Tajlandia

Czy wiosną Bangkok będzie żółty? Tajlandia po protestach.

 red_yellow2

     Tajlandia dochodzi do siebie po 2 miesiącach ulicznych protestów. „Czerwone koszule” wywalczyły wstępną zgodę rządu na przeprowadzenie 14 listopada wcześniejszych wyborów. Jest wielce prawdopodobne, że  „czerwoni” ponownie obejmą ster rządów. Jak zareagują na to zwolennicy obecnego układu? Jakie perspektywy rysują się przed tajską monarchią? 

     Jesienne wybory parlamentarne będą szansą na wyłonienie rządu posiadającego pełną legitymację społeczną. Obecny gabinet premiera Abhisita Vejjajivy został utworzony  
w wyniku szerokiego porozumienia w parlamencie oraz wyroku Trybunału Konstytucyjnego (delegalizacja People’s Power Party – PPP), spychając tym samym do opozycji największe ugrupowanie parlamentarne Puea Thai Party (następczyni PPP), co przez zwolenników „czerwonych” zostało uznane za pogwałcenie ducha demokracji. Stąd wysuwane pod adresem rządu oskarżenia o brak legitymizacji oraz podkreślanie, że premier Abhisit jest jedynie marionetką w rękach elit i armii. Wprawdzie opozycja wstępnie zaakceptowała 
5-punktową „mapę drogową” szefa rządu, ale po rozpędzeniu ulicznych demonstracji Abhisit nabrał wiary we własne możliwości i siłę swojej pozycji, co sprawiło, że usztywnił swoje stanowisko. Nie można wykluczyć, że premier wycofa się z zapowiedzi przeprowadzenia wyborów 14 listopada. Abhisit stwierdził niedawno, że jeśli nie będzie odpowiednich warunków do przeprowadzenia wyborów (w sensie bardzo szeroko i niejednoznacznie rozumianego bezpieczeństwa), to mogą się one nie odbyć. Rząd będzie chciał wówczas wytrwać do końca kadencji i do wyborów w 2011 r. W takiej sytuacji prędzej czy później dojdzie do kolejnego najazdu „czerwonych koszul” na Bangkok, jeszcze bardziej zdeterminowanych i zradykalizowanych w swoich postulatach. Wobec twardego stanowiska Abhisita, może dojść do nowych walk na ulicach stolicy i kolejnych ofiar.
 

     Jeśli gabinet Abhisita ma dotrwać do końca kadencji, premier powinien przyjąć bardziej koncyliacyjną postawę wobec „czerwonych”. Być może jest już na to niestety za późno. Abhisit zaprzepaścił swoją szansę na bycie „niezależnym”, ponad czerwono-żółtym podziałem, w trakcie zeszłorocznych protestów, kiedy zdecydowanie potępił ruch „czerwonych”, deklarując w ten sposób lojalność wobec własnych mocodawców. Skoro jednak premier podkreśla wagę narodowego pojednania, powinien spróbować działań pojednawczych. Wielu ekspertów podkreśla, że polityka stała się w Tajlandii grą  
o sumie zerowej – zwyciężą albo „czerwoni” albo „żółci”. Każdy musi opowiedzieć się po jednej bądź drugiej stronie. Ludzie o umiarkowanych, centrowych poglądach zostali zepchnięci poza margines dyskursu politycznego. Głównym celem Abhisita powinno być wyciągnięcie tych ludzi z niebytu i umożliwienie im szerokiego udziału w debacie publicznej. Być może wtedy uda się udowodnić, iż kraj nie jest skazany na petryfikację konfliktu 
w oparciu o obecne podziały, ale istnieje szansa na wypracowanie takiego systemu, który będzie do zaakceptowania dla wszystkich. Nie da się osiągnąć narodowego pojednania jeśli obie strony będą zarzucać sobie jak najgorsze intencje.
 

     Wielu zadaje sobie pytanie, dlaczego w „kraju uśmiechu” doszło do tak ostrego konfliktu społecznego? Odpowiedź nie jest ani prosta, ani jednoznaczna, jednakże istotną kwestią są  z pewnością zmiany jakie zaszły w tajlandzkim społeczeństwie na przełomie ostatnich lat. Podkreśla się, że m.in. w wyniku procesów globalizacyjnych osłabiony został tradycyjny system wartości oraz wielowiekowa zhierarchizowana struktura społeczna. Zakorzenione w buddyjskiej kulturze idee unikania konfrontacji, wiary w karmę, czy poświęcenia jednostki dla dobra ogółu, nie są już tak silne jak kiedyś. Dzięki łatwiejszemu dostępowi do edukacji, szerokie masy społeczeństwa zyskały większą świadomość szans jakie rysuje przed nimi współczesny świat. Na ruch „czerwonych koszul” trzeba zatem patrzeć również (jeśli nie przede wszystkim) przez pryzmat podziału ekonomicznego. Ludzie domagają się głównie nie powrotu Thaksina Shinawatry, ale powrotu do prowadzonej przez niego polityki szeroko zakrojonych inwestycji w biedniejsze warstwy społeczeństwa. Patrząc na bogaty Bangkok i biedną wieś łatwo zrozumieć te postulaty. „Czerwoni” chcą aby więcej ludzi mogło skorzystać z dobrodziejstw dynamicznego rozwoju i modernizacji kraju, a nie tylko miejskie elity. 

     W tym kontekście warto zastanowić się, czy obecne władze są  w stanie w jakimś stopniu zaspokoić społeczne oczekiwania? Premier Abhisit podkreśla na każdym kroku, że jego rząd świetnie rozumie postulaty biedniejszych warstw społeczeństwa. Co więcej, zwraca uwagę, że obecne władze przeznaczają na zmniejszenie rozwarstwienia społecznego nawet więcej funduszy niż wspominany z sentymentem przez biedotę rząd Thaksina. Na niekorzyść obecnego rządu przemawia fakt, iż walka o „rząd dusz” została już wygrana przez stronników Shinawatry. Niezależnie od tego jak wielkie kwoty zainwestują obecne władze, biedota będzie postrzegać obalonego w 2006 r. premiera jako swego dobroczyńcę. Rząd Abhisita musiałby przeprowadzić gigantyczną kampanię propagandową, żeby choć w małym stopniu zyskać przychylność biedoty, nie mając żadnych gwarancji powodzenia. 

     Przed Tajlandią rysują się przynajmniej trzy możliwe perspektywy rozwoju sytuacji: drastyczne zaostrzenie konfliktu z wojną domową  włącznie; dotrwanie rządu Abhisita do końca kadencji i w związku z tym powtarzające się protesty „czerwonych”; zwycięstwo  
w jesiennych wyborach „czerwonych” i protesty „żółtych” jako odpowiedź na tę sytuację.
 

     Na dzień dzisiejszy perspektywa wojny domowej wydaje się mało realna. Wojna oznaczałaby tragedię całego narodu, byłaby przyznaniem się do porażki, do niepotrafienia znalezienia kompromisowego rozwiązania kryzysu. Niezależnie od jej wyniku, doprowadziłaby do podziału społeczeństwa na całe dziesięciolecia. Warto przypomnieć, że  
w Hiszpanii temat wojny domowej (sprzed ponad 70 lat!) nadal wywołuje wielkie emocje. Podobnie byłoby z Tajlandią. Dodatkowo, opinia kraju podzielonego, niestabilnego, z tlącym się konfliktem, byłaby druzgocąca dla tajlandzkiego przemysłu turystycznego. Obie strony konfliktu zdają sobie sprawę, że niezależnie od skali kryzysu, nie można dopuścić do wybuchu wojny domowej. Wydaje się, iż jest to wystarczający „hamulec bezpieczeństwa”.
 

     Drugi, zdecydowanie bardziej prawdopodobny, scenariusz rozwoju sytuacji to pozostanie obecnego rządu u władzy do końca kadencji, czyli wyborów  
w 2011 r. Jest to bardzo możliwy scenariusz rozwoju wydarzeń. Należy spodziewać się, że obecne władze postarają się o zabezpieczenie swoich wpływów w kluczowych instytucjach państwa tak, aby po prawdopodobnym powrocie „czerwonych” do władzy, utrzymać znaczący wpływ na losy kraju. Premier Abhisit wyraźnie dał do zrozumienia, że jeśli nie będzie „odpowiedniego klimatu” do przeprowadzenia wyborów jesienią, to po prostu się one nie odbędą. Taka decyzja z całą pewnością spotka się z ostrą reakcją „czerwonych”, którzy ponownie ruszą na Bangkok, aby dać wyraz swojemu niezadowoleniu. Jednakże szef rządu może być na razie spokojny o losy gabinetu, o czym świadczy chociażby wygrane  
w parlamencie głosowanie nad wnioskiem o wotum nieufności. Jednocześnie premier zdaje sobie sprawę, że nie może pozwolić, aby sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Gdyby stabilność państwa w wyniku jakiejś ludowej rewolucji rzeczywiście została zagrożona, należy spodziewać się, iż armia nie czekałaby długo z wzięciem ponownie spraw w swoje ręce. Drugi w ciągu zaledwie czterech lat wojskowy zamach stanu byłby z całą pewnością klęską całej klasy politycznej, jeśli nie całego narodu.
 

     Jeśli zapowiedziane na 14 listopada wybory dojdą do skutku czeka nas odwrócenie ról i powrót do sytuacji z 2008 r. Po wyborach w grudniu 2007 r. wojsko oddało władzę w ręce „czerwonego” rządu People’s Power Party. Na wiosnę doszło do gwałtownych protestów „żółtych”, którzy nie chcieli pogodzić się z powrotem do władzy ludzi kojarzonych  
z Thaksinem Shinawatrą. Trwające miesiącami protesty przyczyniły się bezpośrednio do delegalizacji PPP i powołania rządu Abhisita Vejjajivy. Nie da się wykluczyć, że sytuacja się powtórzy. Jesienne wybory wygra Puea Thai Party, a „żółte koszule” raz jeszcze zaprotestują przeciwko populizmowi, korupcji i nepotyzmowi „czerwonych”. Do czego doprowadzą demonstracje rojalistów? Albo zostaną krwawo stłumione przez rząd, co będzie podstawą do oskarżeń o łamanie praw obywatelskich i ponownej delegalizacji partii „czerwonych”, albo też wojsko, widząc narastający kryzys, znów przejmie inicjatywę.
 

     W obecnych warunkach bardzo trudno przewidywać scenariusze rozwoju wydarzeń  
w Tajlandii w najbliższych miesiącach. Każda z przedstawionych perspektyw jest możliwa  
i żadnego rozwiązania nie da się wykluczyć. Niestety tylko jednego można być pewnym, kryzys będzie trwał tak długo, jak długo nie uda się wypracować sprawnie funkcjonującego systemu politycznego, w którym nie ma miejsca na orzeczenia sądowe wydawane na polityczne zamówienie, oprotestowywanie wyników wyborów zawsze, kiedy wynik nie spełnia oczekiwań danej grupy, czy rozwiązywanie sporów przy pomocy wojska. Tylko czy to w ogóle jest możliwe?

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Czy wiosną Bangkok będzie żółty? Tajlandia po protestach. Reviewed by on 7 lipca 2010 .

       Tajlandia dochodzi do siebie po 2 miesiącach ulicznych protestów. „Czerwone koszule” wywalczyły wstępną zgodę rządu na przeprowadzenie 14 listopada wcześniejszych wyborów. Jest wielce prawdopodobne, że  „czerwoni” ponownie obejmą ster rządów. Jak zareagują na to zwolennicy obecnego układu? Jakie perspektywy rysują się przed tajską monarchią?       Jesienne wybory parlamentarne będą szansą na wyłonienie rządu posiadającego pełną legitymację społeczną. Obecny gabinet premiera Abhisita Vejjajivy został

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Pozostaw odpowiedź