Bhutan news,Relacje z podróży

W poszukiwaniu bajkowego królestwa – korespondencja z Bhutanu

Marzenia o królestwie z bajki
Dzong - BhutanZ każdą podróżą skreślamy kolejne nadzieje, że gdzieś na ziemi istnieje krajna z bajki, ludzki raj, nieskażony cywilizacją i ludzkimi wadami jak chciwość, zazdrość, nieszczerość. Po zalaniu ropą naftową z odwiertów chyba wszystkich już plemion Amazonii czy Oceanii, ostatnią ostoją ludzkiego rozsądku i miłości miały być himalajskie królestwa. Tybet, Mustang czy Bhutan do dziś zdalnie rzucają na kolana rozmarzonych Europejczyków.
Zanim zatoczymy krąg i powrócimy do domu by zrozumieć, że pokój i miłość możemy znaleźć jedynie w sobie, odbywamy podróż po różnych teoriach, religiach, a być może i krajach, przekonując się, że raj został utracony.

Lądowanie w Bhutanie jest cudem samym w sobie. Samolot kluczy we mgle, przelatując z doliny w dolinę, a przerażeni pasażerowie obserwują, czy nie zmiata skrzydłem któregoś z położonych na zboczach domostw lub niewinnej kozy. Spowijająca zbocza mgła dodaje zbędnej pikanterii. Każdy, kto racjonalnie ocenia warunki lotu podczas lądowania w Paro, ryzykuje kilkukrotnym zatrzymaniem akcji serca. Zaraz po przyziemieniu radość, że przeżyliśmy, jest tak oczywista, że wszystkim wydaje się, że są w niebie, a otoczenie lotniska skutecznie potwierdza te przypuszczenia.

Tuż za stanowiskami urzędu imigracyjnego czeka na nas pierwsze rozczarowanie. Wita nas wielka, kolorowa fasada sklepu Johnnie Walker. Z pewnością jakaś legenda wiąże himalajskie państwo z Jasiem Wędrowniczkiem, a może to nawiązanie symbolicznych kolorów, niebieski, czerwony, złoty… Z pewnością nie pieniądze, komercja i chęć zysku sprawiły, że wizytówką niebiańskiego kraju staje się producent kolorowej wódki, znany z obecności na lotniskach całego świata.

Motyw ten lekko wybija nas z rytmu, ale już po chwili, gdy wychodzimy z lotniska i nie ma tam nikogo, ponownie nawiązujemy kontakt z naszymi wyobrażeniami. Turystów, innych niż Hindusi, przylatuje do Bhutanu około 100 dziennie. Przed lotniskiem stoi jeden mały bus, który czeka właśnie na nas. Jest tam sam i my jesteśmy sami.

Jeden Bhutańczyk na tysiąc Hindusów
Bhutan kobietyRelacje Indie–Bhutan są dobre i można się chyba cieszyć, że Indie to nie Chiny i że nie muszą ciągnąć do Thimpu z New Delhi kolei żelaznej przez Himalaje, żeby udowodnić światu, że mają tu swoje wpływy.

Hindusi pokazują się w Bhutanie zdecydowanie, ale łagodnie. Budują drogi, hotele, a na północy kraju granic strzegą hinduskie wojska. Granic z Chinami rzecz jasna. Bhutan żyje z turystyki, która nasila się wraz z koniecznością spłaty narastającego długu (wobec Indii). Hindusi podróżują do Bhutanu bez wiz, a wielu z nich przyjeżdża do pracy na budowie, jakby w Bhutanie brakowało rąk do pracy… Dumny ze swoich osiągnięć Bhutan produkuje także prąd w swoich trzech elektrowniach wodnych, który ponoć nawet eksportuje do Indii.

Bhutańczycy mają samochody, sklepy, święta. Ubierają się czasem tradycyjnie, a czasem w jeansy i koszulę. Zależnie od okazji. Śpiewają karaoke, piją piwo, żują betel i grają w snookera, a nawet tańczą na dyskotekach. I to chłopak z dziewczyną. Dla rozrywki strzelają z łuków. Łuki nie są tradycyjne, ale nowoczesne. Tradycji trzymają się tylko w kwestii dystansu do celu, który ustawiany jest 140 metrów od łucznika. Szczerze mówiąc, to chyba ledwie ten cel widzą i rzadko kto (poza mistrzami) w tarczę trafia, ale tradycja to tradycja.

Bhutan - DzongChcąc zwiedzić Bhutan zostaniemy zaproszeni do tradycyjnej biblioteki, instytutu medycyny tradycyjnej i akademii sztuk plastycznych, również tradycyjnych. Możemy zakupić w turystycznych sklepach pamiątki, także tradycyjne i drogie jak mało gdzie. Wszystko, co jest turystyczne, jest kilkakrotnie droższe, a Bhutańczycy zarabiają tyle, co przeciętni Hindusi, czyli około trzystu dolarów miesięcznie. Waluta Bhutanu jest sztywno związana z hinduską.

Ale turysta poruszać się ma w świecie cen równoległych i zapewniać dopływ dewiz. Nawet na Kubie jest w tym zakresie więcej swobody, a przecież Kuba to „piekło”, a Bhutan to „raj” – czy nie tak mówią nasze schematy?

Tradycyjna jest architektura. Tradycyjne są też przepiękne Dzongi, w których oprócz klasztoru i świątyni znajdziemy także biura lokalnych władz. W dni świąteczne Bhutańczycy założą tradycyjne stroje i zarzucą na ramię tradycyjną szarfę, której kolor określa ich rangę. Król przyjdzie z żółtą, urzędnicy, duchowni, władze, każdy w swoim kolorze. Pozostałe szarfy będą białe. Należą do wszystkich, czyli do nikogo. A bycie nikim to niezwykle wyzwalające doświadczenie. W królestwie z bajki, oczywiście.
Bhutańczycy są ludźmi. Mają ludzkie cechy i potrzeby. A utrzymanie bajkowego królestwa nie idzie w parze z realizacja tych potrzeb. Spieszmy się zwiedzać Bhutan, jak Kubę, Tybet (choć już chyba za późno), bo tak szybko odchodzą.

Budząc się ze snu
Bhutan - dyskusjaKiedy już się ockniemy z naszych oczekiwań, zauważymy także, że Bhutan to przepiękne, spokojne, ciche i malownicze miejsce. Ludzie są ciepli i przyjacielscy, a czas płynie powoli. To wspaniałe miejsce na medytację i wypoczynek z dala od zgiełku.

Od klasztoru Tiger’s Nest nie oczekiwaliśmy zbyt wiele. Wiedzieliśmy że budowla osadzona jest wysoko na skale, ale spodziewaliśmy się pielgrzymek turystów. Tu się także zawiedliśmy. Może dlatego, że na szlak wyruszyliśmy o świcie jako pierwsi. Po trzygodzinnym marszu dotarliśmy do bajecznego, pełnego niezwykłych kolorów i magii tygrysiego gniazda, gdzie medytował Guru Rimpoche, ojciec buddyzmu w Bhutanie. Nawet grupa fotografów z Wietnamu nie zakłóciła naszego odbioru tego miejsca. To jeden z tych magicznych zakątków, któremu nawet turystyka nie jest w stanie odebrać szczególnego charakteru.

Wróciliśmy pełni podziwu dla klasztoru i współczucia dla mnichów, którzy też mają żyć królestwie z bajki. Jednak mnisi nad wstąpieniem do prawdziwego królestwa dopiero pracują i to ciężko. Nie było więc specjalnym zaskoczeniem, kiedy jeden ze starszych mnichów bardzo ewidentnie zaproponował jednemu z naszych kolegów seks. Ileż to ciekawych nauk można pobrać pełnym magicznej wiary i ludzkich wyrzeczeń miejscu kultu.

Góry

Pożegnanie dziadka - BhutanPodczas pobytu w Bhutanie chodziliśmy sporo po górach. Mieszkaliśmy czasem w namiotach, a czasem u ludzi w domach.. Ludzie byli otwarci i ciepli, a widoki tarasów ryżowych, pól i majestatycznych Himalajów potwierdzały z każdym dniem, że Bhutan jest sam w sobie miejscem mocy. Świat nie dualistyczny nie dzieli się na białe i czarne, dobre i złe. Ja żyję w takim świecie i zauroczenie Bhutanem nie sprawiło, że nie zauważałem, że wśród popularnych szlaków górskich wędrówek leżały tony śmieci. Wzdłuż ciągnących się kilometrami krętych dróżek spotykaliśmy oprócz górskich roślin także górskie gumy do żucia, himalajskie papierki po batonikach KitKat i inne pozostałości wspaniałej cywilizacji Zachodu, który z rozkoszą pomnaża swoje zyski, podczas gdy niewyedukowany Trzeci Świat niszczy swoje środowisko i zasypuje się po uszy śmieciami. Bhutanu ta droga wcale nie omija, choć w sumie wysprzątanie szlaków zajęłoby pewnie trzy dni robocze.

Czy to pozostałości po lokalnych mieszkańcach czy turystach z Indii? Być może jedno i drugie. Jest to mało przyjemny widok i sprawia, że czar magicznego królestwa może prysnąć w jednej chwili, jeśli w międzyczasie nie zakochamy się w Bhutanie na dobre i nie potraktujemy z przymrużeniem oka tych małych niedociągnięć w naszej wyidealizowanej bajce o cudownym, himalajskim królestwie, pełnym czystej miłości, ośnieżonych szczytów nieskażonych ludzką ingerencją i ascetycznych, wyzbytych wszelkich pragnień buddyjskich mnichów.

Więcej zdjęć i opowieści z Bhutanu na www.bernabiuk.pl

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
W poszukiwaniu bajkowego królestwa – korespondencja z Bhutanu Reviewed by on 2 kwietnia 2013 .

Marzenia o królestwie z bajki Z każdą podróżą skreślamy kolejne nadzieje, że gdzieś na ziemi istnieje krajna z bajki, ludzki raj, nieskażony cywilizacją i ludzkimi wadami jak chciwość, zazdrość, nieszczerość. Po zalaniu ropą naftową z odwiertów chyba wszystkich już plemion Amazonii czy Oceanii, ostatnią ostoją ludzkiego rozsądku i miłości miały być himalajskie królestwa. Tybet, Mustang

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Patrycja Pendrakowska

Prezes CSPA od maja 2017 roku, ekspert od Chin. Doktorantka w zakładzie filozofii społecznej UW. Ukończyła sinologię, etnologię i socjologię na UW, którą studiowała również na Ludwig-Maximilians Universität w Monachium. W 2011 roku badała problem migracji w Nepalu, w Institute of Integrated Development Studies w Katmandu. Była redaktorka TVN24 i wolontariuszka w dziale misji PAH. Otrzymała stypendia naukowe na seminaria i badania w Polsce, Niemczech, Hiszpanii i Chinach. E-mail: [email protected]; twitter: @patrycjapendra

Pozostaw odpowiedź