Artykuły,Indie news,Publicystyka

Blow Horn Iwony Szelezińskiej: Wspomnienia. O dobrodzieju i wojnie.

Głęboko wzruszony i przejęty cierpieniem polskiego narodu, a szczególnie losem tych, których dzieciństwo upływa w tragicznych warunkach najokrutniejszych z wojen, pragnę w jakiś sposób przyczynić się do poprawienia ich losu. Zaofiarowałem im gościnę na ziemiach położonych z dala od zawieruchy wojny. Może tam, w pięknych górach nad brzegiem morza dzieci będą mogły powrócić do zdrowia, może uda im się zapomnieć o wszystkim, co przeszły i nabrać sił do przyszłej pracy jako obywatele wolnego kraju (…)

maharadża Jam Saheb Digvijaysinhji

listopad 1942

tygodnik „Polska” wydawany przez Ambasadę RP w ZSRR

 

Nasz polski maharadża. We wspomnieniach Wiesława Stypuły.

Osiedle dla polskich sierot w Balachadi/Jamnagar.

Niewątpliwie był człowiekiem władzy, symbolem siły i potęgi. Wśród lokalnej społeczności niezwykle poważany. Dostojnik, zawsze pięknie ubrany z dbałością o najmniejszy szczegół. Dla nas był uosobieniem utraconych ojców, których przez lata pobytu w ośrodku starał się nam zastąpić. Lubił dzieci, my też do niego lgnęliśmy. Cechowała go ogromna serdeczność i otwartość na ludzi. Bezpośrednio po przyjeździe do Indii byliśmy słabi, głodni, zmęczeni i przerażeni tym, co może się jeszcze wydarzyć. Dotarliśmy do miejsca, które zarówno geograficznie, jak i kulturowo było bardzo odległe od wszystkiego, co znaliśmy. Po tym, co przeżyliśmy w Rosji, po koszmarze tamtych dni byliśmy w traumie, w bardzo złej kondycji psychicznej. Większość z nas straciła swoich najbliższych, byliśmy sami i zrozpaczeni. On zaoferował nam pomoc. Przyjął, zaprosił na swój prywatny teren, dał poczucie bezpieczeństwa. Zupełnie bezinteresownie. Był człowiekiem o wielkim sercu. Pokochaliśmy go. Nazywaliśmy dobrodziejem. Naszym polskim maharadżą. Dzięki niemu, choć częściowo, odzyskaliśmy utracone dzieciństwo.

Kiedy dotarłem do Indii miałem 11 lat. Był 1942 rok.

Po deportacji z Wołynia nastały dla nas ciężkie lata walki o życie na dalekiej Syberii. Z początku nie byłem sam, była ze mną mama i starszy brat. Punktem przełomowym w życiu na zesłaniu było ogłoszenie amnestii w lipcu 1941r. (po układzie Sikorki – Majski). Pojawiła się już nie tylko nadzieja, ale i możliwość opuszczenia Syberii. Z Uzbekistanu trafiłem najpierw do Aszchabadu w Turkmenistanie, gdzie był ośrodek zbiorczy dla sierot, do którego zwożono dzieci często z bardzo odległych terenów byłego ZSRR. Potem ewakuowano nas do pierwszego etapowego miasta za granica sowiecką, czyli irańskiego Meszhedu. Było to miejsce, w którym przechodziliśmy kwarantannę przed transportem do odległych ośrodków uchodźczych z dala od wojennej rzeczywistości. Ja dotarłem do Indii, bezpośrednio do Balachadi. Były trzy takie transporty. Jechałem w drugim. Byłem sam. Z mamą i bratem zostałem rozdzielony jeszcze w Rosji. Zachorowali na tyfus i zabrano ich do szpitala. Ja nie chorowałem i trafiłem do tzw. domu zatrzymań dla nieletnich. Ojca z nami nie było. Później okazało się, że został zamordowany w zbrodni katyńskiej. Z matką odnaleźliśmy się dopiero w 46r., za pośrednictwem Czerwonego Krzyża.

Transport odbywał się w bardzo trudnych warunkach. Przez góry i pustynie irańskie. Kilka tysięcy kilometrów, ich pokonanie zajęło około tygodnia. Jechaliśmy amerykańskimi ciężarówkami wojskowymi. Po piętnaścioro dzieci w każdej. Cali w kurzu. Zmęczeni.

Maharadża Jam Saheb zaprosił do Indii do swojego księstwa Navanagar najpierw 500 dzieci, później kolejne tyle. Przez ośrodek dla polskich sierot w Balachadi przewinęło się ogólnie około 1000 osób. Dokładna liczba dziś jest trudna do ustalenia.

W tym czasie maharadża pełnił funkcję Przewodniczącego Rady Książąt Indyjskich, jednocześnie był też jednym z dwóch delegatów Indii zasiadających w Gabinecie Wojennym Wielkiej Brytanii. Był to organ doradczy dla władz brytyjskich w Delhi. Rząd polski na uchodźstwie, a przede wszystkim generałowie Anders i Sikorski starali się, żeby część ludności, głównie cywilnej, ewakuować z ZSRR poza obszar wojny. Szukano pomocy, ośrodków, które będą chętne przyjąć Polaków uciekających przed wojną, przed śmiercią. Anglicy skierowali tę ludność do swoich kolonii albo dominium. Ewakuowano ludzi do Indii, poza tym do Południowej Afryki, Nowej Zelandii i Meksyku. Anglicy ponieśli główny ciężar organizacyjny i finansowy tych przedsięwzięć. Środki finansowe niezbędne do utrzymania polskich obozów gwarantował Indiom rząd brytyjski, później rząd polski miał te zobowiązania spłacić, z wyłączeniem prywatnych pieniędzy zainwestowanych w nie przez radżów.

Maharadża wychodził naprzeciw wszystkim naszym potrzebom, bo poza tym, że oddał swój teren, zorganizował wszystko, zajął się budową osiedla, to jeszcze założył fundusz charytatywny na naszą rzecz. Wpłynął na lokalnych radżów i innych zamożnych obywateli, którzy dobrowolnie zobowiązali się, iż do końca wojny każdy z nich będzie utrzymywał kilka lub kilkanaścioro dzieci z osiedla Balachadi. Był to ściśle reglamentowany fundusz, skromna kwota przypadała na dzień na dziecko. Włączyło się co najmniej kilkadziesiąt osób. Za każdym razem, kiedy maharadża przyjeżdżał w odwiedziny, z okazji jakiegoś święta, czy zawodów sportowych, zasilał nieoficjalnie konto ośrodka. Zostawiał tysiąc i jedną rupię. Mawiał, że są to pieniądze na działalność kulturalną.

Mieliśmy dobra opiekę. Zatrudnił lekarzy, nauczycieli i opiekunów. Też kuchcików, ci sprowadzeni byli z Goa, poza tym dostawców żywności, magazynierów, osoby sprzątające na terenie osiedla. W połowie kadra składała się z miejscowych ludzi, z Hindusów, z którymi zresztą byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni, w połowie z Polaków rzuconych przez z los w tę część świata, też z matek, które dotarły do obozu razem ze swoimi dziećmi. Do obsługi takiej gromady dzieci, od 2go do 15tego roku życia, potrzebna była liczna grupa dorosłych. Komendantem obozu był ks. Franciszek Pluta.

Prowadzenie ośrodka było wielkim przedsięwzięciem pedagogiczno-organizacyjnym. Kadra opiekuńcza dbała o to, żebyśmy my – dzieci byli nieustannie czymś zajęci, w coś zaangażowani, żeby nie zapanował bezruch i nuda. Harmonogram zajęć był bardzo bogaty. Mieliśmy zorganizowaną praktycznie całą dobę. Poza zajęciami w szkole był jeszcze zespół taneczny, teatr dziecięcy, orkiestra, chór, różne drużyny sportowe, no i cały, mocno rozbudowany ruch harcerski.

Na ośrodek składały się baraki mieszkalne, szkoła i przedszkole. Też kaplica. Budynki medyczne, szpital i ambulatorium, nieduży skład apteczny. Poza tym różne warsztaty, pralnia, magazyny. Również pomieszczenia socjalno-sanitarne, takie jak łazienki, umywalnie i latryny. Około 50 różnej wielkości budynków, tworzących trzy zespoły zabudowań zróżnicowanych pod względem funkcjonalności. Osiedle ulokowane było na wzgórzu nieopodal letniej rezydencji maharadży.

W Balachadi nie było elektryczności, w związku z czym brakowało też chłodni do przechowywania żywności. Mimo tego nie było żadnych zbiorowych zatruć, czy chociażby poważniejszych zachorowań na tle gastrycznym. Mieliśmy regularny dostęp do pitnej wody. Niedaleko od morskiego brzegu znajdowała się podziemna studnia, zapewniającą wystarczającą jej ilość dla wszystkich mieszkańców ośrodka. Wybudowano urządzenia wodociągowe oraz dwa duże zbiorniki retencyjno-wyrównawcze, za pomocą których słodka woda tłoczona była bezpośrednio do osiedla.

Podczas całego funkcjonowania ośrodka w Balachadi, czyli ponad cztery lata, miały miejsce dwa zgony wśród dzieci. Pierwszy bezpośrednio po przyjeździe, było to dziecko bardzo chore, jak my wszyscy niedożywione, którego pomimo dobrej opieki medycznej nie udało się odratować. A drugi zdarzył się później. Był to w zasadzie wypadek. Chłopiec utopił się w płytkiej po kolana wodzie. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, co się dokładnie stało. Potknął się, czy poślizgnął?

Pomimo trudnych warunków bytowych, też klimatycznych, poziom zdrowotny dzieci i naszego rozwoju fizycznego był wyższy niż przed wojną w Polsce. Tak wynikało z badań ogólnorozwojowych przeprowadzonych po 2-3 latach pobytu w Balachadi. W Indiach nabraliśmy sił. Zostaliśmy odżywieni, uprawialiśmy różne sporty, ciągle przebywaliśmy na świeżym powietrzu. Mieliśmy szanse żyć w pokoju, zapomnieć o rzeczywistości wojny. Indie były dla nas niczym bajkowa kraina, pełna słońca, ciepła, spokoju i dobra bijącego ze strony miejscowych ludzi. Egzotyczna kraina, do której cudem trafiliśmy prosto z koszmaru wojny, z mrozów Syberii, ze świata lęku, głodu, łez. Indie dały nam szanse na przeżycie.

W 45r., kiedy skończyła się wojna i rząd lubelski został uznany za władze Polski, zażądano powrotu polskich obywateli. Władze Polski wystąpiły o przesiedlenie całego sierocińca w Balachadi. My nie chcieliśmy wracać. Większość potraciła nie tylko rodziny, ale też, ze względu na przesunięcie granic Państwa Polskiego, również swoje domy. Baliśmy się powrotu, nie wiedzieliśmy, co w Polsce zastaniemy, na wielu z nas nikt tam nie czekał. Baliśmy się, że zostaniemy do wyjazdu zmuszeni. I wtedy maharadża Jam Saheb, brytyjski oficer Geoffry Clark (adiutant maharadży) oraz komendant ks. Franciszek Pluta zdecydowali się na dokonanie zbiorowej adopcji w stosunku do dzieci, które nie mają nikogo z opiekunów prawnych. Sporządzono listę sierot, spisano akt adopcyjny, sprawa została załatwiona przed sądem. Na mocy tego dokumentu maharadża miał zapewnić dzieciom warunki materialne, Clark zająć się sprawami formalnymi, a komendant Pluta zobowiązał się roztoczyć nad nimi opiekę duchową. Na tej liście znalazło się ok. 200 nazwisk. Moje również na niej widniało. W ten sposób zostaliśmy zabezpieczeni przed przymusowym przesiedleniem do kraju.

W 1946 roku ostatecznie zlikwidowano osiedle w Balachadi. Zostaliśmy przeniesieni do większego ośrodka w Valivade, koło Kalhapuru, gdzie przebywałem aż do wyjazdu z Indii do Polski.

Około 20% z nas wróciło do kraju.

Na mnie czekała mama i starszy brat. Straciłem ich, w zasadzie zgubiłem na terenie Uzbekistanu, po czym miałem szczęście ich odzyskać. Niesamowite szczęście. Gdy przyjechałem do kraju miałem 17 lat. Był 1948 rok.

5 tysięcy ludzi. W zasadzie całe miasto.

We wspomnieniach Andrzeja Jana Chendyńskiego.

Ośrodek w Valivade/Kalhapur.

Swoją historię poznawałem późno. Tak się w moim życiu zdarzyło, że praktycznie całą wojnę przetrwałem sam, nie miałem rodziny. Byłem malutkim dzieckiem. A jak to się wszystko zaczęło? Proszę, niech pani posłucha.

Mieszkaliśmy we Lwowie. Ojciec wykładał w szkole kadetów, był oficerem w stopniu majora. Mama skończyła filozofię na UJ, ale po ślubie zajęła się prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci, miała przecież trójkę małych chłopców. Gdy wybuchła wojna, ojciec został zmobilizowany i poszedł na front. Mama została z nami. Deportowano nas 13tego kwietnia 1940r. Zostaliśmy wywiezieni w głąb Związku Sowieckiego, aż do Kazachstanu. Nie wiem jak tam było. Mój pierwszy zapamiętany obraz, to mama zajmująca się wypasem krów. Nie wiem nawet gdzie to było, w kołchozie, czy w jakiejś innej jednostce. Jako mały szkrab goniłem wokół mamy i wtedy na pastwisku pobodły mnie krowy. Tyle pamiętam. Miałem 4 lata.

Po amnestii 41r. przedostaliśmy się na południe. I tam w Uzbekistanie w Katta-Kurganie (na początku 42r.) najpierw zmarł mój starszy brat Józef. Zaraz później mama. Ja z młodszym ode mnie bratem Michałem trafiłem do sierocińca.

 Pamiętam salę, ciemną, ciasną, ogromnie przygnębiającą, dzieci malutkie, stłoczone, trzęsące się z zimna i strachu. My wśród nich. Mój brat chorował na dyzenterie. Jedynym szczęściem było to, że odwiedzała nas tam nasza niania, która również wyjechała ze Lwowa, gdy cała rodzina została deportowana. Opiekowała się nami od urodzenia, najpierw we Lwowie, no i potem mną jeszcze przez długie lata. Była z nami związana, kochaliśmy ją.

Dalej pamiętam pobyt w Meszhedzie. Zabrano mnie, a Michał został. Był chory, a do transportów brano tylko zdrowe dzieci, żeby uniknąć epidemii. W Meszhedzie z kolei ja się rozchorowałem. I dalej nie mogłem jechać. Trafiłem do szpitala. Po pewnym czasie, jak już byłem zdrowy, dostałem się do kolejnego transportu. Ewakuowano nas wojskowymi ciężarówkami, z tyłu były otwarte. Jechaliśmy do Teheranu, przez pustynie, przez góry, kurzyło się niemiłosiernie. W Teheranie znów spotkałem moją nianię. Najpierw wszystkie dzieci z transportu zawieziono do obozów przejściowych. Z tego miejsca przede wszystkim pamiętam latryny i mój strach dzieciaka przed korzystaniem z nich. Siadało się tam na długim drągu, bałem się, że wpadnę do głębokiej pełnej odchodów dziury. Z tego okresu mam tylko przebłyski wspomnień. Była zima, bawiliśmy się tocząc z górki śnieżne kule. Potem niewiele pamiętam; po drodze do Indii jeszcze Malir koło Karaczi i tam wielkie jaszczury wygrzewające się na słońcu. Chodziłem je oglądać.

W połowie 1943r. trafiłem do Valivade.

Ośrodek Polski Valivade był ulokowany w stanie Maharasztra, w księstwie Kalhapur.

 Był to bardzo dobrze zorganizowany obóz na uchodźstwie. Przebywało w nim ok. 5tyś. ludzi. W zasadzie było to całe miasto, od początku planowo urządzone. Były tam: bloki mieszkalne, szpital, szkoły, poczta, kino, sklepy, kościół, wodociągi, łaźnie, latryny, obok obozu rzeka, w której można było się kąpać. Mieliśmy nawet polską gazetę Polak w Indiach, a dla dzieci Słoniątko indyjskie.

Miałem wtedy 7 lat. Do Valivade przyjechała też moja niania. Pracowała w ośrodku jako pomoc kuchenna. Ja wówczas byłem w sierocińcu, chodziłem tam do szkoły. Później obóz podzielono na dwie części, na zakład wychowawczy (sierociniec), gdzie były odrębne bloki, osobne dla dziewczynek, osobne dla chłopców, też pomieszczenia dla opiekunów, odrębna stołówka i obok szkoła. Druga część osiedla to sektor cywilny, gdzie byli albo starsi albo dzieci z matkami. Dostawali pieniądze, skromne fundusze, którymi dysponowali samodzielnie. Żywili się sami. W sierocińcu była stołówka dla wszystkich dzieci i na tym polegała zasadnicza różnica między dwoma sektorami. Hindusi szybko się zorganizowali i prowadzili targ przy obozie, można było kupić warzywa, owoce, mięso i inne produkty. Wszystko funkcjonowało bardzo sprawnie.

Początkowo byłem w sierocińcu, później niania wzięła mnie do cywila. Nie lubiłem chodzić do szkoły. Stale wagarowałem. Uciekałem z lekcji nad rzekę. Niania dbała o to żebym był czysty, ubrany i nie biegał głodny. Nie goniła mnie do książek. Była prostą osobą, ale oddaną mi całym sercem. Opiekowała się mną najlepiej, jak umiała. Wysyłała mnie do szkoły, ja z niej uciekałem i kłamałem, że byłem. Skutek był taki, że w Valivade ledwo nauczyłem się czytać. Byłem za to zdrowy, sprawny fizycznie, cały czas w ruchu, na świeżym powietrzu. Po drzewach skakałem niczym małpa, byłem niesamowicie zwinny.

W Valivade było świetnie zorganizowane harcerstwo. Porucznik Zdzisław Peszkowski (później ksiądz Peszkowski) i Bronisław Pancewicz, zostali odkomenderowani z Armii gen. Andersa do Valivade w celu zorganizowania tam chorągwi harcerskiej. Był to bardzo sprawny ruch. Mieliśmy około 30 drużyn harcerskich i zuchowych. Wychowywano nas w duchu patriotycznym, w bezwzględnej miłości do Ojczyzny. Choć przez pewien czas przyszło nam żyć na obczyźnie, wszyscy czuliśmy się bardzo z Polską związani.

15 sierpnia 1947 roku przeżywaliśmy też, razem z Hindusami, odzyskanie niepodległości przez Indie. Byliśmy świadkami jakże ważnego momentu w historii tego gościnnego dla nas kraju.

Po zakończeniu wojny, od 46r. rozpoczęły się transporty ludności do Polski i innych krajów. Powoli następowała stopniowa likwidacja ośrodka. Ostatni Polacy opuścili Osiedle w Valivade w 48r.

Przyszedł rok 1948. Wyjechałem z Valivade do Polski. Później dowiedziałem się, że wracałem razem z Wiesławem Szypułą. Wiesław jest trochę ode mnie starszy. Na miejscu w Valivade specjalnie nie mieliśmy okazji się poznać. Byłem za młody, on nie interesował się takimi szczawiami, jak ja. Raz byliśmy razem na obozie harcerskim, w Chandoli, z Jerzym Krzysztoniem (autor m.in. Wielbłąda na stepie, Krzyża południa, Opowiadań indyjskich), który był naszym drużynowym.

Wyjazd. Najpierw pociągiem do Bombaju. W Bombaju zaokrętowali nas na statek Georgic. Staliśmy na redzie około tygodnia i wtedy usłyszałem komunikat, że Mahatma Gandhi został zamordowany. Płynęliśmy przez M. Arabskie, M. Czerwone, Kanał Sueski, do Neapolu. W Neapolu przesiedliśmy się na pociąg do Rzymu. Tam po raz pierwszy zobaczyłem fontannę, przed Bazyliką św. Piotra. Dalej pociągiem do Polski, do Koźla, gdzie musieliśmy przejść parodniową kwarantannę. Kwarantannę po wojnie, Indiach, tęsknocie za Ojczyzną. I tam poznałem ojca. Poznałem, a nie spotkałem ponownie. Jak nas rozdzielono byłem jeszcze za mały, żeby go pamiętać. Miałem już 12 lat. To spotkanie było dla mnie szokiem.

*** 

Bardzo dziękuję Panom – Wiesławowi Stypule oraz Andrzejowi Chendyńskiemu za znalezienie dla mnie czasu na podzielenie się swoją historią.

***

Wiesław Stypuła jest członkiem zarządu Koła Polaków z Indii z lat 1942-1948 oraz autorem wielu artykułów i dwóch książek poświęconych tematyce ośrodków dla polskich dzieci w Indiach:

W gościnie u „polskiego” maharadży (Warszawa 2000).

We wszystkie świata strony… Kresy-Syberia-Indie-Świat (Warszawa 2007).

Współautor zbiorowej pracy Koła Polaków z Indii: 

Polacy w Indiach 1942-1948 w świetle dokumentów i wspomnień

(Warszawa 2002).

Współautor dwóch albumów:

Tułacze dzieci (Warszawa 1995)

Polska szkoła na tułaczach szlakach (Warszawa 2004)

 

Andrzej Jan Chendyńśki – prezes Koła Polaków z Indii z lat 1042-1948.

Współautor zbiorowej pracy Association of Poles In India 1942-1948:

Poles in India 1942-1948 based on archive documents and personal reminiscences (UK 2010),

oraz wielu artykułów w prasie polonijnej w Wielkiej Brytanii i Australii.

 ***

Obaj Panowie zaangażowani są w akcję prowadzoną przez Krzysztofa Iwanka – eksperta Centrum Studiów Polska – Azja, pt. Uhonorujmy Maharadżę, która ma na celu upamiętnienie postaci i czynów maharadży Jam Saheba Digvijaysinhji poprzez nadanie mu odznaczenia państwowego i nazwanie jego imieniem jednej z warszawskich ulic.

 

Autorka: Iwona Szelezińska

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Blow Horn Iwony Szelezińskiej: Wspomnienia. O dobrodzieju i wojnie. Reviewed by on 26 października 2011 .

Głęboko wzruszony i przejęty cierpieniem polskiego narodu, a szczególnie losem tych, których dzieciństwo upływa w tragicznych warunkach najokrutniejszych z wojen, pragnę w jakiś sposób przyczynić się do poprawienia ich losu. Zaofiarowałem im gościnę na ziemiach położonych z dala od zawieruchy wojny. Może tam, w pięknych górach nad brzegiem morza dzieci będą mogły powrócić do zdrowia,

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

komentarze 3

  • W związku z edycją art. na Wikipedii przeczytałem dużo tekstów związanych z postacią maharadży Digvijayasinhaji i obozami Polaków w Indiach, ale i tu znalazłem nowe, ciekawe informacje. Kiedy znajdę więcej czasu z pewnością je wykorzystam.

    • To świetnie, że pisze Pan o Maharadży na Wikipedii. Postać Jam Saheba Digvijayasinhaji wyróżnia się jak klejnot wśród na ogół egoistycznych indyjskich książąt. Ten wspaniały człowiek zasłużył na poczesne miejsce w historii kontaktów polsko-indyjskich.

  • 35 likes …. hit na facebooku.

Pozostaw odpowiedź