BLOGOSFERA

Chiny? Dlaczego nie… – klucz pod wycieraczką

Na miejsce docieramy wieczorem. Kiedy w dużej hali dworcowej pokazujemy adres naszego przeznaczenia – zapisany oczywiście po chińsku – oraz załączone do niego fragmenty mapek opisanych dość szczegółowo, recepcjonistki kręcą głowami i rozkładają szeroko ręce jakby pokazując nam, że jesteśmy bardzo daleko od tego miejsca.

– Czyżby to nie było Hangzhou? – przelatuje przez nasze głowy upiorna myśl. Już nie jest nam tak wesoło jak dotychczas, kiedy bawiły scenki wynikające z braku zrozumienia. Jest ciemno i nie wykluczone, że nastąpił jakiś totalny błąd. Może kupiłyśmy bilet na autobus do miejscowości o podobnym brzmieniu. Pół dnia podróży, która doprowadziła nas w jakieś nieznane miejsce? Szybko jednak wraca dobry nastrój. Przecież możemy być gdziekolwiek i jeżeli tak wyszło, to nie ma żadnego problemu, aby zmienić trasę naszej podróży.

Ale zaraz, nie jesteśmy tak całkowicie wolne, bo przecież umówiłyśmy się dzisiaj na pierwszy nocleg couchsurfingowy u Kolumbijczyków w Hangzhou. Wysyłamy do nich esemesa, że dojechałyśmy na miejsce, chociaż wcale tego nie jesteśmy jeszcze pewne. „Jakby nas nie było w domu, to klucz znajdziecie pod wycieraczką” – odpowiadają krótko zwrotną eską. Cieszy nas takie postawienie sprawy. Jeśli nie trafimy, to nie pokrzyżujemy im planów na wieczór.

Chińska taksówkaPostanawiamy skorzystać z taksówki. Przypominamy sobie zasady podane w jednym z przewodników przeczytanych przed podróżą. Żółta jest najtańsza i jedzie wg wskazań licznika, czerwona jest nieco droższa, ale jakie to ma znaczenie, jeżeli średni koszt przejazdu to w przeliczeniu na nasze kilka złotych. Korzystanie z innych pojazdów  przewodnik  odradza.

Pierwszy taksówkarz kręci głową i zamyka szybę. Drugi zachowuje się podobnie. Podjeżdża trochę rozklekotana taksówka ani żółta, ani czerwona, a kierowca przygląda się bacznie naszym kartkom i zaprasza do środka. Wbrew zasadom wsiadamy bez przekonania do taksówki „no name”, byle tylko do przodu. Fotografuję identyfikator kierowcy, tak na wszelki wypadek.

– Gdyby nas porwał i poćwiartował, to w aparacie zostanie ślad – wyjaśniam Kasi, która nie bardzo akceptuje obiekt mojego zainteresowania. Jedziemy szerokimi arteriami, tniemy tunele. Miasto jest imponujące. Drapacze chmur robią wrażenie. Między nimi poutykane dźwigi wznoszą kolejne wieżowce. Mijamy olbrzymie przestrzenie osiedli mieszkaniowych.

Mijają jeszcze ze dwie godziny zanim – jakimś cudem – udaje nam się dotrzeć do luksusowego apartamentu Kolumbijczyków, którzy zgodzili się nas ugościć. „Pomimo, że nie znały ani słowa po chińsku odnalazły nas w Hangzhou” – przeczytamy na naszym profilu CS po powrocie do Warszawy. Czyli jednak dokonałyśmy niemożliwego, a w każdym razie niełatwego.

 

Fot. Katarzyna Karpa

Chiny_okladkaKsiążka, której fragmenty prezentujemy, jest do nabycia w empikumerlinie i wielu innych księgarniach internetowych.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Chiny? Dlaczego nie… – klucz pod wycieraczką Reviewed by on 6 marca 2014 .

Na miejsce docieramy wieczorem. Kiedy w dużej hali dworcowej pokazujemy adres naszego przeznaczenia – zapisany oczywiście po chińsku – oraz załączone do niego fragmenty mapek opisanych dość szczegółowo, recepcjonistki kręcą głowami i rozkładają szeroko ręce jakby pokazując nam, że jesteśmy bardzo daleko od tego miejsca. – Czyżby to nie było Hangzhou? – przelatuje przez nasze

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Patrycja Pendrakowska

Prezes CSPA od maja 2017 roku, ekspert od Chin. Doktorantka w zakładzie filozofii społecznej UW. Ukończyła sinologię, etnologię i socjologię na UW, którą studiowała również na Ludwig-Maximilians Universität w Monachium. W 2011 roku badała problem migracji w Nepalu, w Institute of Integrated Development Studies w Katmandu. Była redaktorka TVN24 i wolontariuszka w dziale misji PAH. Otrzymała stypendia naukowe na seminaria i badania w Polsce, Niemczech, Hiszpanii i Chinach. E-mail: [email protected]; twitter: @patrycjapendra

Pozostaw odpowiedź