BLOGOSFERA

Chiny? Dlaczego nie… – wyboista droga do Hangzhou

…Koło południa decydujemy się przystąpić do realizacji kolejnego punktu naszej podróży. Obieramy kierunek Hangzhou. Założenie jest takie: szybka łódka przerzuci nas na ląd, a potem autobusem dotrzemy na miejsce przeznaczenia. Z pozoru plan łatwy do zrealizowania. Wkrótce jednak okaże się, że nic nie jest takie, jakim się wydaje…

Speed boat

Speed boat

…Port, do którego dopływamy, wygląda okazale. Jest wiele różnych stanowisk, ale nikt tutaj nie mówi po angielsku i z min pragnących nam pomóc Chińczyków widać, że coś jest nie tak. Posługujemy się kolejną kartką z chińskimi znakami opisującymi cel naszej podróży. Krążymy jak mrówki w mrowisku szukając kogokolwiek, kto – poza tym, że nas zrozumie – potrafił będzie jeszcze pchnąć nas w jakimkolwiek słusznym kierunku…

…Kiedy sytuacja wygląda na beznadziejną pojawia się młoda Chinka, która wprawdzie nie potrafi się wysłowić, ale wydaje się nas rozumieć. Wygląda na przewodniczkę wycieczek, a więc budzi nasze zaufanie. Podążamy za nią licząc, że wybawi nas z opresji. Chyba się nie ma dla nas zbyt dużo czasu, bo przyspiesza kroku. Wyciągamy więc nogi i po chwili już biegniemy za nią. Wygląda na to, że porzuciła swoje obowiązki, aby nam pomóc.

Przecinamy wielki teren portu i dochodzimy do krawężnika, przy którym stoją jakieś autobusy. Jesteśmy uratowane? Nie do końca. Nasza wybawczyni nie pozwala nam wsiąść do żadnego z nich. W kajeciku zapisuje numer 27 i coś jeszcze – oczywiście „krzaczkami”- po czym znika tak nagle, jak się pojawiła. Po kilkunastu minutach podjeżdża autobus 27. Wsiadamy i pokazujemy notatkę, a kierowca kiwa głową. Wszystko gra!

…Nagle autobus zatrzymuje się, a kierowca – który przez cały czas bacznie nas obserwował – pokazuje drzwi i budynek po drugiej stronie ulicy, wyglądający na dworzec autobusowy. Jakie to proste – przecież dwie kobitki z wielkimi plecakami, na pewno dworca potrzebują. Dziękujemy oczywiście po chińsku i przez chwilę czujemy spokój. Czar jednak pryska momentalnie.

Emigracja wewnętrzna

Emigracja wewnętrzna

Nie chcą nam tam sprzedać biletów, a na naszą kartkę patrzą coraz bardziej zatroskani, radzą, radzą, radzą między sobą, gestykulują, ale jakoś nie mogą znaleźć rozwiązania.  Coraz to nowym osobom pokazujemy cenny kajet. Ich miny zapamiętamy do końca życia. Najpierw skupienie sięgające zenitu, przez skórę ich czaszki widzimy synapsy bezradnie poszukujące połączenia, a po chwili szklane, nic już niewidzące oczy i pełna bezradność. Czasami zamiast całego tego procesu pojawia się upiorny chichot, kręcenie głowami i jakieś niezrozumiałe gesty, ale ma to miejsce zwykle wtedy, kiedy o pomoc prosimy młode dziewczyny, recepcjonistki, czy przypadkowo przechodzące kobiety. Mężczyźni inaczej zgoła prezentują swoją bezradność. Zachowują powagę i emigrują wewnętrznie.

Nie wpadamy w panikę. Przechodzimy do drugiej hali, która w odróżnieniu od poprzedniej wygląda na poczekalnię i bardziej przypomina nasze dworce. Są kasy, gdzie oczywiście wszyscy kręcą głowami, ale jest też bramka biletowa, za którą widać autobusy. Chwila nadziei, ale znowu spotykamy się z brakiem zrozumienia.

Postanawiamy zachować się stanowczo. Ustawiamy się w niewielkiej kolejce do jednej z bramek i kiedy bileterka wyciąga rękę wciskamy w nią plik banknotów z naszymi notatkami. Jedna ze starszych kobiet, widząc nasz upór we wskazywaniu na autobus uśmiecha się miło, bierze za rękę i prowadzi z powrotem do hali, w której już byłyśmy. No to koło się zamyka.

Tutaj nikt nie potrafił nam pomóc i nic pewnie się nie zmieniło w ciągu ostatnich kilkunastu minut. Stajemy przed znanym nam kontuarem. Kobieta wyciąga z szuflady telefon, wykręca jakiś numer i podaje mi słuchawkę. No nie, skoro twarzą w twarz nie możemy się dogadać przy pomocy naszych chińskich zapisków, to przez telefon na pewno nie ma żadnych szans. Wybucham nerwowym śmiechem. Bronię się przed słuchawką, która zawisa w powietrzu.

W końcu kapituluję. Po drugiej stronie słyszę głos młodej dziewczyny. Mówi łamanym angielskim tylko tyle, że jest córką pani, która nas z nią połączyła i nakazuje słuchać matki. Tutaj nasza komunikacja urywa się. Na żadne z moich dalszych pytań rozmówczyni nie potrafi już odpowiedzieć. Uśmiecham się do patrzącej na mnie z niepokojem Chinki i kiwam głową na znak, że wszystko jest w porządku, chociaż wcale nie mam takiej pewności. Widzę ulgę na jej twarzy…

 

Fot: Katarzyna Karpa

Chiny_okladkaKsiążka, której fragmenty prezentujemy, jest do nabycia w empikumerlinie i wielu innych księgarniach internetowych.

 

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Chiny? Dlaczego nie… – wyboista droga do Hangzhou Reviewed by on 2 marca 2014 .

…Koło południa decydujemy się przystąpić do realizacji kolejnego punktu naszej podróży. Obieramy kierunek Hangzhou. Założenie jest takie: szybka łódka przerzuci nas na ląd, a potem autobusem dotrzemy na miejsce przeznaczenia. Z pozoru plan łatwy do zrealizowania. Wkrótce jednak okaże się, że nic nie jest takie, jakim się wydaje… …Port, do którego dopływamy, wygląda okazale. Jest

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 4

  • Komunikacja w ChRL to udręka dla lokalnych a co dopiero przyjezdnych. Niech wyobrazi sobie Pani taki Dworzec Centralny w W-Wie z okienkiem obsługi międzynarodowej. To tak jak w Chinach, tyle, że jednak 1000x inteligentniej.

    • ”Komunikacja w ChRL to udręka dla lokalnych a co dopiero przyjezdnych..”

      Moje zdanie jest odmienne, mianowicie w Chinach bardzo łatwo jest podróżować.

    • Avatar Chiny? Dlaczego nie...

      „Komunikacja w ChRL to udręka dla lokalnych a co dopiero przyjezdnych.” – pozwolę sobie z tym się nie zgodzić.

      Stosunkowo krótko gościłyśmy w Chinach i przyznam, że bardzo obawiałyśmy się, że nie uda nam się odnaleźć na czas odpowiedniego pociągu/wagonu, że nie będziemy potrafiły dotrzeć tam dokąd planujemy. Natomiast zachwyciła nas organizacja i uporządkowanie tej tak niesamowitej liczby podróżujących. Odpowiednie, precyzyjne zaszufladkowanie pasażerów podróżujących koleją, promem czy autobusem do właściwych sektorów poczekalni sprawiało, że odnalezienie właściwego środka komunikacji przychodziło bez najmniejszego trudu.

      Perypetie, które opisujemy w naszej relacji wynikały zwłaszcza z naszej nieznajomości języka i być może momentami spowalniały podróż, ale z pewnością również ubarwiały ją, wzbogacając o niespodziewane kontakty z niezwykle życzliwymi ludźmi, którzy nigdy nie pozostawiali nas bez pomocy, często przekazując nas sobie z rąk do rąk.

      Nie zgodzę się również z opinią na temat Dworca Centralnego w Warszawie. Utkwiła mi bowiem pewna scenka przed okienkiem informacji, gdzie urzędująca pani nie władała, żadnym językiem (poza ojczystym oczywiście) i nie potrafiła bez pomocy pasażerów znajdujących się w pobliżu obsłużyć cudzoziemców, a na moje pytanie: „Z którego peronu odjeżdża pociąg do Komorowa?”, po wkliknięciu do komputera nazwy miejscowości, odpowiedziała krótko: „Nie ma takiej miejscowości Komorowa.”

      Nie potrafię sobie również wyobrazić sytuacji, w której na dworcu w Chinach nakazano by nagle setkom pasażerów – którzy znaleźli się na peronie – przejście na inny, gdzie podstawiono – odmiennie niż przewidywał rozkład jazdy – ich pociąg.

      Tam nikt nie biega w popłochu, każdy bez trudu odnajduje swoje miejsce.

      • Avatar W4rb1rd

        Chyba nie wracała Pani z podróży pociągiem podczas ich Święta Wiosny. Popłoch, brud i chaos, ludzie śpiący pod siedzeniami i w lukach bagażowych, wszędzie kawałki pestek dyni i rozlane zupki chińskie. Ścisk i syf. A w kolejce do takiego pociągu to wojsko musi pilnować, bo by się wieśniacy pozabijali tam. Trochę więcej obiektywizmu proszę.

Pozostaw odpowiedź