Birma

Birma, Myanmar, Mjanma… czyli rzecz o nazwach

Zmiana nazwy żadnego innego kraju na świecie nie wzbudza tyle kontrowersji, konfuzji i nieporozumień oraz nie została tak wprzęgnięta w politykę, jak przemianowanie Birmy na Myanmar/Mjanmę. Ponad 20 lat po tym wydarzeniu nazwa tego państwa wciąż polaryzuje poglądy i nadal jest trwałym elementem politycznym w tym kraju. Warto więc ją szerzej przybliżyć.

Ostatnio temat powrócił z okazji wizyty Baracka Obamy w Rangunie, gdzie prezydent Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy publicznie użył słowa Myanmar na opisanie kraju nad Irawadi. Korzystając więc z tej okazji chciałbym przybliżyć trochę to zagadnienie, gdyż pojawia się ono praktycznie przy okazji każdej debaty na temat Birmy (potrzebnie bądź nie) i już doprowadziło do sporego zamieszania. Ponadto dobrym pretekstem jest również artykuł Jarosława Gizińskiego pt. „Inżyniera językowa” opublikowany jakiś czas temu w „Rzeczpospolitej” (nr 274/2012). Chociaż autor myli w nim Bengal Zachodni ze Wschodnim i wyraźnie nie panuje nad słowem Myanmar (pojawia się ono w kilku konotacjach, w tym błędnych – „Myamnar” chociażby), to ma stuprocentową rację co do zasady: wprowadzanie nowych nazw jest przykładem „inżynierii językowej” niezgodnej z naszą kulturą i językiem. Myanmar jest tego najlepszym dowodem.

Nim to jednak postaram się udowodnić, chciałbym wpierw przedstawić zawiłą historię problemów z nazwą kraju nad Irawadi.

Na początku byli jeźdźcy

Nazwa Myanma odsyła nas do samych początków państwowości birmańskiej. Mieli ją sobie nadać potomkowie królestwa Nanzhao (obecny Yunnan w Chinach), którzy przywędrowali na Równinę Paganu i podbiwszy ludność Pyu tam się osiedlili, tworząc zaczątki państwa birmańskiego (z tego wyrośnie później Królestwo Paganu, a więc I Imperium Birmańskie). Nazwali się Myanma, a więc „Silni jeźdźcy” i tak już pozostało[1]. Myanma oznaczałaby więc „Kraj silnych jeźdźców”. Nazwa ta, zmieniona nieznacznie na Mranma, pojawia się w birmańskich kronikach i „od zawsze” była używana w języku birmańskim na określenie tego państwa[2].

Jednakże obok nazwy Myanma istniała jej wersja potoczna Bamar, będąca zniekształceniem słowa Myanma (Myanma=Mranma=Branma=Bama=Bamar) i będąca określeniem etniczności, czyli narodu birmańskiego[3]. To właśnie tą nazwę usłyszeli Brytyjczycy i na jej podstawie utworzyli nazwę Burma, od którego pochodzi nasza Birma.

Nazwa Burma była używana przez cały okres kolonialny jako oficjalna, angielska nazwa prowincji Indii Brytyjskich (a od 1937 r. osobnej kolonii). Birmańczycy po birmańsku mówili Myanma i tak pozostało po odzyskaniu niepodległości w 1948 roku – Myanma po birmańsku, Burma po angielsku. Nikt nie miał z tym problemów. Zarówno Birmańczycy, jak i zamieszkujące Birmę mniejszości etniczne nie uznawały, że nazwa ta jest w jakikolwiek sposób wartościująca. Kwestia ta po prostu nie istniała. Aż do 1989 roku.

Generałowie zmieniają nazwę

Wtedy to, czyli w rok po krwawym stłumieniu protestów studenckich, junta nieoczekiwanie dla wszystkich (w tym również dla swoich urzędników)[4] odkryła, że jest to nazwa niewłaściwa, kolonialna i upokarzająca. Jej zmiana na Myanmar [5] miała „przyczynić się do powstania uczucia uwolnienia się od przeszłości kolonialnej”[6]. Nagle okazało się, iż przez 40 lat niepodległości Birmańczycy używali nazwy, która jest dla nich obraźliwa! Na szczęście generałowie naprawili to wypaczenie…

W swoim tłumaczeniu wojskowi poszli jeszcze krok dalej: nazwa ta miała nie tylko naprawić błędy przeszłości, lecz również… być bardziej sprawiedliwa dla mniejszości etnicznych (dosłownie to: „doprowadzić do większej harmonii między różnymi narodami kraju i dać wcześniej podzielonemu państwu poczucie narodowej jedności”[7]). W sensie dosłownym był (i jest) tu element prawdy. Ulubionym argumentem zwolenników Myanmaru jest mówienie, iż określanie kraju nad Irawadi jako Burma to klasyczne pars pro toto, takie jak mówienie Anglia na Wielką Brytanię. Rzeczywiście, nazwa Burma odsyła do etniczności birmańskiej i w tym sensie Myanma jest bardziej adekwatna. Jednakże po pierwsze nazwa Birma pochodzi ze zniekształcenia słowa Myanma – a więc ma tą samą genezę. Po drugie – Myanmar nabrał politycznej konotacji (o tym niżej) którą powoduje, że mniejszości raczej niechętnie się z nią utożsamiają[8]. Po trzecie i najważniejsze: jest to w dużej mierze dyskusja wtórna – mniejszości i tak nigdy nie zabierały w tej sprawie głosu, zresztą nikomu do głowy nie przyszło, by je zapytać. Co więcej, argumentacja iż zmiana nazwy na Myanma uczyniona była w imię mniejszości etnicznych jest kuriozalna o tyle, że to właśnie armia od początku istnienia Unii Birmańskiej z tymi mniejszościami walczyła, a po przejęciu władzy przez nową ekipę junty (tę właśnie, która zmieniła nazwę) tylko zintensyfikowała ich prześladowania. Tym samym  tłumaczenie junty, że zmieniają nazwę dla dobra ludów które prześladują nawiązuje do najlepszych sowieckich wzorców najeżdżania sąsiadów pod hasłami „bratniej pomocy”…

Błędy, błędy…

Najbardziej groteskowym elementem całej historii ze zmianą nazwy jest fakt, iż Myanmar jest… nazwą gramatycznie błędną! Jak podaje apologeta junty Michael Aung-Thwin (którego naprawdę nie sposób posądzić o sprzyjanie opozycji) Myanmar po birmańsku nie jest rzeczownikiem, lecz przymiotnikiem który modyfikuje znaczenie rzeczownika po nim występującego (więc Birma po birmańsku będzie Myanma Pyay, język birmański to Myanma Saga, zaś naród birmański to Myanma Lu Myo). Tym samym użycie nazwy Myanmar jako rzeczownika w języku angielskim (a tak jest właśnie używany po dzisiejszy dzień) jest mniej więcej takim samym błędem, jakim byłoby powiedzenie Stany Zjednoczone Amerykańskie[9].

Drugim lingwistycznym błędem junty, który pokutuje po dzisiejszy dzień, było dodanie do słowa Myanma „r” na końcu, co stworzyło Myanmar. Z punktu widzenia języka birmańskiego było to działanie uzasadnione – ma to związek ze strukturą tonalną tego języka. Dzięki „r” wiadomo, gdzie postawić akcent, ale „r” pozostaje nieme. Niestety, wbrew generałom, okazało się, że świat nie jest biegły w języku birmańskim i wszyscy zaczęli mówić błędnie Myanmar z „r” na końcu. Po dzisiejszy dzień błąd ten pojawia się równie często jako przekręcanie nazwiska Aung San Suu Kyi (czyta się to poprawnie „su ći” a nie „su ki”) i raczej nie ma nadziei na zmianę tej sytuacji. Określone wymawianie tych nazw jest to za to doskonałym i natychmiastowym wskaźnikiem poziomu wiedzy o Birmie człowieka o niej się wypowiadającego. Od razu można się zorientować, czy ktoś cokolwiek wie…

To są jednak szczegóły lingwistyczne. Ważniejsze były następstwa ideologiczne tej zmiany nazwy.

Nazwa Myanmar jako przykład polityki „birmanizacji”

Powodów zmiany nazwy było wiele. Antykolonializm bez wątpienia był ważny (właśnie na nim junta budowała swoją legitymizację w latach 90-tych). Generałowie mieli, w dużej mierze irracjonalne, poczucie nieustającego zagrożenia ze strony Zachodu. Obawa o „powtórkę z historii” i ponowny najazd Anglosasów była ważnym elementem tożsamości junty birmańskiej.

Inny powód również może wiązać się z kolonializmem, choć w odmiennym sensie. Birma nie jest jedynym krajem w Azji, który zmieniał nazwy w ramach walki z dziedzictwem kolonialnym. Tak było m.in. ze Sri Lanką (dawnym Cejlonem) czy takimi indyjskimi miastami jak Chennai (dawny Madras), czy Mumbaj (dawny Bombaj) – by wspomnieć tylko te najbardziej znane. Miało to być uwolnienie się od „upokorzenia kolonializmu”, choć tak naprawdę było chyba po prostu tegoż kolonializmu kompleksem. A ponieważ na Zachodzie też istnieje kompleks, tyle, że postkolonialny (swoiste wyrzuty sumienia), to w ramach politycznej poprawności przyjęto te nazwy bez większych oporów, a wbrew własnym tradycjom lingwistycznym (przynajmniej w krajach anglosaskich, we francuskojęzycznych czy niemieckojęzycznych stare nazwy wciąż trzymają się mocno, co się pewnie wiąże z tym, że angielszczyzna stała się lingua franca dzisiejszego świata).

Były z pewnością również powody taktyczne. Jak podkreślał Tiziano Terzani, nazwa ta miała wprowadzać w błąd i powodować konfuzję: po stłumieniu protestów Birma znalazła się na czołówkach zachodnich gazet i z pewnością była to nie ten rodzaj uwagi, którego generałowie oczekiwaliby. Oni potrzebowali zachodnich inwestycji, a nie nagłaśniania kolejnych represji. Myanmar rozwiązywał ten problem, przynajmniej tymczasowo, gdyż „świat ogląda zbyt wiele tragedii by pamiętać o tak odległym dramacie – mieszkańcach pewnego dziwnego kraju zwanego Myanmar”[10].

Inni publicyści szli w domysłach jeszcze dalej. Emma Larkin przyrównała zmiany nazw do „przepisywania historii” w bezpośrednim nawiązaniu do „Roku 1984” Orwella. Według niej junta świadomie zmieniała nazwy, chcąc wymazać ludzką pamięć w imię Orwellowskiej zasady „kto kontroluje przeszłość, ten kontroluje przyszłość”[11].

Biorąc te wszystkie powody pod uwagę, należy wszakże wyraźnie podkreślić, iż najważniejsza była przyczyna wewnętrzna zmiany nazwy: polityka „birmanizacji” państwa nowego składu junty. Co prawda z punktu widzenia lingwistycznego jest to absurd („zmiana nazwy z Birma na Myanmar jest przykładem birmanizacji”) – i by go uniknąć, lepiej mówić o „myanmaryzacji”(mjanmaryzacji) (tak, jak czynią to badacze brytyjscy, w przeciwieństwie do amerykańskich, preferujących „birmanizację”). Ale tak naprawdę nie o język tutaj chodzi, lecz o ideę. A jest nią konsekwentna i spójna polityka wewnętrzna junty birmańskiej.

W niej to wszystkie mniejszości traktowane są z podejrzliwością i pogardą, są ekonomicznie marginalizowane, a ich społeczne, kulturowe i religijne prawa – tłumione”[12]. Stosunek do mniejszości nieodłącznie wiąże się z wizją państwa junty birmańskiej. Generałowie, patrząc w przeszłość widzieli kraj podzielony i podatny na rozpad, jeśli tylko nie trzyma się go siłą: „w ich wyobraźni pozostało wyzwanie zbudowania państwa (nation-building), stworzenia i promowania nowej tożsamości mjanmarskiej, opierającej się na buddyzmie, co uznawano za właściwą i tradycyjną kulturę birmańską, nieskażoną upokarzającym kolonializmem, coś tak prostego i jednoznacznego, jak sama armia”[13]. Mniejszości w tej wizji są uznawane za gorsze od Birmańczyków, tak socjalnie, jak i kulturowo, czego efektem jest próba ich asymilacji (czyniona zazwyczaj siłą), czyli właśnie „birmanizacja (mjanmaryzacja)”[14]. W skrajnej wersji tej wizji mniejszości zostały „stworzone” przez kolonializm i również przez niego przyjęły nie-buddyjskie religie, więc jeśli teraz „powrócą” do buddyzmu i roztopią się w birmańskości, to same na tym zyskają[15]. Jest to nałożenie stereotypu z czasów kolonialnych dychotomii kala pyubamar („biali”, czyli chrześcijanie kontra Birmańczycy, czyli buddyści), tyle, że à rebours: dziś kala pyu są mniejszości nie-buddyjskie[16]. Prowadzi to do prześladowań na tle religijnym, głównie chrześcijan i muzułmanów oraz próby siłowego nawracania na buddyzm (poprzez wabienie takimi zachętami, jak zwolnienie z pracy przymusowej czy bezpłatne ofiarowywanie bawołów oraz od utrudnień w wyznawaniu własnej wiary na niszczeniu kościołów i meczetów skończywszy )[17]. Wersja łagodniejsza birmanizacji/mjanmaryzacji przypomina jako żywo „orientalny orientalizm” Gladney’a[18] albo koncepcję „wewnętrznego kolonializmu”[19]. Zakłada ona, że centrum (w tym wypadku birmańskie) niesienie za sobą cywilizacje, a tereny przygraniczne są na niższym poziomie, niesamodzielne i niezdolne do stworzenia rządów i wymagając wsparcia gospodarczego, politycznego i kulturowego. Nie ma znaczenia, że większość z tych ludów wcale takiego „wsparcia” nie chce i głośno o tym mówi, centrum przecież wie lepiej czego im potrzeba…[20]. Bez względu na to wszakże, którą z wersji birmanizacyjnych/mjanmaryzacyjnych przyjmiemy, cel i tak jest ten sam. Pozostaje nim rozmycie mniejszości etnicznych w kulturze birmańskiej, a tym samym wzmocnienie państwa. Symboliczną manifestacją tej polityki było przeniesienie stolicy do Naypyidaw[21].

Opozycja zostaje przy Birmie

To między innymi z powodu nacjonalistycznego odcienia nazwy Myanmar opozycja birmańska pod wodzą Aung San Suu Kyi od początku odrzucała tę zmianę nazwy. Drugim – i ważniejszym – powodem podawanym przez NLD był brak legitymizacji wojskowego rządu do zmiany nazwy. Skoro generałowie gwałtem przejęli władzę i w 1988 r. nie pozwolili jej oddać, to nie mieli – zdaniem opozycji – prawa do dysponowania tą nazwą. Aung San Suu Kyi zaczęła więc nawoływać do bojkotu nowej nazwy i używania starej. Kwestia nazwy stała się sprawą polityczną, gdyż tak naprawdę była to wewnątrz birmańska rozgrywka o symbole. Spór o poprawność nazwy Burma/Myanmar od początku miał więc charakter normatywny, a nie lingwistyczny. Z tego ostatniego bowiem punktu widzenia, obie nazwy nawiązują do narodu birmańskiego, stanowiącego ok. 66 % populacji Birmy, więc jest to w dużej mierze problem wtórny i stworzony w wyniku logiki wewnętrznej rywalizacji o władzę.

W tym pojedynku na symbole długo wygrywała opozycja. Chociaż bowiem ONZ, a wraz za nim kilka innych ważnych organizacji typu ASEAN, przyjął nową nazwę, to Zachód w ramach poparcia dla opozycji konsekwentnie jej unikał, stosując – tak jak prosiła Suu Kyi – dawną nazwę. Abstrahując od oczywistej konkluzji, iż Myanmar jest po prostu nazwą nacjonalistyczną (lub, by być dokładnym, nacjonalistyczną konotację przydały jej okoliczności, czyli polityka „birmanizacji”) i stąd lepiej w jej używaniu być ostrożnym, trzymania się starej nazwy miało wyraźny wydźwięk aksjologiczny. Ten, kto używał nazwy Burma zamiast Myanmar podkreślał swoje przywiązanie do wartości demokratycznych (takie było m.in. oficjalne stanowisko USA) i wsparcie dla opozycji (i vice versa: używając Myanmar pośrednio uznawało się legitymizm junty do rządzenia krajem). Tego typu „moralne wsparcie” Zachodu było bardzo charakterystyczne i dobrze wpisywało się w politykę wielu jego państw. Słowa wszak w polityce nic nie kosztują, a mówiąc Burma można było ustawiać się jeszcze w przyjemnej pozycji człowieka stojącego po „dobrej stronie mocy”. W efekcie prawie wszystkie państwa Zachodu używały Burma medialne, a te bardziej zaangażowane we wspieranie opozycji – również dyplomatycznie.

Wyjątkowo drażniło to juntę, której udało się przekonać większość państw niezachodnich do porzucenia nazwy Burma (tak zrobiła m.in. Rosja). Jednak nieodparta logika wewnętrznego starcia junta kontra opozycja (czyli, umownie, zamordyzm kontra demokracja) powodowała, że na najważniejszym, zachodnim, odcinku tej „wojny lingwistycznej”, górą była opozycja.

Ponieważ kwestia ta dotyczyła oficjalne nazwy państwa po angielsku (przypomnę, po birmańsku była i jest wciąż Myanma) to tak naprawdę dla zdecydowanej większości społeczeństwa była absolutnie obojętna. Dopiero późniejsze podziały sprawiły, że dziś można w Birmie spotkać osoby popierające oba stanowiska – i to zarówno wśród Birmańczyków, jak i mniejszości (co sprawia, iż każdy wypowiadający się na ten temat obcokrajowiec może bez problemu znaleźć dowody na poparcie swojego stanowiska i uzasadniać je frazami typu „Birmańczycy mówią…”- tu wstawić Birma lub Myanmar). To wewnętrzna logika (m.in. zakaz używania nazwy Birma w kraju wprowadzony przez juntę – w samym kraju nazwy tej publicznie się nie uświadczy, z wyjątkiem biur NLD, ale to dopiero teraz) sprawiła, że powstał problem i w dużej mierze nie sposób go ominąć – nie ma jednej, neutralnej nazwy. Wybierając Burma bądź Myanmar od razu opowiadamy się za którymś ze stanowisk (opozycja vs junta) i tak naprawdę nie ma w tym wypadku dobrych rozwiązań. Najmniejszym złem jest chyba często spotykany kompromis polegający na łącznym pisaniu – Burma/Myanmar (Birma/Mjanma).

Myanmar bierze górę

Pewną zmianę, a przynajmniej złagodzenie, przyniosła „odwilż polityczna” w Birmie trwająca od 2011 r. Państwa zachodnie zaczęły bowiem powoli stosować Myanmar (niektóre robiły to od dawna, m.in. Niemcy – ale tylko zewnętrzne, u siebie mówili i mówią Birma), i to nawet na forach, gdzie do tej pory królowała Burma (np. w UE). Myanmar powoli wypiera Burmę z międzynarodowego nazewnictwa, a nawet z relacji medialnych. Dzieje się tak wbrew Aung San Suu Kyi, która chociaż zmiany polityczne poparła i jest ich niezbędnym elementem, to w kwestii nazwy konsekwentnie trzyma się swojego stanowiska i to mimo okresowych połajanek ze strony rządu (tak było m.in. po jej europejskim tournee w maju 2012). Jednak staje się w tym coraz bardziej osamotniona, a państwa zachodnie, licząc na kawałki „birmańskiego tortu”, stosują się do poprawności politycznej narzuconej przez armię i coraz częściej używają Myanmar. „Ostatnim Mohikaninem” (że się tak wyrażę) były Stany Zjednoczone, których politycy albo mówili Burma albo uciekali od nazwy („ten kraj”, „to państwo” jak robiła to Hilary Clinton). Jednak teraz, w trakcie wizyty swojej wizyty Barack Obama po raz pierwszy użył publicznie słowa Myanmar (potem, w trakcie rozmowy z Aung San Suu Kyi mówił Burma, ale nie miało to już znaczenia), co wydaje się być momentem przełomowym. Rubikon na drodze ku wyeliminowaniu Burmy i zastąpieniu jej przez Myanmar został przekroczony i wszystko wskazuje na to, że generałom (przebranym teraz w garnitury) po 20 latach uda się zwyciężyć w tym ideologicznym starciu o symbole.

BIRMAŃSKIE NAZWY A SPRAWA POLSKA

W Polsce kwestię obcego nazewnictwa normuje Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych Poza Terytorium Rzeczypospolitej Polskiej[22]. Komisja ta, pierwotnie stworzona w Polskim Towarzystwie Geograficznym, a obecnie akredytowana przy Głównym Geodecie Kraju, zrzesza specjalistów z dziedziny geografii, historii, językoznawstwa i kartografii. Jest to najbardziej autorytatywne w tej kwestii ciało administracyjne w Polsce i trudno o bardziej obiektywne źródło regulacji nazw w naszym języku.

Stanowisko Komisji aż do 2011 roku w kwestii Birmy było jasne: trzymać się nazw zakorzenionych w języku polskim. Komisja pozostawiała Birmę jako nazwę krótką tego państwa (przy Myanmar jako nazwie urzędowej), ale zalecała stosowanie Birma, podobnie jak innych nazw spolszczonych i zakorzenionych typu Rangun czy Irawadi.

MSZ walczy z Birmą

Jednakże w 2011 roku rozpoczęła się planowa akcja MSZ-tu polegająca na propagowaniu nazwy Mjanma, będącej spolszczeniem Myanmar (o różnicy między Myanmar a Mjanma – patrz niżej). Nasze ministerstwo, które chciało zaangażować się nad Irawadi, uznało za swoją misję wykorzenić z polszczyzny nazwę Birma (momentami można by odnieść wrażenie, że było to najbardziej energiczne działanie ministerstwa „na odcinku birmańskim”). Uczyniło to w iście PRL-owskim stylu biurokratyczno-nakazowym. Rozpoczęła się prawdziwie urzędowa walka z Birmą: urzędnicy dostali nakaz stosowania Mjanmy i ci będących na państwowych pensjach (jak np. w PISM) pokornie się władzy podporządkowali. Również w trakcie występów publicznych urzędnicy ministerstwa używali Mjanmy – a właściwie próbowali używać, gdyż każdorazowo kończyło się to tak, że zaczynali Mjanmą, a potem, w toku dyskusji, zapominając się, wracali do Birmy. W ramach tej akcji wystąpiono również do Komisji by zmieniła nazwę krótką z Birma na Mjanma (i był tutaj wyraźny nacisk ministerstwa na Komisję). Na stronie Komisji znajduje się protokół z posiedzenia z 21 marca, które warto sobie przeczytać[23]. Widać wyraźnie, że Komisja przyjęła kompromisowe rozwiązanie. Z jednej strony przyjęła Mjanmę, z drugiej pozostawiła Birmę jako wersję wariantową.  

Jednym słowem: MOŻNA STOSOWAĆ OBIE.

W całej akcji MSZ-tu najbardziej kuriozalna jest argumentacja będąca wewnętrznie sprzeczną. Otóż optując za zmianą nazwy, MSZ odwołało się m.in. do faktu, iż „birmańska opozycja zaczęła stosować tę nazwę”[24]. Jest to oczywista nieprawda – przypomnę, że przywódczyni opozycji Aung San Suu Kyi (a jest ona przywódczynią niekwestionowaną, żeby nie było wątpliwości) po dziś dzień stosuje Birmę i nic się w tym nie zmieniło (nie tylko ona: najważniejszy portal opozycyjny – Irrawaddy również). Dalej: całą swoją strategię nad Irawadi MSZ oparł na opozycji. To na niej budowano nasze kontakty i to na nią postawiliśmy, mając nadzieję, że dojdą do władzy w 2015 roku. A więc wspierając opozycję i szeroko rozumiane stojące za nią wartości demokratyczne… jednocześnie zaś nachalnie popiera się stanowisko ich przeciwników, generałów, w symbolicznej kwestii nazwy.

Podkreślam: problemem nie jest stosowanie nazwy Mjanma/Myanmar w dyplomacji czy dokumentach oficjalnych. To nie tylko mogą, ale wręcz muszą robić, inaczej byłaby to  polityczna głupota. Ale mówię, że próba wykorzenienia Birmy w Polsce jest zamachem na polską kulturę i język (i to zupełnie niepojętym, niczemu nie służącym i nie wiedzieć czemu przeprowadzanym przez urząd Państwa Polskiego). Publicznie i oficjalnie mówmy na nich Mjanma (skoro tego chcą – choć jak widać nie wszyscy i nie ci, których aksjologicznie wspieramy), ale u siebie w naszym kraju i między sobą, po polsku, mówmy Birma – tak jak zawsze to robiliśmy. Czy jeśliby Niemcy zażądali od nas mówienie na ich kraj Deutschland (bo przecież nazwa ta ma pejoratywną genezę, słowo Niemiec pochodzi o „niemy”), to byśmy się podporządkowali? Czy wyraz ambicji, woli, a często kompleksów innych nacji ma zmuszać nas do zmian w naszym kraju? Doprawdy nie umiem pojąć logiki nakazującej mi zaśmiecać mój własny język w moim własnym kraju tylko dlatego, że obcy sobie tego życzą (by być dokładnym: część obcych). I to w kwestii tak kontrowersyjnej, w której – przypomnę raz jeszcze – sami Birmańczycy są podzieleni i nie ma tutaj jednego stanowiska (a dla większość Birmańczyków jest obojętne jak się mówi – traktują tę kwestię tak, jak należy, czyli jako wtórną). Zawsze dziwią mnie argumenty zwolenników zmiany, powołujących się na „wolę narodu birmańskiego”. Jest to wola generałów, a nie całego społeczeństwa (nie było przecież żadnego referendum), a kwestia nazwy wciąż nie jest rozstrzygnięta (co będzie jeśliby Suu Kyi doszła do władzy?). W takiej sytuacji rozsądek nakazuje spokój i roztropność.

Birma jako rozwiązanie najlepsze z możliwych

Najważniejszym powodem, by stosować Birmę, a nie Mjanmę/Myanmar jest wszakże fakt, iż odwołanie się do nazw zakorzenionych w języku polskim (a tą jest Birma) stanowi ucieczkę od opowiadania się za którąś ze stron. Gdy piszemy po angielsku Burma czy Myanmar od razu wiadomo, za kim jesteśmy (za opozycją czy wojskowymi). Po polsku powód jest inny – odwołanie się do nazwy zakorzenionej, a nie polityczne wsparcie opozycji. Dzięki temu pisząc Birma uciekam od opowiadania się za którąś ze stron w tym konflikcie. Bo chociaż z przyczyn aksjologicznych wybór w tym sporze jest prosty, to od naukowca i analityka wymaga się obiektywizmu, a nie normatywnego zaangażowania. Skoro zaś jestem „wolnym i niezależnym ekspertem” (jak mnie kiedyś przedstawiono w PISM-ie), to mam zamiar z tej wolności korzystać – i mówić poprawnie Birma, a nie kapitulować na rzecz nikomu niepotrzebnej politycznej poprawności.

Fakt tego, iż po polsku wciąż jest Birma daje mi możliwość manewru z której tym chętniej korzystam, iż jest to zgodne z tradycją językową mojego kraju. Zdaje sobie sprawę, iż nie jest to rozwiązanie idealne, ale uważam, że jest z nim niczym z demokracją w ujęciu Churchillowskim – złe to, ale nie ma lepszego.

Myanmar wchodzi nad Wisłę, Birma trzyma się mocno

W Polsce w sferze publicznej długi czas problem podwójnego nazewnictwa birmańskiego nie istniał. Birma dominowała – i nadal tak jest w relacjach medialnych. Dziennikarze zajmujący się Birmą w większości uważają, słusznie skądinąd, iż używanie nazwy Myanmar (Mjanma) jest kontrproduktywne, gdyż i tak większość społeczeństwa nie będzie wiedzieć, o jaki kraj chodzi. By być zrozumianym przez szerszego czytelnika trzeba pisać Birma – i również ja stosuję tę zasadę w moich tekstach publicystycznych.

Niestety nazwa Myanmar zaczęła wchodzić mimo to do języka polskiego i go zaśmiecać. Działo się tak co gorsza nie tylko w tekstach publicystycznych, ale i naukowych. Źle tak z kilku powodów. Po pierwsze – mało kto wie jak się poprawnie pisze tę nazwę (nie mówiąc już o tym, jak ją odmieniać), a często kojarzy tylko fakt zmiany. Pamiętam, gdy rozmawiałem kiedyś z pewnym redaktorem jednej z najważniejszych polskich gazet, człowiekiem wszechstronnie wykształconym i oczytanym, który zapytał mnie „co tam w tym twoim Ułan Bator?”. „???”, „no, Birmie, czy jak się ona tam teraz nazywa” (do teraz nie wiem, czy żartował). Rezultat tego, że mało kto wie, z czym się ten Myanmar je jest taki, iż bardzo często mamy błędy w tekstach. Po drugie – jest to nazwa z perspektywy języka polskiego sztuczna (nie używamy przecież „y” w takim znaczeniu, od tego jest „j”) i błędna (przypomnę: tu nie ma żadnego „r”!). Jej przyjmowanie wiąże się w moim odczuciu z czymś co nazwałbym polską „lingwistyczną ojkofobią” (ojkofobia to w psychologii nienawiść do tego co własne). Wielu osobom wydaje się, że jak będą używać obcych nazw, to będą bardziej „nowoczesne”, „światowe”, „europejskie” „idące z duchem czasu”, „niezaściankowe” i tak dalej. Tymczasem przyjmowanie obcych nazw wiąże się zawsze z ryzykiem. Przyjmując coś nowego zawsze należy pamiętać o mądrej maksymie Edmunda Burke’a, iż nim się to uczyni trzeba się dwa razy zastanowić, czy zmiana, którą to przyniesie wyjdzie nam na korzyść, czy nie. Moim zdaniem przyjęcie Myanmaru jest błędem. Nazwa ta jest w polszczyźnie nowotworem, którego trudno będzie wykorzenić.

Jakimś rozwiązaniem jest spolszczenie tego na Mjanma (czy też Mianma). Jest to rozwiązanie od Myanmaru lepsze z kilku powodów. Po pierwsze – jest naturalnym spolszczeniem (tak to się właśnie po birmańsku wymawia, czasem co prawda „Mjenma”, ale to już kwestia regionalizmów). Po drugie – w przeciwieństwie do Myanmaru nie powiela błędu „r” w nazwie. Po trzecie – jest przez „j”, nie jest więc już sztucznym tworem. Po czwarte wreszcie – podobnie jak Birma jest rodzaju żeńskiego, więc łatwiej będzie ją upowszechnić. Problemem pozostają przymiotniki. Komisja nie wypowiedziała się w tej sprawie, więc z konieczności trzeba albo pozostać przy starych – „birmański” (a to może powodować absurdy logiczne typu „Mjanma to nazwa państwa birmańskiego”) albo próbować tworzyć samemu, lecz wtedy najbardziej naturalna wydaje się forma „mjanmarski” (bo przecież nie „mjanmski”), a tu znów zakrada się nam to nieszczęsne „r”. Generalnie, choć zmiana na Mjanmę nie wyrządza aż takich szkód, jak na Myanmar, to i tak pozostanie przy Birmie jest najlepszym rozwiązaniem problemu, bo wtedy wszystko jest językowo spójne. Wydaje mi się, iż Komisja kierowała się właśnie tą logiką utrzymując Birmę jako nazwę wariantową i zalecając używanie nazw zakorzenionych w języku polskim, a więc Rangunu zamiast Yangonu/Jangonu, Irawadi zamiast Ayerawaddy itp.

Syjam czy India?

Jak zakończy się ta językowa epopeja? Podejrzewam, że na Zachodzie ostatecznie zwycięży Myanmar. Stanie się tak wbrew tradycji językowej wielu jego państw, ale w wyniku nieodpartej logiki rynkowej (opłacać się będzie mówić Myanmar).

Możliwe jednak, że chociaż u nas zwycięży zdrowy rozsądek i pozostanie Birma. Będzie tak samo, jak z Indią – próbą sztucznego przeszczepienia tego słowa uczynioną w latach 50-tych i 60-tych. Chodziło o to, by podkreślać jedność Indii (jedna India a nie wiele Indii), lecz nie przyjęło się – jako nowotwór językowy zostało odrzucone i zapomniane. Czy podobnie będzie z Myanmarem/Mjanmą?

Z Myanmarem – mam nadzieję. Jest to wszak koszmarek językowy. Mjanma ma więcej szans. Może się stać podobnie jak z Syjamem – Tajlandią. Ta zmiana nazwy (też nacjonalistyczna, nawiasem mówiąc!), przyjęta w latach 30-tych, u nas zakorzeniała się długo (przez jakiś czas był po polsku nawet koszmar pt. Thailand) – dopiero gdzieś w latach 80-tych weszła do użycia i wyeliminowała Syjam. Lecz jednocześnie pozostały „bliźnięta syjamskie”. Z czy z Birmą będzie podobnie? Czas pokaże. Nie ma lepszego miernika.

Michał Lubina



[1] Thant Myint U, The River of Lost Footsteps. A Personal History of Burma, New York 2007, p. 56.

[2] co prawda było to bardziej określenie dworu niż narodu, ale tylko to miało wówczas podmiotowość, zresztą zupełnie jak w Europie.

[3] Góralczyk Bogdan, Złota ziemia roni łzy. Esej birmański, Warszawa 2011, s. 14.

[4] Pascal Khoo Thwe wspomina, że jeszcze długi czas po zmianie nazwy birmańscy urzędnicy mówiąc po angielsku zapominali się i używali nazwy Burma, Pascal Khoo Twe, From the Land of Green Ghosts. A Burmese Oddyssey, London 2002.

[5] A wraz z nią nazw geograficznych w kraju: Rangunu na Yangon, Irawadi na Ayerawaddy, Pagan na Bagan, Moulmein na Mawlamyaing, Salween na Thanlwin, Karen na Kayin, Arakan na Rakhine, Tenasserim na Tanintharyi i in.

[6] David I. Steinberg, Burma. The State of Myanmar, Washington D.C. 2001, xi.

[7] Ibidem.

[8] Usłyszałem kiedyś w Birmie zdanie przedstawiciela jednej z mniejszości: „dopóki w nazwie państwa będzie Unia, jest nam obojętnie czy będzie to Burma czy Myanmar ”. I to jest tak naprawdę sedno sprawy.

[9] Michael Aung-Thwin, Maitrii Aung-Thwin, A History of Myanmar Since Ancient Times. Traditions and Transformations, London 2002, p. 7.

[10] Tiziano Terzani, W Azji, Warszawa 2009, s. 352.

[11] Emma Larkin, Finding George Orwell in Burma, New York 2005, p. 7-13.

[12] Gorzkie łzy Birmy. Wywiad z Profesorem Bogdanem Góralczykiem, portal Mojeopinie.pl http://www.mojeopinie.pl/gorzkie_lzy_birmy,3,1291052030 (12.06.2012).

[13] Thant Myint-U, op. cit., s. 340.

[14] David I. Steinberg, op. cit. s. 292.

[15] Christina Fink, Living Silence in Burma. Surviving Under Military Role, Chiang Mai 2009, p. 236.

[16] Bogdan Góralczyk, Złota ziemia… s. 238.

[17]Christina Fink, op. cit., s. 238. O zmuszaniu mniejszości do pracy przymusowej, por. Paul Webb, The Peacock’s Children. The Struggle for Freedom in Burma 1885-Present, Bangkok 2009, s. 161.

[18]Gladney nazwał tak stosunek większości Han do mniejszości etnicznych w Chinach; Hanowie powielają wzorce kolonialne, patrząc na mniejszości jako gorsze, słabiej rozwinięte i potrzebujące wsparcia, http://www.clas.ufl.edu/users/ckshih/ANG6360/1022/Gladney%201994.pdf (10.06.2012).

[19] Adam W. Jelonek, Wielokulturowość, separatyzm i budowa państwa narodowe w Tajlandii, Kraków 2011, s. 39.

[20] Bogdan Góralczyk, Złota ziemia… s. 238.

[21] Dulyapak Preecharushh, Naypyidaw. The New Capital of Burma, Bangkok 2009. Tamże: jednym z powodów przeniesienia stolicy była lepsza koordynacja działań przeciwko mniejszościom.

[22] http://ksng.gugik.gov.pl/ksng.php (15.12.2012).

[23] http://ksng.gugik.gov.pl/pliki/protokol_ksng/protokol_ksng-69_posiedzenie.pdf (15.12.2012).

[24] Ibidem.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Birma, Myanmar, Mjanma… czyli rzecz o nazwach Reviewed by on 17 grudnia 2012 .

Zmiana nazwy żadnego innego kraju na świecie nie wzbudza tyle kontrowersji, konfuzji i nieporozumień oraz nie została tak wprzęgnięta w politykę, jak przemianowanie Birmy na Myanmar/Mjanmę. Ponad 20 lat po tym wydarzeniu nazwa tego państwa wciąż polaryzuje poglądy i nadal jest trwałym elementem politycznym w tym kraju. Warto więc ją szerzej przybliżyć. Ostatnio temat powrócił

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Michał Lubina

Doktor nauk społecznych UJ, pracownik w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, magister rosjoznawstwa oraz studiów dalekowschodnich UJ, absolwent Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich UJ. Kilkukrotny stypendysta Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (m.in. w latach 2009/2010 w Pekinie). Laureat grantu Narodowego Centrum Nauki na badanie współczesnych stosunków rosyjsko-chińskich. Oprócz tego w kręgu jego zainteresowań badawczych znajduje się przede wszystkim Azja Południowo-Wschodnia, w szczególności zaś Birma. Jest autorem czterech książek. Pierwszej w Polsce historii Birmy („Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”, Trio, Warszawa 2014) oraz monografii „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie 1948-2013″; (Kon-Tekst, Kraków 2014), pierwszego poświęconego temu zagadnieniu opracowaniu w języku polskim oraz – również pierwszej w Polsce – książki o współczesnych stosunkach rosyjsko-chińskich („Niedźwiedź wcieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014″, Akademicka, Kraków 2014), która stała się naukowym bestsellerem. Niedawno wydał „Panią Birmy. Biografię polityczną Aung San Suu Kyi” (Wyd. PWN, Warszawa 2015). Ponadto jest autorem dwóch przewodników turystycznych po Litwie i Rosji (współautorstwo) oraz internetowych przewodników po Chinach, Hongkongu, Laosie i Bangladeszu. Publikował artykuły m.in. w „Rzeczpospolitej”(Plus/Minus), „Tygodniku Powszechnym”, „Wprost”, „Do Rzeczy”, „Nowej Europie Wschodniej”, „Nowej Konfederacji” i "National Geographic Traveller". Znajomość języków: angielski, rosyjski, ukraiński, chiński(komunikatywnie). Mieszka w Krakowie. Ekspert CSPA: Birma, Chiny-Rosja.