BLOGOSFERA

Chiny? Dlaczego nie… – jest ryzyko, jest zabawa, albo piargi, albo sława…

Na zadane nonszalancko pewnego zimowego wieczora pytanie jednej z nas: „Jedziemy do Chin?” ku jej zdziwieniu druga błyskawicznie odpowiada: „Chiny? Dlaczego  nie…” – taki żart, bo przecież wyprawa na drugi kontynent to nie wyjście do warzywniaka po marchewkę.

Chiny_okladkaZiarno jednak zostaje rzucone na podatny grunt, bo przecież dla nas nie ma rzeczy niemożliwych, a trudności są po to zwłaszcza, aby je pokonywać i w ogóle kierujemy się zasadą: „jest ryzyko, jest zabawa, albo piargi, albo sława”.

Kwestią czasu więc pozostaje już tylko, kiedy znajdziemy się w Chinach, a czas ten nie może być zbyt odległy, bo planowanie długoterminowe nie jest naszą specjalnością. Należymy wszak do osób improwizujących na bazie szaleństwa i spontaniczności oraz nie lubimy czekać. Nie dla nas są wycieczki wykupione w biurze podróży za dużą kasę, której nie mamy, a potem bieganie za przewodnikiem z kolorową parasolką – to nie nasz styl. Bilet lotniczy tam i z powrotem, a w międzyczasie niech się dzieje wola nieba.

Próby znalezienia współtowarzyszy podróży wśród znajomych nie dają rezultatu, bo chętnych na improwizację, jaką proponujemy nie ma – rozpoczynamy więc przygotowania do dwuosobowej, babskiej wyprawy do Państwa Środka.

Czerwcowy termin zostaje wygenerowany możliwościami urlopowymi tego lata i zaakceptowany bez większego zastanowienia, a kierunek do Szanghaju wyznaczają promocje cenowe proponowane przez linie lotnicze. Następuje burza mózgów i lawinowa wymiana maili na temat miejsc, które każda z nas chciałaby odwiedzić. Powstaje pętla o długości około 4 tysięcy kilometrów, zaczynająca się i kończąca w Szanghaju.

Tworzymy ogólny tylko plan, który nie wiąże nas żadnymi rezerwacjami i umożliwia elastyczność podróżowania, a więc zatrzymywanie się na dłużej w miejscach, które okażą się urokliwe, a omijanie tych mniej interesujących. Postanawiamy skorzystać z możliwości, które oferuje społeczność couchsurfingu – podróżników z całego świata, goszczących w swoich domach przybyszów w zamian za wspólne rozmowy i dzielenie się doświadczeniami, kulturą i obyczajami. Takie osoby przyjmowałyśmy już u siebie, a teraz pojawia się okazja wystąpienia w roli gościa, której – co tu dużo mówić – jesteśmy bardzo ciekawe. Nawiązujemy kilka kontaktów w Hangzhou, Guilin, Hongkongu i Szanghaju.

– Dwie kobity w taką podróż? Przydałby się wam jakiś tęgi facet, albo dwóch, ale przecież nikt rozsądny nie pojedzie tak w ciemno do Chin, a nierozsądnego nie warto brać sobie na głowę – komentują pomysł naszej wyprawy znajomi. Przynoszą też przewodnik, w którym wyraźnie jest napisane, że pierwsza wycieczka w tamte rejony świata, to tylko z grupą zorganizowaną przez wiarygodne i doświadczone biuro. Samotnych wypraw bez znajomości języka chińskiego w ogóle nie należy brać pod uwagę. W naszym jednak przypadku przeciwności zwykle zagrzewają do walki.

– Mówią tak, bo nam zazdroszczą – kwitujemy i nie poddajemy więcej wątpliwości tego, do czego dążymy już z pełną determinacją. Chińskiego nie zdążymy się nauczyć, ale skoro tak radzą, to bez żadnej wiary w skuteczność przedsięwzięcia, kupujemy samouczek z płytką, przerabiamy nagrania na MP3 i wrzucamy do odtwarzacza.

– Podróż długa, więc spędzimy ją pożytecznie – postanawiamy zgodnie, ale odtwarzacz – wyprodukowany zresztą w Chinach – odmawia współpracy już w czasie pierwszej godziny funkcjonowania.

mapaStartujemy 13 czerwca, bo przesądy nas nie dotyczą – wspólny czarny kot Konstanty,  setki razy przebiega nam bowiem drogę dzień w dzień.

Pierwszą noc spędzamy na promie, który wiezie nas na wyspę Putuo Shan, skąd dwa dni później szybką łodzią, autobusem, rikszą rowerową, oraz ekspresowym autobusem międzymiastowym, który przeprawi się na ląd promem morskim, docieramy do Hangzhou.

Nocny pociąg zwany „hard sleeperem”, odmienny od naszych kuszetek bo w wagonach nie ma przedziałów, wiezie nas do Guilin. Stamtąd odbywamy wyprawę na tarasy ryżowe, płyniemy w niezapomniany rejs łódką bambusową po rzece Lijiang oraz odwiedzamy nocny targ w Yangshou. W dalszą podróż do Guangzhou zabiera nas olbrzymi autobus sypialny, wzdłuż którego ciągną się trzy rzędy piętrowych łóżek.

Do Hongkongu, przez granicę chińską przerzuca nas elegancki klimatyzowany Jeep, w którym lokuje nas pewna ważna pracownica dworca autobusowego, tylko dlatego, że nie wierzy, iż z naszym absolutnym brakiem znajomości języka chińskiego zdołamy dotrzeć tam, gdzie zamierzamy. Po powrocie dowiadujemy się, że niewiele było w tym przypadku uprzejmości. Znaleziony i odczytany komisyjnie kwit okazuje się być fakturą za wynajem samochodu z kierowcą.

Hongkong podziwiamy z perspektywy okolicznych gór, po morderczej wspinaczce w czterdziestostopniowym upale, oganiając się przed komarami, ale wynagradzają nam wszystko rajskie ptaki, storczyki zwieszające się z konarów drzew i egzotyczna roślinność okolicznych lasów sprawiających wrażenie dżungli. Objeżdżamy wyspę na rowerach nadmorskimi bulwarami.

Dajemy się ponieść gondolowej kolejce nad cieśniną oddzielającą wyspy ku górze Lantau, podziwiając z lotu ptaka zbudowane w 1998 roku na sztucznej wyspie lotnisko Chek Lap Kok i most wiszący. Na wysokości 460 m n.p.m. wita nas łaskawie, do niedawna największy, posąg Buddy.

Kolejnego dnia sprawnie działające metro wiezie nas do granicy Chin w Shenzhen, gdzie rozpoczyna się nasza droga powrotna. Zbyt optymistyczne okazują się nasze plany realizowane do tej pory mimo braku jakichkolwiek wcześniejszych rezerwacji. Kupno biletów do Szanghaju na pociąg odjeżdżający za kilka godzin jest niemożliwe.

Nieprzewidziany postój pozwala nam zerknąć na niebezpieczne nadgraniczne miasto, w którym roi się od policjantów i wojskowych, a zapewne też od przemytników i złodziei. Nie bez trudu odnajdziemy zakamuflowany w miejscowych loftach zaciszny hostel, w którym panuje zgoła odmienna, globtroterska atmosfera sielankowej przerwy w zwykle długiej podróży.

Następnego dnia nocny pociąg o niezliczonej liczbie wagonów – w Chinach wszystko jest niezmierzone, a pociągi mają liczbę wagonów zbliżoną do nieskończoności – zabiera nas do miejsca, z którego startowałyśmy dwa tygodnie wcześniej. W Szanghaju nie ma czasu na odpoczynek. Szybka kawa stawia nas na nogi i pędzimy w miasto. Wyłuskujemy rodzynki architektoniczne i kulturowe, zachłannie chwytamy różne klimaty. Nie tak wprawdzie jak lubimy, ale jeden dzień na zaczerpnięcie tej ogromnej metropolii to zdecydowanie za mało.

Wieczorem udajemy się na międzynarodowe party obcokrajowców pracujących w Szanghaju wydawane na cześć jednego z nich, który opuści wkrótce Chiny po wieloletniej tam pracy i wróci do Ameryki Południowej, gdzie mieszka na stałe.

Rano szybka kolej zabiera nas z prędkością przekraczającą trzysta kilometrów na godzinę na lotnisko, skąd udajemy się w drogę powrotną do Polski. Nasz samolot utknie jednak w korku na pasie startowym i mijają niemal dwie godziny zanim otrzyma zezwolenie na start do Europy. Nie udaje się nadrobić straconego czasu, ale w ostatniej minucie dolatujemy do Amsterdamu, abyśmy – przecinając lotem błyskawicy potężny terminal lotniska – zdążyły na samolot do Warszawy.

To skrótowy bardzo rys naszej dwutygodniowej azjatyckiej wyprawy, którą opisujemy w wydanej w grudniu ubiegłego roku książce pod tytułem „Chiny? Dlaczego nie”.

Aby zachęcić do jej lektury – dzięki uprzejmości pana Radosława Pyffla, prezesa Centrum Studiów Polska Azja – zamieszczać będziemy na stronie CSPA ilustrowane fragmenty naszej relacji.

Projekt okładki i mapka: Paulina Radomska-Skierkowska

Książka, której fragmenty prezentujemy, jest do nabycia w empiku, merlinie i wielu innych księgarniach internetowychChiny_okladka

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Chiny? Dlaczego nie… – jest ryzyko, jest zabawa, albo piargi, albo sława… Reviewed by on 2 lutego 2014 .

Na zadane nonszalancko pewnego zimowego wieczora pytanie jednej z nas: „Jedziemy do Chin?” ku jej zdziwieniu druga błyskawicznie odpowiada: „Chiny? Dlaczego  nie…” – taki żart, bo przecież wyprawa na drugi kontynent to nie wyjście do warzywniaka po marchewkę. Ziarno jednak zostaje rzucone na podatny grunt, bo przecież dla nas nie ma rzeczy niemożliwych, a trudności

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź