Birma

Birma w rok po. Próba podsumowania.

Rok temu rozpoczęła się w Birmie odwilż polityczna: chcąc się na własne oczy przekonać, na ile głębokie są zmiany, wybrałem się po raz kolejny do tego kraju.

Miałem różne perspektywy patrzenia na Birmę. Rozpocząłem od Mandalaj, gdzie obserwowałem warsztaty dla birmańskich dziennikarzy radiowych, „Birma na fali”, zorganizowane przez Stowarzyszenie Edukacja dla Pokoju w ramach Polskiej Pomocy Rozwojowej (o której przyznanie Birmie – przypomnę – lobbowaliśmy jako CSPA w MSZ-cie). Następnie spędziłem kilka dni w Rangunie – głównie na spotkaniach w kręgach dziennikarskich, opozycyjnych i biznesowych. Potem wybrałem się na do Delty Irawadi (Syriam, Twante) oraz na Południe Birmy, na półwysep Tenasserim: do Mergui (Myeik), Tavoy (Dawei) i okolice – w obszary do niedawna zamknięte dla obcokrajowców (w wielu miejscach byłem jedynym inostrancem od miesięcy, jeśli nie lat). Potem pojechałem na Płaskowyż Szan (Taunggyi i okolice). Na końcu ruszyłem w interior – Shwebo, Monywa, Pakkoku (na pograniczu z państwem Czin) oraz Prome (Pyay). Jedyne, czego mi się nie udało, to wjechanie lądem do Birmy – jest to już teraz niemożliwe, nawet z Chin (co opisałem na blogu „Birma na Fali”). Podczas swojej wyprawy omijałem szerokim łukiem miejsca turystyczne, więc nie zauważyłem tego tłumu turystów, o którym mówią Birmańczycy.

Patrząc z tej wielopłaszczyznowej perspektywy, spróbuję pokusić się o kilka wniosków:

 1. Rangun lokomotywą przemian.  

W dawnej stolicy panuje niesamowita energia i chęć zmian. Do tej pory senne i dość siermiężne miasto zmienia się nie do poznania: najlepszym tego symbolem są nowe auta z kierownicą po lewej stronie, młodzież rozsmakowująca się w internecie przez komórkę i kantory (z normalnych kursem, lecz wciąż obsesją „wyprasowanych” dolarów). Kto pamięta jak jeszcze pół roku temu wymieniało się pokątnie pieniądze u cinkciarzy na targu Bogyoke, ten doceni te zmiany (choć cinkciarze nie zniknęli). Dalej – centrum miasta prezentuje się znacznie lepiej. Chodniki coraz mniej grożą połamaniem nóg, a fasady budynków nie straszą już wszędzie odrapanym tynkiem. Wchodząc do Sakura Tower (najwyższy budynek Rangunu) czuję się jak na Sukhumvit w Bangkoku: to inny świat, z biznesmenami w garniturach i laptopach oraz Birmańczykami śmigającymi po angielsku (oraz po chińsku). Zresztą na stolicy Tajlandii Rangun się ewidentnie wzoruje, co widać w kolejnych galeriach handlowych, a nawet ulicy 19-tej w Chinatown, która ma się stać „rangunskim Khaosanem” (droga ku temu jeszcze daleka).

Na każdym kroku widać kapita: od aut począwszy (to naprawdę najbardziej symptomatyczne), przez komórki, coca-colę, a na firmach developerskich i hotelarskich skończywszy, wszyscy lgną do Rangunu. Miasto znów jest „oknem na świat” Birmy i ma szansę nawiązać do tradycji kolonialnej, gdy było jednym z najważniejszych metropolii regionu (przypomnę, że do lat 60-tych w Azji latało się do Bangkoku przez Rangun, który był głównym przystankiem między Kalkutą a Singapurem). Codziennie rano z miasta wyrusza kawalkada samochodów urzędników i dyplomatów – jadą do Naypyidaw, by po południu wrócić: nikt nie chce tam mieszkać. Jaka to ironia! Wszak m.in. po to generałowie przenieśli stolicę z Rangunu, by przestał być centrum kraju. A teraz Naypyidaw jest na dobrej drodze by stać się drugą Brasilią.

Zmieniają się również ludzie. Z ongiś stłamszonych i przygaszonych postaci promieniuje teraz energia. Zanika strach. Do tej pory upodlani przez władze Birmańczycy poczuli, że mają niepowtarzalną szansę spełnić marzenie Aung San Suu Kyi o „wolności od strachu”. Jeszcze nigdy w tym kraju nie widziałem takiej chęci zmian, pędu by dogonić stracony czas (i uciekających sąsiadów). Wśród wielkomiejskich elit panuje powszechny entuzjazm i wielka chęć działania – powstaje tysiące oddolnych inicjatyw mających na celu poprawę sytuacji – od charytatywnych po polityczne. Choć jestem bardzo ostrożny w używaniu tej frazeologii, to zaryzykuję stwierdzenie, że w Rangunie rodzą się zalążki społeczeństwa obywatelskiego. W mieście widać oddolną demokratyzację. Powszechne jest przekonania o „oknie możliwości”: o tym, że dostanie się tyle wolności, ile zdoła się wyrwać.

Najwyraźniejsze są zmiany w sferze symbolicznej. Ludzie rozmawiają na ulicy o polityce i nie boją się nosić koszulek z podobizną Aung San Suu Kyi (gadżety z ASSK i NLD – które pojawiły się pół roku temu, ale nie były eksponowane, a sprzedawcy pokazywali je ukradkiem – teraz powoli stają się obowiązkowym souvenirem z Birmy). Transmisje obrad z parlamentu cieszą się popularnością dlatego, że dają wszystkim możliwość zobaczenia „the Lady”. Jej dom na Uniwersyteckiej 54, będący jednocześnie biurem NLD, tętni życiem. Suu Kyi jest wciąż ikoną zmian: obecnie powstaje nawet birmańska odpowiedź na „The Lady” Luca Bessona, który miał ją ich zdaniem przedstawić w niewystarczająco (sic!) pozytywnym świetle. Reżyser tego nowopowstającego filmu zapytany o to, dlaczego chce go nakręcić, odparł „bo ją kocham” (a jednocześnie tylko w Rangunie i Mandalaj słyszałem konstruktywną krytykę Suu Kyi – taką, która nie wali poniżej pasa, a wytyka brak konkretów i nadmierne obietnice).

2. Na prowincji bez zmian

Jednakże Rangun jest mocno wyalienowany z reszty kraju. Im dalej tym gorzej, a na prowincji praktycznie bez zmian. Momentami odnosiłem wrażenie, że zmiany mają miejsce tylko w Rangunie (drugie Mandalaj jest jednak wyraźnie w tyle). Gdy wyjeżdża się z byłej stolicy na prowincję, ma się wrażenie przekraczania światów. Kto nie wyjechał poza Rangun (i ew. Mandalaj), to nie poznał w ogóle Birmy. Z drugiej strony – kto chce się zajmować Birmą naukowo czy biznesowo, może to robić tylko tam. To bardzo zły znak! Przypomnę, że właśnie tym się charakteryzują państwa Trzeciego Świata: stolica (w tym wypadku największe miasto), a dalej nic.

Nierównomierny rozwój może być bardzo groźny. Zmora zwykłych ludzi – przerwy w dostawach prądu – nie tylko nie zniknęła, ale sytuacja wręcz pogorszyła się. Wzrosły ceny na podstawowe produkty, a dotychczas zakazane owoce z Zachodu internet są raczej radością młodzieży niż produktami pierwszej potrzeby. Wyraźnie zaczyna się pogłębiać rozwarstwienie społeczne. Na razie tylko bardzo mała grupa ludzi czerpie faktyczne korzyści ze zmian. Są to głównie ludzie powiązani z armią, biznesmeni z kapitałem niewiadomego pochodzenia. Dziki kapitalizm, dotychczas sprawnie funkcjonujący dzięki kontaktom z Chinami, Tajlandią czy Singapurem, teraz ma szansę w pełni rozkwitnąć. Słowem najczęściej używanym przez ulicę na obecną sytuację ekonomiczną jest kumoterstwo (ang. „cronyism„). Pełne uwłaszczenie armijnej nomeklatury zdaje się być na razie głównym następstwem otwarcia Birmy na świat.

3. Armia patrzy

Na wszystkim unosi się cień armii: wojsko w Birmie to siła najbardziej konserwatywna – złożona głównie z chłopów i niższych warstw społecznych, którym mundur daje szansę na awans. To w jej szeregach nacjonalizm i antyzachodnie fobie są najsilniejsze. Do tego dochodzi strach przed zemstą społeczną i obawa o utratę przywilejów. Armia zgodziła się na zmiany by uciec Chinom – toleruje je, dopóki jej interesy nie będą zagrożone. Co nastąpi, gdy zostaną (co jest nieuniknione) – nie sposób przewidzieć. Chociaż obecnie w armii stronnictwo reformatorskie, na czele z prezydentem Thein Seinem, pozostaje u steru, to jego pozycja jest niepewna. Prezydent, też były generał, ale sztabowy, armijny biurokrata raczej niż dowódca, nie jest lubiany przez polową generalicję. Wielu czeka aż podwinie mu się noga. Co więcej, ma on problemy z sercem: nosi rozrusznik, który według kasandrycznej przepowiedni, ma się pewnego dnia zepsuć. Obawa, że gdy Thein Seina zabraknie, armia „cofnie zegar”, jest powszechna.

Ale stosunek do Thein Seina jest niejednoznaczny. Większość ludzi pytana o tego byłego generała, odpowiada, że nie wie, co o nim sądzić. Sporo uważa, że Than Shwe wcale nie odszedł i wystawił tylko Thein Seina na widok, a sam pociąga za sznurki. Ludzie jakoś nie chcą wierzyć, że Starszy Generał „poszedł medytować” – jak głosi oficjalny komunikat z jego odejścia. I to nie dlatego, że jest to wytłumaczenie nieracjonalne (wielu ludzi tak właśnie robi tu na starość, to religijny kraj), lecz dlatego, że prawie nikt nie wierzy, że ktoś taki jak Than Shwe mógłby przejść jakąkolwiek przemianę. Za to ludzie są dość zgodni, że były nr 2 w juncie, Maung Aye, rzeczywiście odszedł i oddał się swemu ulubionemu zajęciu – piciu.

Im dalej od Rangunu, tym większy opór armijnego „betonu”. Najlepiej to widać na Południu Birmy (zawsze najlepiej jechać tam, gdzie było wcześniej zakazane – to zazwyczaj jest najlepszy miernik autentyczności zmian). W Tenasserim nic się nie zmieniło. 2 miesiące temu prezydent Thein Sein otworzył drogę z Tavoy do Moulmein (Mawlamyine). Prezydent przyjechał, przeciął wstęgę i odjechał. A droga jak była, tak jest zamknięta. Gdy tam dotarłem i pytałem dlaczego, usłyszałem „względy bezpieczeństwa”(co w realiach birmańskich oznacza, że rząd nie ma kontroli nad danym obszarem).

Tennaserim jest bardzo ciekawy. Mergui (Myeik) – ongiś sławny port, którego juncie udało się przemienić w biedną wioskę rybacką – to malowniczy zaścianek. Tavoy (Dawei), obok którego przebiega gazociąg do Tajlandii – nie lepiej (też zaścianek, lecz już nie malowniczy). Jak mówił mi jeden z mieszkańców Tavoy – „My jeszcze nie odczuliśmy korzyści z tego projektu. Może za 4-5 lat…” Może. Albo będzie jak w Arakanie, gdzie takie projekty jak Shwe Gas podejmowane są bez jakichkolwiek konsultacji ze społecznościami lokalnymi, które faktycznie ponoszą większość kosztów środowiskowych, podczas gdy zyski zamiast zostawać w regionie płyną w stronę Naypyidaw i Rangunu.

Mimo coraz większej ilości turystów przybywających do Birmy, coraz trudniej się po niej jeździ (jeśli wyjedzie się poza rąb Rangun- Pagan – Mandalaj- Inle). Widać wyraźnie, że rząd chce tylko takich obcokrajowców, którzy przyjadą z wycieczką i zostawią pieniądze – i to mu się udaje (jak leciałem do Mergui, to na lotnisku 1/3 wszystkich pasażerów stanowili obcokrajowcy. W samolocie byłem jedyny – wszyscy polecieli do Mandalaj. Przez prawie tydzień pobytu w Tenasserim nie spotkałem żadnego obcokrajowca). Kilka dni po moim przyjeździe do Birmy zamknięto dostęp do około 20 miejsc w Birmie. Były tam m.in. Arakan, ale też i takie spokojne miejsca, jak okolice Hsipaw, a nawet Naypyidaw, co jest prawdziwym kuriozum! Widać, że korzystając z okazji, jaką były czerwcowe zamieszki, upieczono kilka pieczeni na tym ogniu. W tym zamykaniu wyraźnie odbija się myślenie wojskowe – przykładowo Arakańczycy są załamani zamknięciem regionu dla turystyki, bo było to jedno z głównych źródeł ich dochodów. Prawdziwie cywilny rząd zamknąłby część regionu (np. miasto Sittwe), ale pozwolił na wjazd gdzie indziej. Tyle, że rząd birmański jest cywilny tylko z nazwy.

4. Wyzwania i zagrożenia

Podstawowym i głównym wątkiem większości rozmów jest edukacja. Jej fatalny poziom zdaje się być problemem nr 1 kraju. Birma, która jeszcze na początku lat 50-tych miała jedno z najlepszych systemów szkolnictwa w Azji, w ciągu 60 lat dyktatury wojskowej stoczyła się na samo dno. Junta celowo walczyła ze szkołami i uniwersytetami (raz że byli to jej główni przeciwnicy, dwa – niewykształconym narodem się łatwiej steruje) i skutki tego są opłakane. Szkolnictwo jest na fatalnym poziomie. Brakuje mu wszystkiego, a środków i kadry przede wszystkim. W podstawówce wszyscy zdają, bo taki jest odgórny prikaz. W szkołach średnich na porządku dziennym jest korupcja i kumoterstwo: nauczyciele są tak źle opłacani, że albo dorabiają łapówkami albo uczą prywatnie dzieci bonzów, co powoduje dalsze rozwarstwienie. Dobrym miernikiem jest znajomość angielskiego: w Birmie bez problemu porozumie się w tym języku ze osobami starszymi, ale już wśród młodzieży (poza Rangunem, Mandalaj i miejscami turystycznymi) to jest dramat (jest o wiele gorzej niż w innych krajach regionu). Marzeniem młodych jest wyjazd do Bangkoku czy Singapuru na studia. W rodzimą edukacje nie wierzą – i niestety mają rację.

Nie lepiej jest ze służbą zdrowia. Płatna i niewydolna, przeżarta korupcją, pozostaje zmorą zwykłego człowieka. Podczas swojego wyjazdu słyszałem opowieści przy których wszystkie nasze narzekania na NFZ stają się wręcz nietaktowne (dość przytoczyć jedną opowieść z Pakkoku: mąż pewnej staruszki z którą rozmawiałem był emerytowanym bokserem i trenerem, zdrowym jak ryba. Poszedł na rutynowe badanie i lekarz powiedział, że ma gruźlicę. Zapisał mu tabletki, po których miesiąc po zażyciu staruszek zmarł). Jak się jest obcokrajowcem, to się tego nie odczuwa (służba zdrowia jest na odpowiednim poziomie, choć znów – od Bangkoku dzielą ją lata świetlne), ale zwykłego człowieka nie stać na luksus chorowania.

Inne problemy to (poza omnipotentną korupcją) biurokracja (i to jeszcze przedpotopowa, niezinformatyzowana, z koniecznością wpisywania wszystkiego ręcznie do zeszytów i skoroszytów), brak infrastruktury i know-how. To właśnie może załatwić inwestycje: Zachód może się wycofać z Birmy, bo nie będzie tu warunków, a nie z powodu nieprzestrzegania praw człowieka (a propos: ostatnie wieści z regionu są takie, że sąsiedzi z ASEAN są zaniepokojeni reformami Thein Seina w kwestii praw człowieka – w ciągu kilku miesięcy Birma zrobiła w tej kwestii więcej niż Laos, Wietnam czy Kambodża przez dekady…).

Najlepszym miernikiem praw człowieka w Birmie jest stosunek do nie-Birmańczyków, czyli kwestia etniczna. Jechałem pełen obaw i wydarzenia zdawały się potwierdzać ten punkt widzenia. To nie tylko Arakan i kwestia Rohingya, ale również wznowione walki z Kaczinami na północy. No i napięcie wobec Chińczyków, którzy – jak się wyraził mój znajomy – „zamienili naszą starą stolicę Mandalaj w chińską kolonię” (dla Birmańczyków Mandalaj ma mniej więcej takie konotacje jak dla nas Kraków). Jak spytałem moich znajomych w Rangunie, co sądzą o Chińczykach, chórem odparli: „nienawidzimy ich” (to był jedyny raz, kiedy zapanowała wśród pełna zgoda). A jednocześnie niewiele mogą zrobić, bo gospodarka jest w dużej mierze opanowana przez chińskie firmy i hua qiao.

Jednakże nie jest aż tak źle. Nie spodziewałem się spotkać wśród Birmańczyków takiej chęci zakończenia konfliktu etnicznego i zgody. Z wyjątkiem casusu Rohingya, wykształceni Birmańczycy chcą jakiegoś modus vivendi z mniejszościami i rozumieją konieczność przyznania ich mniejszej bądź większej autonomii. Ludzie z którymi rozmawiałem odrzucali oficjalną wersję armii („nie należy ustępować mniejszościom, bo grozi to bałkanizacją”), jako propagandę mającą na celu legitymizację reżimu. Może to niewiele, ale na tym sprzyjającym klimacie można wiele zbudować. Jeśli się będzie oczywiście chciało.

5. Podsumowanie.

Zmiany w Birmie są niejednoznaczne i bynajmniej nie wpisują się – jakby tego chcieli niektórzy – w „nieunikniony” proces demokratyzacji wszystkich państw globu. To armia zainicjowała te zmiany i to ona, oraz jej kumple, osiągnie z niej korzyści. Tym niemniej społeczeństwo również coś zyska. Dzięki zmianom i wiążącemu się z nim napływowi kapitału, ma szansę na wyrwanie się z biedy i doścignięcie sąsiadów. Jeśli Birma pójdzie drogą Indonezji i Tajlandii, z ich „nieliberalnymi demokracjami”, a tak przecież planuje, to będzie to i tak lepsze dla zwykłego człowieka niż to, co było do tej pory. Ludziom w Bandungu czy Chiang Mai żyje się lepiej niż tym w Mandalaj. Są nie tylko bogatsi, ale i wolni od strachu.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Birma w rok po. Próba podsumowania. Reviewed by on 5 października 2012 .

Rok temu rozpoczęła się w Birmie odwilż polityczna: chcąc się na własne oczy przekonać, na ile głębokie są zmiany, wybrałem się po raz kolejny do tego kraju. Miałem różne perspektywy patrzenia na Birmę. Rozpocząłem od Mandalaj, gdzie obserwowałem warsztaty dla birmańskich dziennikarzy radiowych, „Birma na fali”, zorganizowane przez Stowarzyszenie Edukacja dla Pokoju w ramach Polskiej

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.

komentarze 2

  • Avatar Michał Lubina

    Serdeczne dzięki!

  • Świetny tekst. Pana artykuły czytam zawsze z wielką przyjemnością

Pozostaw odpowiedź