Relacje z podróży

Bali – mozaika ułożona ze zdziwień

WOJCIECH WĘGRZYŃSKI, nowosądeczanin, podróżnik, twórca malarstwa, książek artystycznych, ilustracji, fotografii i poezji. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, stypendysta Univesidad del Pais Vasco w Hiszpanii i
Udayana University w Indonezji. Studiował w pracowni książki artystycznej w Londynie. Wystawiał swoje prace w Polsce i za granicą. Publikował w Dzienniku Polskim. Przez rok mieszkał w Indonezji. Tam też zrodził się pomysł albumu „Terima Kasih” ze zdjęciami i poetyckimi epigramami, unikający dosłowności, wznoszący się ponad stereotypami , unikający dosłowności kolorowych folderów turystycznych. Album wciąż czeka na swojego wydawcę, a jego krótką prezentację można oglądnąć na stronie autora:
WWW. myspace.com/wojcieszek

Dziś prezentujemy jego artykuł, wspomnienie Bali:
Bali. Mozaika ułożona z zadziwień.

ROZMOWA

– Co u Ciebie?

– Wyjeżdżam.

– Gdzie?

– Na Bali.

– Świetnie. Na długo?

– Na rok.

– Zwariowałeś…

Okruchy chwil

 

Pozbierać okruchy chwil.

Obrazy. Dźwięki. Zapachy. Dotyk. Smaki.

Pachnące słodkie dźwięki namacalnych obrazów.

Wspomnienia troskliwie pozawijane w gazety dni. Cały ten widzialny stragan zadziwień, wózek pełen maji – odczuwalnej rzeczywistości, toczący się pośród gwiazd.

Wózek – kaki lima, dosłownie: pięć nóg – dwa duże koła od roweru z przodu, jedno małe

z tyłu i dwie nogi pchającego, bose, w plastikowych niebieskich klapkach. Pchający uderza patykiem w pustą butelkę po słodkim sosie sojowym – kecap manis, dźwięk odbija się

od domów z czerwonej wypalanej cegły, wpada przez okno, odbija się od szafy i ląduje

na mojej poduszce.

Tylko wtajemniczeni wiedzą, co na swoim wózku wiezie dzień.

Kaki lima – cały ten kramarski mikro-wszech-świat, jedyny wyobrażalny, w którym chwilami możemy poczuć się bezpiecznie, w którym człowiek został zaplątany w istnienie i odwieczne pragnienie szczęścia.

Stragan na krzywych kółkach. Pchany skąd? Pchany dokąd? Pchany przez kogo?

Przyjrzeć się światu z bliska

Kubełek zimnego poranka wylany na rozmarzoną głowę tęskniącą jeszcze za poduszką. Spływająca po ciele woda barwi się kolorami snów, intensywnych snów, gęstych, tak,

jak gęsta jest roślinność tego zakątka ziemi, tak, jak intensywny w doznania jej spektakl,  który pozwolono mi współtworzyć.

Moje myśli nie nawykły jeszcze do wielobarwnej tęczy kultury i obyczajów,

jaką pod błękitnym niebem małej sceny – Bali, rozpięły wieki.

Drzemie we mnie odwieczna chęć rozumienia i wiara, że tylko zrozumienie przyniesie spokój, uciszy wodospady pytań.

Naiwna wiara. Pochylam głowę.

Zachwyt. Zdziwienie. Czasami oburzenie.

Uczę się niepamięci – zapominania wszystkiego, co wiem, co znam, czego mnie nauczono. Próbuję nie porównywać

Próbuję przyjrzeć się światu z bliska.

Pochylam głowę i oczom nie wierzę.

Wylewam kolejny kubełek zimnej wody na zaspane myśli. Woda zdaje się nieść spokój – może dlatego mieszkańcy tej małej wyspy tak lubią się kąpać?

Sudah mandi? Tak, już się umyłem, odpowiadam uśmiechem na uśmiech sąsiadów.

Na początku było Natam

Stare lontary balijskie – książki spisane na deszczułkach z liści palmowych, opowiadają

o Natam, subtelnym źródle dźwięku poprzedzającym stworzenie świata.

Jak brzmiało?

Często odnosiłem wrażenie, że mieszkańcom Bali nie przeszkadza współczesna wiedza

o wszechświecie, że nic nie jest w stanie zburzyć porządku świata, w który wierzą, porządku, który na tej niewielkiej wysepce jest tak pieczołowicie pielęgnowany.

Nade mną, gwiazdy. Pode mną, morze chmur. Obok mnie, cisza. Cisza, która przenika ciało. Cisza, która zalewa myśli. Cisza, która brzmi. Dźwięczna cisza. Natam?

Jak zasnąć tuż za uchem boga? Starożytnego boga Bali – Gunung Agung, równego Siwie przybyłemu znacznie później z Indii.

Bali jest gościnne dla bogów.

Dziecko, które przychodzi na świat na tej maleńkiej wyspie, przez pierwsze trzy miesiące swojego życia, podawane z rąk do rąk, w niewinnym tańcu unosi się nad ziemią, nie jednocząc się z nią dotykiem. Dopiero po tym czasie po raz pierwszy dotknie stópkami ziemi, a jego widzialna boskość zostanie z czasem zamknięta w butelkę ciała.

Narodziny dziecka, są pukaniem boga do drzwi rodzinnej zagrody.

 

Gunung Agung, to widzialne wcielenie boga starożytnej Bali. Miejsce święte – jedno

z licznych. Zaczarowane przez barwne opowieści. Przemienione z krajobrazu widzialnej natury w obraz tłumaczący istnienie wszechświata. Wciąż przemieniane. Opowieściami wysłuchiwanymi przez dzieci. Barwnymi uroczystościami. Zwyczajną codzienną ofiarą składaną w koszyczku plecionym z liści palmowych, w którym pokarmy i kwiaty ułożone są zgodnie z porządkiem kosmosu. Przemieniane przez wieki. Przemieniane przez wiarę.

Przez odwieczną ludzką potrzebę odpowiedzenia na pytanie o sens.

Wspinam się na wulkan górujący  trzema tysiącami metrów nad wysepką. Pot spływa

po czole. Kurz klei się do ciała. Buty często osuwają się po ścieżce. Wspinam się po grzbiecie boga – Gunung Agung. Czy go nie rozłoszczę?

Gunung Agung – bóg-wulkan. Jestem prawie na szczycie. Nade mną błękit, którego nie odnajdziesz na palecie żadnego z ziemskich malarzy. Ciepłe promienie słońca pieszczą moją twarz. Wieczór już. Skalna półka poniżej szczytu – tu muszę się zatrzymać, poczekać do rana, zasnąć.

Jak zasnąć tuż za uchem boga?

Dźwięczna cisza. Na początku było Natam.

Medyapada

 

Szczyty wulkanów – opadające stromo w kierunku Morza Jawajskiego na północy, spływające łagodnie ku wodom Oceanu Indyjskiego na południu tworzą sferę Kaja.

Każdy z wulkanów jest wcieleniem boga. Ponad szczytami wulkanów przebywają dusze przodków uwolnione od ciała w ogniu kremacyjnych ceremonii, skąd któregoś dnia

o wschodzie słońca powrócą, by narodzić się znów w rodzinnej zagrodzie.

Kaja, to święta przestrzeń Bali, miejsce pochodzenia życia.

Sfera morza, Kelod, jest jej przeciwieństwem.

To morzu oddawane jest zło ciemnej natury bogów.

Gdzieś pomiędzy tymi dwoma sferami, pomiędzy światłem a zupełną ciemnością, pomiędzy wschodem a zachodem słońca, pomiędzy narodzinami a śmiercią, gdzieś pomiędzy świętymi szczytami gór i nieczystymi wodami oceanu, pośród ziemi poprzecinanej głębokimi wąwozami rzek, wśród zadziwiająco zielonych tarasów pól ryżowych, znajduje się sfera Medyapada, będąca syntezą dobra i zła, obszarem równoważenia się niewidzialnych sił kosmosu.

Pośród tej bujnej zieleni człowiek został uwikłany w istnienie. Swoje. Kosmosu,

o równowagę którego musi odtąd dbać biorąc udział w barwnym, niezwykłym,

ale i wymagającym przedstawieniu.

