typu maszynerię niełatwo sprzedaje się online”. “Rozmowa twarzą w twarz pozwala przekazać więcej szczegółów”, rzeczowo kwituje Rita z Hunanu, “i nowi klienci mogą na własne zobaczy zobaczyć nasze produkty.”

Niech im będzie. Nie chcę drążyć, bo w zanadrzu mam jeszcze jedno prowokacyjne pytanie. Ale zanim je ujawnię i zdam relację z odpowiedzi, warto wspomnieć, że według świeżego sondażu agencji Reuters 65% chińskich eksporterów na targach w Kantonie i Hongkongu wyraża pewne obawy co do możliwości wojny handlowej między USA i Chinami.

Skoro o obawach mowa, wróćmy do ostatniego pytania dla Rity i Rity: Czy obecny model przedsiębiorczości i gospodarki jest dobry dla świata? Te wszystkie gargantuiczne kontenerowce ze skazanymi na rychłą wymianę gadżetami, nieustanne loty klasą biznes w tę i we w tę, rabunkowe pozyskiwanie surowców, śmieci i smog – czy warto w ten sposób niszczyć środowisko i zagrażać przyszłości nas samych oraz naszych dzieci?

Obie Rity odpowiadają niemal od razu, jak gdyby nie potrzebowały chwili na zastanowienie. “Oczywiście procesy przemysłowe takie jak farbowanie tkanin powodują zanieczyszczenie”, przyznaje Fujianka, “ale nasza firma projektuje maszyny w zgodzie z zasadami ochrony przyrody, aby zapobiec zatruciu wody i powietrza.”

“Moim zdaniem chodzi tu o ludzkie nastawienie, a nie o to, czy akurat biznes sam w sobie coś niszczy lub nie,” konstatuje Hunanka. “Jeśli ludzie nie dbają o środowisko, można powiedzieć, że cokolwiek jest w stanie je zniszczyć.” (Dziwne, że nie wspomina o LEDach jako o zielonej alternatywie dla tradycyjnych żarówek i jarzeniówek…)

Z obiema Ritami razem i z każdą z osobna można się zgadzać lub nie, ale skoro Targi odbywały się z powodzeniem nawet w szczycie Rewolucji Kulturalnej, to i zmiana klimatu pewnie im niestraszna. Być więc na tych Targach czy nie być? Zawsze to jakiś ruch w interesie, warto też na parę dni wyrwać się z biura, a może i jakiś grosz wpadnie. A co z przyszłością? Jak to ponoć ujął Konfucjusz, ludzie, którzy się o nią nie martwią, wkrótce napotkają kłopoty.

 

 

Dawid Juraszek

Udostępnij:
  • 10
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    10
    Udostępnienia
D. Juraszek: Targi Kantońskie – być albo nie być? Reviewed by on 18 kwietnia 2018 .

Najstarsze, największe, z najpełniejszą ofertą, najliczniejszymi klientami, najszerszą paletą krajów i najwyższymi obrotami – tak Chińskie Targi Importowo-Eksportowe, zwane potocznie Kantońskimi, zachwalają organizatorzy. Edycja wiosenna zaczęła się 15. kwietnia i potrwa do 5. maja. Mało się już słyszy o Kantonie jako o chińskiej bramie na świat. Przygotowując ten tekst nie mogłem nawet znaleźć godnego zacytowania

Udostępnij:
  • 10
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    10
    Udostępnienia

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź