BLOGOSFERA

Bomba w Pekinie

 Pod koniec zeszłego roku czyli dokładnie25 grudnia,Premier Chin Wen Jiabao spotkał się w Pekinie z premierem Japonii Noda Yoshihiko. I może nie byłoby w tej wizycie nic szczególnego, gdyby nie BOMBA która wybuchła w czasie jej trwania. Tyle, że wybuch bomby z reguły powoduje jednorazowy efekt. Natomiast to co wydarzyło się w czasie wizyty Pana Nody w Pekinie będzie miało swoje reperkusje…przez kilkadziesiąt lat.

Ale zanim przejdziemy do opisu działania tej bomby, cofnę się nieco w czasie. Napisałem od ponad roku kilka tekstów o juanie. Ostatnio ten, ale wcześniej o rynkach finansowych tutaj i tutaj, o deprecjacji juana i polityce państwa w stosunku do RMB i początku ery juana…No dosyć tego. Jesteśmy teraz i tu …i mamy bombę. Ta bomba to jest bomba, co się zowie. Z tego między innymi powodu, amerykańskie wojska najechały suwerenny Irak. Taka bomba wielokrotnie była opisywana w poważnych tytułach prasowych, jako najbardziej prawdopodobny powód wybuchu konfliktu na wielką skalę. O czym zatem mówimy?

Mówimy o POCZĄTKU ERY JUANA –RMB.

Nie przekonuje Państwa, że to bomba? No to powiem inaczej. To początek końca ery dolara!

Lepiej? To bardziej przekonywujące? Dlaczego? Po co ? I jak?

 No więc zacznijmy wyjaśnianie od początku. Naprzód terminologia. Otóż na potrzeby tego artykułu używać będę eufemizmu „Amerykanie”. Otóż, nie chodzi mi bynajmniej o p. Johna Browna z Minnesoty ani o p. Lucy O’Brian z Millwalke. Używając tego określenia będę miał na myśli pracowitych żuczków z FED czyli amerykańskiego banku centralnego, który jak wiadomo jest własnością prywatną i ma prawo drukowania dolarów. Ciekawe? Mam na myśli również facetów z Departamentu Skarbu (odpowiednik Ministerstwa Finansów) rządu USA, którzy jakimś dziwnym trafem bardzo często nadstawiają życzliwie ucha podpowiedziom owych facetów z FED-u. Ale, żeby tylko tym. Istnieje przecież jeszcze Goldman Sachs i setka pomniejszych, ale nie mniej głodnych dolarów, organizacji finansowych które chcą dla swoich właścicieli zarabiać pieniądze, nie przemęczając się za bardzo. To są owi Amerykanie, którzy występować będą w tym artykule w roli chłopców do bicia. Bo jako żywo, zasługują na to po tysiąckroć.

Jak państwo wiedzą, cały ten galimatias zwany naszym światem, opiera się na amerykańskim dolcu. Waszyngtonie, czy jak kto woli zielonym. Cały światowy handel „wisi” na dolarze. No bo istotnie, znacznie trudniej byłoby handlować np. Republice Czeskiej z Paragwajem, używając do tego narodowych walut. Ponieważ bracia Czesi, żeby móc handlować z całym światem, musieli by mieć w swoim banku waluty kilkudziesięciu krajów świata. Tych z którymi handlują. Trochę byłoby to niewygodne. Te różnice kursowe, ciągle się zmieniające. Aj,ja, jaj! Bałagan jak sto diabłów. A tak jest jeden dolar, wszystko przelicza się na niego …i szafa gra.

 No tak, tyle, że ta szafa grała bez fałszów do momentu, gdy funkcjonowało porozumienie z Bretton Woods. Czyli mówiąc w skrócie, do momentu gdy dolar oparty był na złocie. Wtedy dolar był stabilny, różnice kursowe niewielkie. Oczywiści to porozumienie było dla Amerykanów bardzo wygodne. Ale, w pewnym momencie skonstatowali, że mogą na tym wszechobecnym dolarze zarobić nieporównanie więcej. I to nie tylko w sensie zarobku bezpośredniego. Również poprzez możliwość wywierania presji via dolar na inne kraje. A więc zlikwidowali parytet dolara w złocie, wypowiadając tym samym porozumienie z Bretton Woods.

 I od tego momentu mogli już robić z dolarem wszystko. Z innymi takoż. Jeśli uważali, że np. japoński jen był zbyt słaby, a co za tym idzie dolar za mocny i eksport do Japonii przestawał być opłacalny, wówczas mogli naciskać na Japonię i inne kraje będące w takiej samej sytuacji, aby zmieniły kursy swojej waluty na bardziej dla nich korzystne. I tak robili. Nie raz i nie dwa. Zawsze. Przez dziesięciolecia doili rynek światowy jak dobrą, duńską dojną krowę. Jako, że stawali się coraz bardziej chciwi, więc i robili przekręty z którymi w ogóle się już nie kryli. Żeby móc opanować jakiś kraj gospodarczo, naprzód rujnowali jego gospodarkę a później pożyczali pieniądze …na odbudowę.

No i cały czas mocno obstawali przy tzw. wolnym rynku. Czyli: nam wolno, a wam nie wolno. Stąd nazwa. Wszyscy posłusznie wykonywali polecenia owych Amerykanów, ponieważ byli tak mocni, że nikt im nie mógł podskoczyć. A jak jakiś rząd chciał podskoczyć, to nagle okazywało się, ze już nie  rządzi. Tak przypadłość. Aż tu nastało nowe tysiąclecie i nowe możliwości zarabiania pieniędzy. Chciwość owych mitycznych Amerykanów przeszła ludzkie pojęcie. Zaczęli robić takie przekręty na rynku finansowym, że jak już gruchnęło…to z grubej rury. W 2008 spowodowali rozlanie się kryzysu na cały świat, kryzysu, którego końca nie widać. Ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że właśnie ten kryzys będzie Ich początkiem końca. Ich i dolara.

 Albowiem, w czasie, gdy owi Amerykanie zajęci byli porządkowaniem świata, czyli wojowaniem ze wszystkimi którzy mieli ropę w celu przejęcia tejże, lub nie daj Boże mieli jakieś inne walory, w tym samym czasie spokojny i pracowity jak mrówki narodek chiński, pomnażał swoje narodowe dobra w oszałamiającym tempie. Dość powiedzieć, że w czasie ubiegłej dekady chińskie PKB potroiło się! W każdym razie, gdy miłujący pokój Amerykanie ze swoja gwardią przyboczną propagowali „pax americana” przy pomocy pistoletu maszynowego na całym Bożym świcie i ustawiali wszystkich w szeregu, jedyni Chińczycy stali z boku i nie bardzo nadawali się do tego szeregu. Krnąbrni byli jacyś. Nieprzystosowani. W ogóle nie słuchali co Amerykanie do nich mówią. Gdy tłumaczą jak dzieciom, że trzeba robić tak, a nie inaczej. Że trzeba na ten przykład, wzmocnić juana w stosunku do dolara, bo Amerykanie chcą zarabiać nie tylko na 123 narodowościach świata, ale na Chińczykach też. A Ci nic. Głusi jacyś, czy co? W końcu, gdy waleczne i niezwyciężone wojska amerykańskie, po kolejnej przegranej wojnie wróciły do domu i wszyscy przejrzeli na swoje kaprawe oczęta, skonstatowali, że pod Ich bokiem, po drugiej stronie Pacyfiku- a to wszak wszystko domena amerykańska, w zasięgu rzutu beretem- wyrosła potęga gospodarcza, której nie da się ignorować. Skoro nie da się ignorować, to trzeba walczyć. A gdy nie da się walczyć wojskiem, to trzeba wybrać inne oręże.

Takim orężem stały się media. Są, jak wszystkim wiadomo, własnością bliżej niezidentyfikowanych osobników płci nieznanej i takiej że narodowości. I oczywiście, żadne układy między owymi fluidalnymi mediami a rządem USA nie mają miejsca. Broń Boże! A to, że owe media uwzięły się na Chińczyków, to czysty przypadek i niezwykłe zrządzenie losu. Więc mamy medialne wojny walutowe, medialne bańki na chińskim rynku nieruchomości, medialne bańki na chińskim rynku bankowym no i największą medialną wojnę obecnej dekady- wojnę z juanem. A miłujący pokój Amerykanie- niech Bóg nad nimi czuwa, bo już nikt inny nie będzie- nie mogą zrozumieć, że ci Chińczycy są tacy uparci i ciągle nie robią z tym juanem tego, czego się od nich żąda. Przecież to tak niewiele. Już co najmniej setka ekonomistów z laureatami Nobla na czele, tłumaczy Im, że to dla Ich własnego dobra powinni wzmocnić tego swojego juana i dać zarobić innym. Znaczy Nam, Amerykanom. A Oni jak pijany płotu, trzymają się tego swojego niedoszacowanego juana i ani myślą ustąpić. Tacy hardzi.

A już skandalem, ba, zbrodnią na skalę między galaktyczną jest fakt, że ci Chińczycy wymyślili sobie, że można tego pieszczocha narodów, Pana wszechświata i bóstwo powszechne czyli amerykańskiego dolara zastąpić juanem! Widział kto takie mecyje? Przecież to się w głowie nie mieści- głownie amerykańskiej. Bo w innych głowach, jak najbardziej.

Wprawdzie, wspomniany Pan Hussain z Iraku powieszon był między innymi, za próby sprzedawania swojej ropy za inne niż dolar waluty, ale tutaj, z Chińczykami, powtórzyć tego manewru się nie da. Biada nam, biada. I co najgorsze- bieda, która zaczyna zaglądać w amerykańskie oczęta. Bo Chińczycy pozwalają sobie na coraz więcej. Z Rosją handlują już jakiś czas bez użycia dolara, z niektórymi bankami centralnymi Azji, Ameryki Południowej i Afryki przeszli na umowy swapowe czyli tamci dostają określone ilości juanów na potrzeby handlu z Chinami. No, ale to są stosunkowo małe kwoty.

Natomiast w handlu z Japonią w grę wchodzą setki miliardów rocznie. Chiny są drugą, a Japonia trzecią gospodarką świata. Chiny są największym japońskim partnerem handlowym. I jeszcze jedno. To zawsze się musi opłacać obu stronom. I opłaca się z czysto ekonomicznego punktu widzenia. Bo jen japoński jest b. mocny. I to jest ból głowy rządu japońskiego nie od dziś. A juan jest stosunkowo słaby. I to również tłumaczy chęć przejścia na rozliczenia w rodzimych walutach. Przejście na wymianę w jenach i juanach rewolucjonizuje cały światowy handel. Bo to oznacza, ze już ten biedny dolar nie jest potrzebny, że można bez niego funkcjonować. No bo jeśli najwięksi mogą się obyć bez dolara, to ci mniejsi za chwilę też się bez niego obejdą- przynajmniej w stosunkach handlowych z Chinami. I tak właśnie ruszyła lawina. Lawina walutowych powiązań międzynarodowych z juanem. A to jest prosta, aczkolwiek jeszcze długa i wyboista droga do uznania juana za rezerwową walutę świata.

Dla mnie bomba!

P.S. Zapraszam do czytania moich tekstów w blogu „Chiny widzine z daleka” na www.wieslawpilch.salon24.pl

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Bomba w Pekinie Reviewed by on 7 stycznia 2012 .

 Pod koniec zeszłego roku czyli dokładnie25 grudnia,Premier Chin Wen Jiabao spotkał się w Pekinie z premierem Japonii Noda Yoshihiko. I może nie byłoby w tej wizycie nic szczególnego, gdyby nie BOMBA która wybuchła w czasie jej trwania. Tyle, że wybuch bomby z reguły powoduje jednorazowy efekt. Natomiast to co wydarzyło się w czasie wizyty Pana

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Z historii biorę wskazówki dla teraźniejszości z myślą o przyszłości. Makroekonomia którą się fascynuję, pozwala mi na ogląd rzeczywistości gospodarczej takiej, jaka ona jest naprawdę. Niezafałszowana. Sinoligia to namiętność, pewnie ostatnia w moim życiu- więc tym ceneniejsza. "Wiesław Pilch przedstawia" autorski blog p.Wiesława Pilcha. Redakcja portalu polska-azja.pl, będącego platformą swobodnej wymiany myśli na tematy azjatyckie, nie ponosi odpowiedzialności za publikowane na blogu autora treści.

komentarze 2

  • Panie Wieslawie,
    Dowcipnie i dosadnie, ale jakze trafnie. Obecnie moim najwiekszym zmartwieniem jest fakt, iz nieomylny wielki brat chce rozpetac zadyme w Iranie, moze glownie dlatego, ze Persowie chca handlowac ropa bez „zielonego”, co oczywiscie boli. Bardzo chcialym, aby plan tej kolejnej hucpy nie wypalil.
    Natomiast o samym Chinsko-Japonskim bardzo znaczacym ekonomicznym wydarzeniu jakos nadzwyczaj cicho w eterze, cisza przed burza czy jak. :)

  • To bomba nie tylko w Pana opinii, Panie Wiesławie. Powtórzę jeszcze raz to, co mówiłem kilka dni temu, gdy był to news na portalu: To jedna z głównych wiadomości ekonomicznych 2011 roku. A nie wykluczam, że najważniejsza. Przykład został dany, i to nie tylko ze strony Chin jako rywala USA, ale i ze najsilniejszego ekonomicznie sojusznika USA, jakim jest Japonia, kraj o PKB o 2/3 większym od niemieckiego.

Pozostaw odpowiedź