Przedstawienie zaczęło się już dawno.

Scena – dość rozległa jak na teatr, całkiem niewielka jak na wyspę. Zagubiona gdzieś pośród tysięcy wysp Polinezji. Chwilami ma się wrażenie, że zapomniana przez czas. Niektórzy mówią, że ostoja dawnej Indonezji – tej sprzed ekspansji Islamu.

Ulubiona przez twórców. Umiłowana przez mieszkańców. Upodobana przez bogów. Dopieszczona – Balijczycy żartobliwie zwykli mówić, że jeśli świat został stworzony

w siedem dni, to na pewno jeden z nich bogowie poświęcili na tworzenie Bali.

Scena, na której rozgrywa się odwieczny taniec dewów i bhutów, boskości i natury, dobrych

i złych cząstek wszechświata.

Trudno zrozumieć to przedstawienie rozgrywające się pod nieboskłonem nieba.

Wszak nie sposób nie patrzeć. Nie sposób odejść nie zauroczonym.

Nyepi

Na parapecie deszcz plecie mokre historie. Dziś i tak nigdzie nie wyjdę. Nie wyjdzie nikt poza kapłanami.

Budzi się dzień – pierwszy dzień nowego roku. Nyepi. Witany ciszą.

Odwykłem od ciszy. Milczących chwil.

Balijczycy nie lubią milczeć. Kiedy się milczy, „do głowy przychodzą złe myśli”.

Ciężko znaleźć oazę spokoju. Ulice rozedrgane warczeniem silników. Roztrąbione orkiestrą klaksonów. A to głównie na ulicach toczy się codzienne życie, tak jak toczą się po nich pięcionożne stragany, kaki lima.

Chodnikami ciężko się poruszać – w epoce motorów trudno zresztą znaleźć kogoś przemieszczającego się siłą własnych nóg. Chodniki pełne są ulicznych straganów, warungów, gdzie można się posilić. Zbite z paru desek, przykryte ortalionem.

To wystarczy? A higiena, zaplecze sanitarne, wygodne krzesła…?

Nie: kawałek dachu dającego cień i schronienie przed deszczem, kawałek plecionej maty,

na której można usiąść – tu nie je się „po europejsku”, w biegu, między jednym zajęciem

a drugim – tu wszystko ma swój czas.

Zanurzam ręce w miseczce wody z limonką. Lepię palcami kuleczkę z ryżu. Maczam ją

w ostrym sosie sambal. Wkładam do ust.

To wystarcza.

A dziś?

Dziś milczy. Nikt nie wyjdzie z domu. Po zapadnięciu zmroku, nikt nie zapali światła. Balijczycy nie będą pracować. Lotnisko jest zamknięte. Większość nie włączy nawet radia.

Dziś złe duchy spokojnie przechadzają się po ulicach. Ciii…cho. Niech się przechadzają i niech sobie pójdą.

Dziś jest ciche. Słodko ciche.

Refren w pieśni

 

Ogromne ilości owoców, pieczonych ciastek, mięs poukładanych w misterne, barwne wieże. Niesione w procesjach przez kobiety. Procesjach, które są stałym elementem krajobrazu wyspy – refrenem w pieśni. Procesjach barwnych szat. Procesjach zapachów. Dźwięków gamelanowej orkiestry, składającej się głównie z brązowych gongów. Procesje darów-ofiar.

Niektórzy mówią, że nazwa wyspy wywodzi się właśnie od słowa wali, oznaczającego ofiarę. Inni, w żartach, że to raczej skrót. Ba-li, ba-nyak li-bur, dużo wolnego od pracy. To prawda. Świąt jest tak wiele, jak wiele jest świątyń.

Każda zagroda ma swoją świątynię domową. Każda wioska ma trzy świątynie. Świątynie duże. Świątynie małe. Świątynia matka, Besakih, u stóp wulkanu Gunung Agung.

Każda z nich, raz do roku obchodzi swoje święto. A każde święto wymaga przygotowań. Świątynia jest przestrzenią otwartą, miejscem do którego zapraszani są bogowie w czasie świąt. To właśnie dla nich przygotowywane są ofiary, pokarmy, świeże prześcieradła.

Po zakończeniu uroczystości, często już następnego dnia, ofiary uświęcone tchnieniem bogów, wracają do domów, by cieszyć oko i podniebienie.

Murah senyum

 

Posiłek. Drewniany stół na tarasie wyłożonym małymi kolorowymi kamyczkami. Stół lekko się chwieje – nosi ślady deszczu, który przed chwilą przestał, by za chwilę znów zacząć, padać. Pora deszczowa zaczyna się w okolicach października i trwa pół roku. Temperatura się nie zmienia, choć wydaje się być cieplej – to z powody wzrostu wilgotności powietrza.

Parę osób przy stole. Talerze – jeszcze puste, jeśli nie liczyć liści, które spadają z drzew. Dobrze, że spadają tylko liście, a nie orzechy kokosowe. Młode kokosy przerastają wielkością ludzką głowę, a spotkanie z nimi – tylko w bajkach kończy się niegroźnie.

Prosty posiłek. Ryż, trochę warzyw, jajka na twardo, kawałki kurczaka, no i oczywiście sambal, sos, przyprawa, której głównym składnikiem jest chili. Wystarczy mała łyżeczka tego przysmaku, by zamienić się w ziejącego ogniem smoka ze starej baśni.

Wszyscy starannie oddzielają na skraju talerza parę ziarenek ryżu, kawałki warzyw i mięsa. Czasem po prostu zostawiają trochę resztek na półmisku. Nie na miejscu jest zjadanie

do końca, „do czysta”.

Te resztki, to ofiara dla świata duchów. Dla mnie – zwyczajnie piękne: „dziękuję, za ten posiłek”.

Jedzenie, nawet nie przyprawione sosem chili, jest tak ostre, że tradycyjnie już sięgam

po chusteczkę – tradycyjnie też wywołuje to ogólną wesołość.

Tu każda sytuacja jest dobra do żartów i śmiechu.

Mimo ciągle istniejącego systemu kastowego, tylko powierzchownie podobnego

do indyjskiego(status społeczny na Bali nie jest wynikiem uczynków człowieka

w poprzednim życiu, lecz zrządzeniem kapryśnej historii), każdy jest tak samo godny,

by z nim porozmawiać, by go obdarzyć uśmiechem, by poklepać po ramieniu.

Murah senyum, dosłownie: tani uśmiech.

Santai

Oranż powietrza. Namacalny. Otula prawie mistyczną siłą. Ciepło wypełnia każdą szczelinę mej skóry, kładzie się na barkach, zawisa na dłoniach, zagląda do kieszeni. Nogi grzęzną

w upale. Gorąc nieustannie krąży gdzieś między szarą bielą sufitu a czerwoną ceramiczną posadzką. Kpi z cienia. Niepostrzeżenie wkrada się do myśli. Usypia. Zwalnia bieg wydarzeń. Zwalnia czas. Nigdzie się nie spieszy. Nikomu nie pozwala się spieszyć. Denerwuje europejską część mojej głowy – nawykłą do planowania i zagospodarowywania każdej chwili. Ciepły czas leniwie przecieka między palcami. Zdaje się szeptać: spokojnie – zdążysz. Kładę rozgrzane ciało na chłodnej posadzce – santai, spokojnie, spokojnie, sssss… Zasypiam, jak większość podczas południowego upału. Europejska część mnie – marnuje czas. Reszta – przytula się do ceramicznego chłodu – odpoczywa.

Śnią mi się pachnące słodkie dźwięki namacalnych obrazów.

Mozaika ułożona z zadziwień.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Bali – mozaika ułożona ze zdziwień Reviewed by on 9 listopada 2009 .

WOJCIECH WĘGRZYŃSKI, nowosądeczanin, podróżnik, twórca malarstwa, książek artystycznych, ilustracji, fotografii i poezji. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, stypendysta Univesidad del Pais Vasco w Hiszpanii i Udayana University w Indonezji. Studiował w pracowni książki artystycznej w Londynie. Wystawiał swoje prace w Polsce i za granicą. Publikował w Dzienniku Polskim. Przez rok mieszkał w Indonezji. Tam

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź