BLOGOSFERA

Bagan – Birma

08Bagan0336Wyobraźcie sobie – wyczytaliśmy w przewodniku – wszystkie gotyckie świątynie średniowiecza zgromadzone w jednym miejscu, niczym na Manhattanie. Widok taki, podejrzewam, wprawiłby w zachwyt najmniej wrażliwego człowieka. Bagan, miejsce, w którym się znajdujemy, jest wschodnim odpowiednikiem tego nieistniejącego średniowiecznego Manhattanu. Na powierzchni czterdziestu kilometrów kwadratowych zgrupowanych jest ponad dwa tysiące świątyń buddyjskich. W okresie świetności było ich dwa razy tyle, lecz nie wszystkie wytrzymały presję mijających lat, czy burzliwej historii. Dużego zniszczenia dokonało również XX-wieczne trzęsienie ziemi (lata siedemdziesiąte). To ostatnie stało się jednak przyczynkiem do podjęcia zdecydowanych działań rekonstrukcyjnych i konserwatorskich pod patronatem UNESCO.

My przecudne to miejsce odwiedziliśmy na wypożyczonych rowerach. Old Bagan autentycznie zapiera dech w piersiach. Z każdej strony po horyzont piętrzą się to większe, to mniejsze buddyjskie świątynie. Pomiędzy nimi zaś toczy się normalne życie birmańskich wieśniaków. Tu pasterz wypasa stado kóz, tu zaś rolnik układa snobki siana. Słoneczny żar nadaje ziemi czerwonawą poświatę. Miejsce to przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania.

Cały nasz czas w Bagan, właściwie od pierwszego momentu, układa się w jedną piękną całość. Wiem, że coś z tego miejsca zostanie; coś, co, mam nadzieję, zaowocuje dla dobra wielu ludzi. Ale powoli.

Po odpoczynku w naszym guest house ruszyliśmy na rowerach po okolicach miejscowości Nyaung U. Już parę kroków od betonowej drogi z małymi sklepikami krajobraz przeobraża się w iście wiejski. Po błotnistych ulicach beztrosko kroczą krowy, dzieci bawią się u wejść do kamiennych domów. Gdy postanowiliśmy podjechać nad rzekę Irrawadę usłyszeliśmy głośne krzyki i dudnienie w bębny. Łukasz bez namysłu skierował rower właśnie w tym kierunku. Po chwili uczestniczyliśmy z mieszkańcami wsi w żywiołowej ceremonii wywoływania deszczu. Z małej, drewnianej chatki bez ścian mężczyźni grali na bębnach, wokół biegało mnóstwo ucieszonych dzieci. Pośrodku wielkiego tumultu mieszkańcy wsi przeciągali linę niczym podczas zawodów. Jak się później dowiedzieliśmy, była to walka wiatru z deszczem. Gdy tak staliśmy przyglądając się oniemiali całej akcji (a wygląda to nadzwyczaj egzotycznie), część mieszkańców okrążyła nas lustrując każdy nasz najmniejszy gest. Po chwili podbiegł mężczyzna i zaprosił nas do udziału w przeciąganiu liny. Ja z Łukaszem skorzystaliśmy. Zrzuciliśmy koszulki, mieszkańcy pomogli nam odpowiednio obwiązać longisy (suknie, które nosimy) w taki sposób, że raczej przypominały skąpą bieliznę. Szczególnie dziwnie czułem się jak jeden z uczynnych wieśniaków, ku uciesze całej wioski, przekładał ręce między moimi nogami pouczając gestami, że tyłek powinien nieco wystawać (skojarzyło mi się to z odzieniem zawodników sumo). Tak na wpół obnażeni, przy wiwacie całej wioski (młode dziewczyny nas wachlowały) przystąpiliśmy do zawodów – dwóch Birmińczyków przeciwko nam, Polakom. Do teraz mamy na ciałach ślady tej rywalizacji ale wygraliśmy. Nie wiem jednak czy byliśmy po stronie deszczu czy wiatru. Jak podejrzewam deszczu jednak, bo cały następny dzień deszcz padał bez opamiętania.

Wieczorem jeszcze raz przemierzaliśmy na rowerach pobliskie rejony. Bardzo często mieszkańcy Birmy pozdrawiali nas pytając z jakiego kraju pochodzimy. W ten sposób poznaliśmy Mintha. Gdy usłyszał, że jesteśmy Polakami aż krzyknął ze zdumienia. Powiedział, że ma wielkie szczęście, że nas spotkał i ma do nas ogromną prośbę. Minth jest szczupłym mężczyzną po czterdziestce z łagodnym spojrzeniem. Mieszka ze swą rodziną w pobliskiej wiosce oddalonej od naszego guest house o 15 minut jazdy rowerem. Nasza znajomość rozwinęła się w tak zawrotnym tempie, że choć dzisiaj mija drugi dzień od momentu naszego poznania, mam wrażenie jakbyśmy od lat byli znajomymi. Wyzwala przy tym wiele ciepłych emocji.

Minth wyciągnął z kieszeni swej koszuli kawałek kartki papieru – ku naszemu zdziwieniu zobaczyliśmy na niej imię, nazwisko i adres Polskiej kobiety. Minth poprosił aby przepisać mu te informacje dużymi literami. Początkowo nie wiedzieliśmy jak ważna to sprawa.

Minth posługuje się językiem angielskim w tak podstawowym stopniu, że chwilami nie byliśmy w stanie go zrozumieć. Widząc to jednak nie rezygnuje z przekazania najsubtelniejszej myśli – kilkakrotnie wspomagając się językiem ciała cierpliwie tłumaczy o co mu chodzi. Tak też dowiedzieliśmy się, że Polka z kartki, którą Minth nazywa „mama” udziela jego rodzinie pomocy finansowej. Sfinansowała przy tym remont jego domu, dzięki jej środkom starszy syn Mintha wyjechał na studia. Sposób w jaki opowiadał o pani Barbarze przepełniony był najwyższym szacunkiem. Posługując się metaforami tłumaczył, że jego życie płonęło, pojawienie się Barbary było niczym deszcz, który ogień ten ugasił. Minth zaprosił nas do swej wioski na ceremonię wyprawiania siedemnastu młodych chłopców (mieszkańców tej wioski) do klasztoru buddyjskiego, która odbyć się miała następnego dnia o poranku. Z zaproszenia skorzystaliśmy.

Następnego dnia, 26 maja, o godzinie 10, Minth już czekała na nas pod guest house na swym rowerze. Nasz taniec na ceremonii deszczu poskutkował, padał deszcz. Wioska Mintha wyglądała rzeczywiście na bardzo ubogą. Ściany chatek zrobione są z bambusowej maty, cały zaś przybytek zamieszkujących tam rodzin składa się z paru ubrań poskładanych w kącie, ołtarzyka buddyjskiego, paru naczyń – tyle. Dom Myntha, z którego po remoncie jest bardzo dumny, składa się z jednego większego pomieszczenia z wydzielonym bambusową matą pokoikiem. Po paru chwilach spędzonych na wesołej ceremonii usiedliśmy z rodziną Mintha – zaczęła się rozmowa.

Życie mieszkańców Birmy jest dla nas niewyobrażalne. Pięcioosobowa rodzina Mintha utrzymuje się dziennie za równowartość 2$ (sic!). Rząd nie robi nic aby pomóc ubogim stanąć na nogi. Po raz kolejny usłyszeliśmy, że elita rządząca pławi się w luksusach, ludzie zaś, mieszkańcy Birmy, cierpią niewyobrażalną biedę. Chciałbym przekazać to, co widzieliśmy i słyszeliśmy w sposób odpowiedni i rzetelny, nie jestem jednak w stanie. Słowa te były krzykiem rozpaczy nieszczęśliwych ludzi, jednocześnie pogodnych i życzliwych. Po raz kolejny słyszeliśmy, że po niedawnym cyklonie, który pozbawił mnóstwo ludzi dachów nad głową, rząd Birmy nie wpuścił pomocy zagranicznej – sam jednak totalnie nic nie robiąc. Tak jak pisałem ostatnio, że Birmińczycy utrzymują pewien poziom egzystencji, nie zaś jak w Indiach ludzie umierają na ulicach, to wiemy już, że poziom ten jest niewiarygodnie niski. Wszyscy też, z którymi rozmawialiśmy winą obarczają juntę wojskową i ich interesy z Chinami i Rosją. Faktycznie, na prawie każdym domu, który nazwać można luksusowym, widnieją chińskie napisy – mieszkają tam Chińczycy. Rozmówcy nasi opowiadali również o wielu ofiarach – tych, którzy juncie próbowali się przeciwstawić. Nie ma w Birmie pracy dla ludzi wykształconych – tak junta zabezpiecza się przed niebezpieczną inteligencją, nie ma podstawowych świadczeń socjalnych – ludzie muszą polegać na sobie. System ten musi paść – za wielu ludzi o tym mówi. Będzie to jednak krwawe wydarzenie. W krzyku rozpaczy Minth powiedział – dajcie bombę, pójdę do nich, moje życie nic nie znaczy.

Nie podajemy nazwy wioski, nie zamieszczamy zdjęć naszego przyjaciela, imię Minth nie jest prawdziwe – google mają narzędzia tłumaczenia stron na różne języki, nie chcemy zaś nikogo narażać.

Rodzi się w nas pomysł, jak pomagać ludziom w takich krajach. Po powrocie zawiążemy organizację promującą wartości prodemokratyczne. Jakkolwiek zdajemy sobie sprawę z niedociągnięć demokracji, to jednak rozumieć ją należy jako system wytwarzający takie instytucje, dzięki którym zabezpieczona jest bezkrwawa wymiana rządzących. Władza w rękach jednej grupy ludzi prowadzi do takich sytuacji, jakie obserwujemy na przykład w Birmie. Z mojej perspektywy embargo turystyczne nałożone na Birmę głosem wielu wspaniałych ludzi nie jest dobrym wyjściem. Tutaj w Birmie ludzie chcą mówić, chcą pokazywać co się u nich dzieje – nie chcą być zamknięci ze swym nieszczęściem. Organizacja nasza statutowo przemawiać będzie w imieniu pokrzywdzonych przez autorytarne rządy, będzie pogłębiała świadomość i rangę problemu w krajach demokratycznych i czynić wszelkie wysiłki nakierowane na wywieranie presji względem autorytarnych rządów. Właściwie mamy już całościowy pomysł jak organizacja będzie funkcjonować. Wiele jest do zrobienia i jeśli możemy to parę naszych groszy (jeszcze nie eurocentów) dorzucimy. Osoby, które czują podobnie i chciałyby poświęcić kawałek swego życia na zrobienie czegoś dobrego prosimy o kontakt na naszego maila (odpowiedzieć będziemy mogli najprawdopodobniej dopiero z Tajlandii – w Birmie Internet działa w formie szczątkowej).

Artykuł ukazał się na blogu przezazje.pl.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Bagan – Birma Reviewed by on 14 sierpnia 2010 .

Wyobraźcie sobie – wyczytaliśmy w przewodniku – wszystkie gotyckie świątynie średniowiecza zgromadzone w jednym miejscu, niczym na Manhattanie. Widok taki, podejrzewam, wprawiłby w zachwyt najmniej wrażliwego człowieka. Bagan, miejsce, w którym się znajdujemy, jest wschodnim odpowiednikiem tego nieistniejącego średniowiecznego Manhattanu. Na powierzchni czterdziestu kilometrów kwadratowych zgrupowanych jest ponad dwa tysiące świątyń buddyjskich. W okresie świetności

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź