Artykuły

Blow Horn Iwony Szelezińskiej: Sto lat Jezusowi. Święta Bożego Narodzenia na Goa

Happy birthday dear Jezus.

W kościele, wśród dymu kadzideł i świec, szumu wiatraków, wśród świeżych kwiatów i papierowych gwiazd, rozbrzmiewają cienkie dziecięce głosiki. Małe dziewczynki wystrojone w świąteczne sukienki, z kokardami wplecionymi w czarne warkocze, stoją tłumnie przy ołtarzu, by chwalić dzień, w którym Najświętsza Panienka porodziła Syna. Choć cała msza odbywa się w lokalnym języku konkani, to na koniec po angielsku śpiewane jest z radością Sto lat Jezusowi. Jesteśmy na Pasterce. Świętujemy Boże Narodzenie na Goa, w Indiach.

Tej nocy goańskie kościoły po brzegi wypchane są ludźmi. Kobiety ubrane w eleganckie europejskie suknie pachną świeżym jaśminem. Mężczyźni pocą się w garniturach. Choć jest już północ, a nad nami nocne niebo, wszędzie beztrosko biegają dzieci. Są podekscytowane konkursem na gwiazdę, który ma rokrocznie miejsce przy okazji Pasterki i zostanie rozstrzygnięty pod koniec mszy. Twórca zwycięskiej gwiazdy dostanie słodką nagrodę oraz tytuł mistrza, który będzie dumnie nosił przez cały kolejny rok. Papierowe, materiałowe, zdobione kwiatami, w różnych kształtach i rozmiarach na razie wystawione są w kościele, później zdobić będą miasta i wsie. Wszystkie piękne, pomysłowe, starannie przygotowywane przez ostatnie tygodnie, wykonane z miłością. Są urodzinowym prezentem dla Jezusa.

Jednym z najhuczniej obchodzonych świąt religijnych na Goa jest Boże Narodzenie. Jeśli chodzi o sam świąteczny ceremoniał to przedstawia się on podobnie jak u nas. Całe rodziny przygotowują się do wspólnej wieczerzy, jest Wigilia, wszyscy obdarowują się prezentami, są świąteczne choinki i brodaci Mikołaje. Tylko, że wszystko to w ponad trzydziestostopniowym upale, na ziemi rozgrzanej słońcem, wśród rajskich plaż i w egzotycznej scenerii. Główny świąteczny posiłek, na który zapraszana jest cała rodzina, ma miejsce 25 grudnia w porze obiadowej. Stół zdobi cała gama potraw, zamiast karpia serwuje się lokalne ryby, ryż w curry, warzywa. Wszystkie domy przystrojone są światełkami i lampionami w kształcie gwiazd. Pomiędzy palmami biegają dzieci przebrane za aniołki i śpiewając kolędy oczekują nagrody w postaci cukierków. Na skwerkach, przy domach, pod sklepami wystawione są bożonarodzeniowe szopki. Na pierwszy rzut oka zwykła inscenizacja stajenki, z Dzieciątkiem Jezus w żłóbku i Jego rodzicami po bokach, ale wszyscy lekko śniadzi, z wyraźnie azjatyckimi rysami twarzy, w indyjskich strojach, z girlandami kwiatów zwisającymi z szyi, niczym bóstwa hinduistycznego panteonu.

Mała perełka

Goa, najmniejszy spośród dwudziestu ośmiu indyjskich stanów, do dnia dzisiejszego jest enklawą chrześcijaństwa w Indiach. Przez długie wieki (od 1510 r. aż do 1961r.) było pod panowaniem Portugalczyków, którzy przybyli do zachodniego wybrzeża Indii w poszukiwaniu drogocennych przypraw, czarnego pieprzu i wonnej wanilii. Religia, język, jak i również styl życia kolonizatorów sukcesywnie zaczęły rozpowszechniać się na wybrzeżu. Lokalny kult i tradycja zostały zepchnięte w głąb lądu.

Religią wyznawaną przez większą część goańczyków jest hinduizm, jednak aż 27proc. społeczności to chrześcijanie. Strzeliste gotyckie i barokowe kościoły, klasztory, małe kapliczki, przydrożne krzyże i wszelkie, wyraźnie rzucające się w oczy symbole katolicyzmu, skoncentrowane są wzdłuż linii brzegowej, czyli tam gdzie dawniej stacjonowali portugalscy najeźdźcy. Goa to ponad sto kilometrów piaszczystych plaż, z przylegającymi do nich kameralnymi miastami i wioskami, soczystymi ryżowymi polami i plantacjami bananowca. Przyjazna ziemia wciśnięta pomiędzy wzniesienia Ghatów Zachodnich a ciepłe wody Morza Arabskiego.

Słońce, wiatr i sól

Wśród rozległych pól i plantacji przypraw, palm kokosowych uginających się pod ciężarem dojrzałych owoców, znajdują się maleńkie rybackie wioski. Raczej ubogie, ale czyste i zadbane. Przy gospodarstwach widać krzątające się kobiety, pod ich nogami biegają koty.

Rytm życia wybijają uderzające o brzeg fale. Byt tutejszych ludzi zależy od wypraw na morze. Niemalże każdego dnia na laterytowych murkach suszą się ryby, połatane sieci schną rozwieszone na palach, mężczyźni wypoczywają w hamakach po ciężkich porannych połowach. Cisza i spokój, słońce, wiatr i sól, wszystko to wyraźnie odbite na twarzach tubylców.

Powiew dawnych dni

Kolonialny charakter Goa odbiera się niemalże każdym zmysłem. Jest widoczny w architekturze miast, w wystroju tawern serwujących lokalny alkohol feni (napój z orzechów nerkowca), odczuwalny w kulinariach, pobrzmiewający w muzyce pełnej smutku i tęsknoty, tak zwanym goańskim fado.

W stolicy stanu Goa – Panjim, w willowej dzielnicy Fountainahas, można spokojnie poczuć się jak na przedmieściach Lizbony. W ciąg ciasno stojących niewysokich domów krytych dachówką, wciśnięte są małe białe kościółki. Brukowane wąskie uliczki z fontanienkami na skwerkach. Wszędzie kwitnące kwiaty, girlandami zwisające z rzeźbionych balkonów. Idealne miejsce na pyszną kawę, którą tutaj parzy się i podaje w stylu zachodnim. Mocne espresso w starodawnych filiżankach.

Hippie art

W latach sześćdziesiątych masowo do Azji przybywali hippisi. Na jedną z wielu indyjskich baz obrali sobie Goa, a przede wszystkim przyplażowe wioski znajdujące się na północy stanu, jak Arambol, Calangute, Baga czy Anjuna. Obecnie wszystkie są dobrze prosperującymi ośrodkami turystycznymi, w których do dnia dzisiejszego mieszkają podstarzali już zwolennicy peace and love. Przez lata zdążyli zżyć się z okolicą, zaistnieć w lokalnej społeczności, stworzyć sobie dom na tej obcej, ale jakże atrakcyjnej ziemi.

To właśnie oni są inicjatorami cotygodniowego nocnego bazaru w Anjunie. Wśród dźwięków muzyki, świateł, pokazów mody, barów z przekąskami, rozstawione są handlowe stoiska. Pękają w szwach od artykułów indyjskiego pochodzenia oraz od rękodzielniczych wyrobów artystów pochodzących z dalekiego Zachodu. Nocny bazar to swoista przestrzeń wystawową, a dla wszystkich, którzy przybywają doń turystycznie niebywała atrakcja gwarantująca mocne wrażenia.

W cieniu palm

Wschód słońca. Na plaży ruch. Rybacy wyciągają na brzeg łodzie, zwijają sieci, wiozą swój połów na targ. Powoli otwierają się plażowe knajpki, zapraszają na poranną kawę i owsiankę. Ktoś uprawia jogging, ktoś w jogicznej pozie wita wstający dzień. Lokalni młodzieńcy biegną przy brzegu trzymając na sznurku ogromnego byka, jakby wypuszczali go na spacer. Trenują go przed nielegalną walką. Ja z muzyką w uszach i wiatrem we włosach jadę na rowerze przy samej wodzie. Fale delikatnie odbijają się od kół. Czysta euforia. O tej porze plaża jest wyjątkowo szeroka, ubita i twarda, wieczorem przypływ zabierze ją do morza.

Leniwy dzień, pełen słońca, wody i relaksu. A później, bębny i tańce, jeszcze później ognisko i fajerwerki. Oto wieczorna szata goańskich plaż. Słońce chowa się za horyzont, rytm bębnów układa je do snu. Podziwiając zachód słońca siedzimy na plaży w jednej z wielu tutejszych, skromnych acz czystych i bardzo przyjemnych restauracyjek. Przy stoliku ustawionym bezpośrednio na piachu zajadamy najlepiej przyprawioną rybę na świecie. Wszystko tu jest dobre, homary, langusty, krewetki, małże. Aż trudno uwierzyć, że w tak skromnych warunkach można przygotować tak pyszne jedzenie. Rozkosz wlewa się w nasze ciała wraz z każdym kolejnym łykiem pina colady, podawanej w kokosowej skorupie.

Jesteśmy na drodze do raju, bliscy zapomnienia o bożym świecie, choć w atmosferze bożonarodzeniowych świąt. Ze starego odbiornika lecą kolędy. Last Christmas, jak co roku w Polsce, tak i tutaj, powtarzane wielokrotnie. Tylko, że dziś trudno przywołać obraz młodziutkiego Georga Michaela rzucającego się śnieżkami.

Z najlepszymi życzeniami Wesołych Świąt i Dobrego Nowego Roku, przede wszystkim pełnego podróży wszelakich, tych literackich i nie tylko, a najlepiej nad Ganges!
Iwona

Autorka: Iwona Szelezińska

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Blow Horn Iwony Szelezińskiej: Sto lat Jezusowi. Święta Bożego Narodzenia na Goa Reviewed by on 26 grudnia 2011 .

Happy birthday dear Jezus. W kościele, wśród dymu kadzideł i świec, szumu wiatraków, wśród świeżych kwiatów i papierowych gwiazd, rozbrzmiewają cienkie dziecięce głosiki. Małe dziewczynki wystrojone w świąteczne sukienki, z kokardami wplecionymi w czarne warkocze, stoją tłumnie przy ołtarzu, by chwalić dzień, w którym Najświętsza Panienka porodziła Syna. Choć cała msza odbywa się w lokalnym

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

komentarzy 5

  • Ciekawy reportaż. Jak się okazuje, grudniowe święta wcale nie potrzebują śniegu, choinki, karpia itp. atrybutów. Zresztą w Izraelu / Palestynie, gdzie Jezus przyszedł na świat, śniegu i choinek jak na lekarstwo; jedynie w górach Judei czy na północy, na pograniczu z Libanem i Syrią śnieg pojawia się w znaczących ilościach. No i w Ewangeliach czytamy, że w tamtym czasie byli obecni pasterze, którzy wraz ze swoimi stadami przebywali na otwartej przestrzeni. A czy ktoś wyobraża sobie zdrowych na umyśle pasterzy, którzy wypasaliby swoje owce na śniegu? :-) Czyli nie było tam śniegu, może nawet to nie był grudzień. Więc co z tą choinką i śniegiem? Wymysł pijanego duchownego? A może „pożyczono” je z praindoeuropejskiego pogaństwa?
    Z tego, co wiem, jeśli Jezus żyłby do dziś (a praktykujący katolicy chyba w to nie wątpią), to miałby „trochę” dłużej niż 100 lat. I niemożliwe byłoby, by nadal był niemowlakiem fikającym nóżkami, jak go przedstawia się w niektórych wyznaniach.
    I jeszcze jedno. Jak czulibyście się, gdyby na Wasze kolejne urodziny śpiewano „lulajże…” (Jasiu, Zdzisiu, Maniu etc.)? Księże kardynale Glemp, albo Dziwisz, dlaczego nie śpiewają Ci na urodziny, byś „lulał”? A Ty, „Ojcze święty”, czemu nie „lulasz”? Czemu inni nie „lulają”? Dlaczego inni nie śpiewają im raz do roku, aby „lulali”? :-) Dlaczego w dniu urodzin prymasa nie publikuje się jego zdjęć w czasie, gdy był niemowlakiem sr***cym w pieluchy, podczas gdy robi się coś takiego z Jezusem Chrystusem?
    Dlatego uważam, że niektóre kolędy takie jak wspomniana powyżej to nawet z czysto katolickiego punktu widzenia zwykłe bluźnierstwa, kpiny z własnego Boga. No, ale taki już stał się przez wieki katolicyzm (i nie tylko on): bardziej liczą się kolorowe obrzędy niż zdrowy rozsądek.

    • Panie Zyggi ale też pan upraszcza wszystko,nasze kolędy to żadne blużnierstwo ale piękna tradycja cóż by się stało gdybyśmy to wszystko odstawili do lamusa jaka to byłaby wiara.Oczywiście tak kolędy jak i wiele zwyczjów symbolizuje zwyczaje i poglądy naszych przodków ludzi którzy odeszli a poprzez pamięć i kultywowanie tradycji utrzymujemy więż z naszą tradycją powiedziałbym zachowujemy naszą tożsamość.Oczywiście dla człowieka współczesnego wiele rzeczy jest trudnych do akceptacji,np trudno sobie wyobrazić np jak Jozue wstrzymuje słońce na niebie aby nie zaszło i mógł się rozprawić z wrogami,konsekwencje takiego cudu byłyby oczywiste.Dlatego w wielu przypadkach tłumaczyć można tego rodzaju zdarzenia na zasadzie pewnej alegorii aby była zrozumiała ludziom tamtej epoki.

      • Zyggi

        @ P. Stefan.
        Zwyczaje naszych przodków? Kultywowanie naszych tradycji? Wobec tego dlaczego nie czcimy Światowida tylko kultuwujemy wiarę zapożyczoną od innych? A może jednak jest coś ważniejszego niż tradycja? Przecież w Ewangeliach czytamy zarzut Jezusa Chrystusa do faryzeuszy, że w imię tradycji unieważniali przepisy Prawa Mojżeszowego np. nakazujące troskę o starych rodziców. Wzchodzi na to, że jednak są wartości jeszcze ważniejsze niż tradycja.
        Śpiewanie „lulajże Jezuniu” to – jeśli przez choć chwilę się nad tym zastanowić – oczywiste bluźnierstwo; to objaw lekceważenia Chrystusa Króla. Przedstawiłem dowody świadczące, że tak jest. Ma Pan prawo uważać, że nie mam racji, ale byłbym usatysfakcjonowany gdyby Pan to udowodnił zamiast zarzucać mi upraszczanie.
        Każdy kraj i naród ma swoje tradycje, ale to jeszcze nie znaczy, że zawsze są godne kultywowania. Nie twierdzę, że nasza w całości tradycja jest zła. Jest wiele zwyczajów, które są godne kontynuowania i które świadczą o naszej niepowtarzalności jako Polaków i Słowian. Trzeba tylko nauczyć się odróżniać ziarno od plew, odróżniać prawdę od fałszu. Liczy się wnętrze człowieka, nie zewnętrzne przejawy. Ważniejsza jest gościnność i otwartość na drugiego człowieka niż ładnie przystrojona choinka i śpiewy.

Pozostaw odpowiedź