Komentarz eksperta,Mongolia news

B. Niedziński: Mongolia: o co chodzi w sporze o Oyu Tolgoi?

Bartłomiej NiedzińskiSukces największej inwestycji zagranicznej w historii Mongolii, kopalni Oyu Tolgoi, coraz bardziej staje pod znakiem zapytania. Wskutek sporów między udziałowcami – australijsko-brytyjskim koncernem Rio Tinto i mongolskim rządem – uruchomienie wydobycia się opóźnia, a rosnące koszty spowodowały znaczące ograniczenie projektu. Obie strony tracą pieniądze, a Mongolia także zaufanie zagranicznych inwestorów.

Na początek kilka faktów. Znajdujące się w ajmaku Ömnögovi, 80 km od granicy z Chinami Oyu Tolgoi to jedno z największych na świecie nieeksploatowanych jeszcze komercyjnie złóż złota i miedzi (znajdują się tam też srebro i molibden). Zasoby złota szacowane są na 45 milionów uncji (1,275 mln kg), miedzi – na prawie 36 milionów ton. Odkryła je w 2001 r. kanadyjska firma Ivanhoe Mines, która zaledwie rok wcześniej odkupiła licencje na poszukiwania od australijskiego koncernu BHP. 6 października 2009 r., po pięciu latach negocjacji, podpisano umowę inwestycyjną między rządem Mongolii a Ivanhoe Mines i Rio Tinto International, które było największym udziałowcem w Ivanhoe Mines (od 2012 r. jest w posiadaniu 51 proc. akcji). Umowę dwukrotnie autoryzował mongolski parlament – raz określając pole do negocjacji, a następnie, w lipcu 2009 r., zgadzając się na podpisanie przez rząd ostatecznej wersji. W parlamencie większość miała wówczas postkomunistyczna Mongolska Partia Ludowo-Rewolucyjna (obecnie funkcjonująca pod nazwą Mongolska Partia Ludowa).

Zgodnie z umową, operatorem złoża została spółka Oyu Tolgoi LLC, w której 34 proc. udziałów ma – poprzez państwową spółkę Erdenes Oyu Tolgoi LLC – mongolski rząd, a pozostałe 66 proc. Ivanhoe Mines (które później zmieniło nazwę na Turquoise Hill). Mongolia, oprócz tego, że oddała większość praw do wydobycia, zobowiązała się do zapewnienia stabilnego klimatu inwestycyjnego, w szczególności, że nie będzie zmieniać reżimu podatkowego, będzie respektować prawa inwestora i nie wycofa licencji na eksploatację złoża. W zamian za to zyskała inwestycję, której koszt w pierwszej, naziemnej, fazie wyniósł 6,2 miliarda dolarów (pieniądze na budowę kopalni wyłożyli w całości inwestorzy, Mongolia swój udział będzie spłacać z przyszłych zysków), a także dochody z podatku dochodowego od przedsiębiorstw, VAT, akcyzy i pomniejszych podatków, dochody z ceł, z licencji na wydobycie oraz swoją część dywidendy. Oraz dodatkowo zyski pośrednie, takie jak wzrost zatrudnienia, potencjału ekonomicznego mieszkańców czy zaufania innych inwestorów. Ivanhoe Mines i Rio Tinto zobowiązały się natomiast, poza samą budową, do tego, że obywatele Mongolii będą stanowić co najmniej 60 proc. pracujących przy budowie i 90 proc. zatrudnionych w kopalni, przy czym wśród inżynierów odsetek obywateli Mongolii ma w ciągu pięciu lat od rozpoczęcia produkcji osiągnąć 50 proc., a w ciągu 10 – 70 proc., a także do ufundowania stypendiów dla studentów kierunków technicznych. W ciągu czterech lat inwestorzy mieli zbudować elektrownię, która zapewni energetyczną samowystarczalność projektu. Ponadto mieli przedstawić opracowanie na temat wpływu inwestycji na środowisko naturalne i muszą pokrywać koszty ewentualnych szkód, zapewnić lokalnym pasterzom i ich stadom dostęp do wody, a także wspierać rozwój ajmaku. Jeśli chodzi o podatki, to najważniejszy z nich, czyli CIT, wynosi podobnie jak dla wszystkich działających w Mongolii firm, 10 proc. od dochodów do 3 miliardów tugrików (według obecnego kursu jest to 2,14 mln dolarów) i 25 proc. powyżej tej kwoty. Natomiast opłatę licencyjną określono na 5 proc. wartości sprzedanych lub wysłanych na sprzedaż towarów. Umowę zawarto na okres 30 lat z możliwością przedłużenia jej o kolejne 20, przy czym po 30 latach Mongolii przysługuje prawo do zwiększenia swojego udziału do 50 proc.

Czy obowiązująca umowa inwestycyjna jest dla Mongolii korzystna? Nie ma wątpliwości, że Mongolia na Oyu Tolgoi zarobi i to więcej niż Turquoise Hill i Rio Tinto. Według różnych szacunków, w okresie eksploatacji kopalni, której zasoby wystarczą na ok. 50 lat, Mongolii przypadnie od 59 (obliczenia własne rządu) do nawet 76 proc. zysków przed opodatkowaniem wypracowanych przez Oyu Tolgoi LLC. Analiza Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2010 r. mówi, że w Mongolii pozostanie 71 proc. zysków przed opodatkowaniem, przy czym na tę liczbę składają się: dywidendy z posiadanych akcji (16 proc.), podatek od przedsiębiorstw (25 proc.), VAT, cła i inne podatki (17 proc.) oraz licencje na wydobycie (13 proc.). Zgodnie z tymi wyliczeniami, w momencie, gdy zagraniczni inwestorzy dopiero wyjdą na zero, co powinno nastąpić po ok. 20 latach funkcjonowania kopalni, Mongolia już zarobi na czysto 7-8 miliardów dolarów. Ponadto, choć komercyjna eksploatacja się nie zaczęła, Oyu Tolgoi LLC już zapłaciła (do listopada 2012 r.) 803 miliony dolarów podatków. Wreszcie, ocenia się, że gdy w 2020 r. Oyu Tolgoi osiągnie pełne moce produkcyjne (450 tysięcy ton miedzi i 330 tys. uncji złota rocznie) będzie odpowiadać za 35 proc. mongolskiego PKB, a średnia realna płaca w kraju będzie o 30 proc. wyższa niż gdyby kopalni nie było.

Ale zupełnie inną sprawą jest to, czy obowiązująca umowa jest najbardziej korzystną, jaką Mongolia mogła uzyskać. I tu odpowiedź jest równie jednoznaczna – że nie. Po pierwsze, gdyby umowa była podpisana po uchwaleniu w maju 2012 r. obecnego prawa o inwestycjach, 51 proc. udziałów w Oyu Tolgoi z definicji musiałoby pozostać w mongolskich rękach, więc przyszłe zyski automatycznie byłby wyższe. Po drugie, w 2009 r., kiedy podpisano umowę, trwał światowy kryzys gospodarczy, Mongolia wpadła w recesję (PKB zmniejszył się o 1,3 proc. i był to pierwszy taki przypadek od 1994 r.), a ceny miedzi dopiero się zaczęły odbijać po gwałtownym załamaniu (w drugiej połowie 2008 r. spadły z ok. 8500 dolarów za tonę do 3000). Dziś, gdy Mongolia trzeci rok trzeci rok z rzędu mieć będzie kilkunastoprocentowy wzrost gospodarczy (choć po części właśnie za sprawą Oyu Tolgoi), a ceny miedzi oscylują wokół 7600 dolarów, miałaby znacznie silniejszą pozycję negocjacyjną.

Wezwania do renegocjacji umowy po raz pierwszy się pojawiły wiosną 2012 r., gdy zbliżały się wybory parlamentarne, a z drugiej strony budowa kopalni była na tyle zaawansowana, że inwestorzy nie mogli się wycofać nie ponosząc strat. W maju 2012 r., jeszcze przed wyborami, parlament przyjął nową ustawę o inwestycjach, która ogranicza udziały zagranicznych firm w kluczowych sektorach, w tym w górnictwie, do 49 proc. Po tym wielu część polityków zaczęła mówić, że powinna się ona także odnosić do Oyu Tolgoi, a populistyczne hasła trafiały na podatny grunt – wielu Mongołów nie odczuwa skutków trwającego boomu surowcowego i uważa, że zbyt wiele i zbyt szybko trafiło w obce ręce. Gorzej, że po wyborach dołączyli się do tych głosów politycy tworzącej nowy rząd i uchodzącej za bardziej prorynkową Partii Demokratycznej, na przemian zapewniając, iż będą honorować umowę i sugerując, iż dobrze byłoby ją renegocjować. Mówił o tym nawet prezydent Tsakhiagiin Elbegdorj. Efekt przeciągającego się sporu jest taki, że choć jesienią ukończono budowę i rozpoczęło się próbne wydobycie, komercyjna eksploatacja jeszcze nie ruszyła. Według najnowszej wersji, stanie się to dopiero w czerwcu, choć w tym tygodniu władze Rio Tinto zasygnalizowały, że nawet ten termin nie jest pewny.

W lutym i marcu przedstawiciele mongolskiego rządu i Rio Tinto kilka razy spotykali się w celu przełamania impasu. Jak na razie, bezskutecznie. Główne mongolskie zastrzeżenia dotyczą następujących punktów: znaczącego przekroczenia kosztów operacyjnych, kosztów i sposobu finansowania fazy 2 inwestycji, czyli podziemnej części kopalni (potrzeba na to 5,1 mld dolarów), zbyt niskiego poziomu zatrudnienia mongolskich pracowników i dyskryminacji płacowej, niewystarczającego korzystania z lokalnych podwykonawców oraz sposobu zarządzania spółką. Do niedawna wyglądało, iż to Mongolia mnoży zarzuty, bo ma poczucie niewykorzystanej szansy i próbuje uzyskać lepsze warunki. Ewentualnie, że spór jest obliczony na potrzeby kampanii przed majowymi wyborami prezydenckimi lub służy temu, by wynegocjować od Rio Tinto jakieś dodatkowe pieniądze, którymi można by załatać deficyt budżetowy (w budżecie na ten rok zresztą założono 303 miliony dolarów ze zwiększonych dochodów z licencji na wydobycie). Po części z pewnością tak jest, ale zarazem pojawia się coraz więcej faktów świadczących, że zastrzeżenia nie są wyssane z palca. Gdy w lutym Rio Tinto zaciągało kredyt na dalsze finansowanie Oyu Tolgoi, Stany Zjednoczone wstrzymały się od głosu w kwestii udzielenia pożyczek przez Bank Światowy oraz Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, bo zdaniem Amerykanów przedstawione przez koncern opracowania na temat skutków środowiskowych i społecznych są niewystarczające. Nawet Rio Tinto przyznaje, że koszty operacyjne są wyższe niż zakładano, choć nie o 40 proc. jak twierdzą Mongołowie, a o 18. Co więcej, w tym tygodniu poinformowało, że ze względu na rosnące koszty musi dokonać cięć w inwestycji na sumę 1,5 miliarda dolarów – zrezygnowano z budowy własnej elektrowni oraz odłożono decyzję w sprawie rozbudowy koncentratora rudy miedzi. To spowoduje, że koszty operacyjne w ciągu następnych 10 lat będą o 37 proc. wyższe, co z kolei przełoży się na dalsze obawy mongolskiego rządu co do zysków z umowy.

Nie zmienia to faktu, że obie strony muszą dojść do porozumienia, bo zbyt wiele mają do stracenia. Jeśli Mongolia zerwałaby lub doprowadziła do zerwania umowy, bez wątpienia przegra arbitraż międzynarodowy i musiałaby zapłacić odszkodowanie. A biorąc pod uwagę, że dotychczasowe koszty inwestycji sięgają prawie dwóch trzecich jej PKB, byłoby ono katastrofą finansową. Ponadto na wiele lat utraciłaby zaufanie zagranicznych inwestorów. Rio Tinto się nie może wycofać z Mongolii, bo oznaczałby to ogromną stratę finansową i wizerunkową, a nawet gdyby sprawa trafiła do arbitrażu, pieniądze w najlepszym razie odzyskałoby po wielu latach. Pozostaje zatem pytanie, jaki kompromis. Przejęcie lub wcześniejsze wykupienie przez Mongolię dodatkowych 17 proc. akcji nie wchodzi w grę, ale niewielkiego podwyższenia opłat licencyjnych nie można wykluczyć.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
B. Niedziński: Mongolia: o co chodzi w sporze o Oyu Tolgoi? Reviewed by on 2 kwietnia 2013 .

Sukces największej inwestycji zagranicznej w historii Mongolii, kopalni Oyu Tolgoi, coraz bardziej staje pod znakiem zapytania. Wskutek sporów między udziałowcami – australijsko-brytyjskim koncernem Rio Tinto i mongolskim rządem – uruchomienie wydobycia się opóźnia, a rosnące koszty spowodowały znaczące ograniczenie projektu. Obie strony tracą pieniądze, a Mongolia także zaufanie zagranicznych inwestorów. Na początek kilka faktów. Znajdujące

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarze 2

  • Oyu Tolgoi kupuje energię z Chin, ale jest to rozwiązanie tymczasowe. Nawet jeśli zrezygnowano z budowy własnej elektrowni, to i tak Rio Tinto musi w ciagu czterech lat zapewnić dostawy energii wytwarzanej w Mongolii.
    Co do chińskich czy chińsko-rosyjskich zakusów na Oyu Tolgoi, to nie zgadzam się z takim scenariuszem. Eskalowanie konfliktu przez władze Mongolii po to, by kopalnia trafiła w ręce Chińczyków i/lub Rosjan, byłoby działaniem samobójczym lub zdradą stanu. Jednym z fundamentów polityki zagraniczej Mongolii jest szukanie jak najmocniejszych związków z innymi państwami niż Chiny i Rosja, bo to dla niej też jest pewną gwarancją bezpieczeństwa.

  • Poza dwoma rzeczowymi błędami nie mającymi znaczenia dla treści można się zgodzićz przedstawioną analizą syuacji kopalni rud miedzi i złota Oyu Tolgoi w Mongolii. Ceny miedzi przed rokiem 2008 osiągnęły poziom ok. 10 tys, dolarów za tonę, a potaem spadły do ok. 7000 tysięcy i teraz wahają się w granicach 7500 – 8500 dolarów za tonę. Pominięto jednak znaczne ważniejszy w tej sprawie moim zdaniem kontekst mieędzynarodowy tych wydarzeń, który wydaje się mieć istotne znaczenie dla sporu pomiędzy rządem Mongolii a Turquoise Hill, której włascielem jest kapitał anglo – amerykański. Kopalnia Oyu Tolgoi nie wydobywa miedzi tylko jej rudę, w związku z tym, że ne ma w pobliżu żadnej huty, wzbogacony koncentrat musi sprzedawać do hut w Chinach, które chętnie przejeęyby kontrolę nad tą kopalnią. Chiński udział jest juz w dostawie energii, bez której kopalnia nie może funkcjonować. Po dzień dzisiejszy gwarantem niepodległości mongolskiego państwa jest Rosja inaczej Mongolia już dawno podzieliłaby los Tybetu. Na stanowisko mongolskiego rzadu w stosunku do prawnie zawartych porozumień z Ivanhoe Mines mają zapewne wpływ ostatnie porozumieia chińsko – rosyjskie. Chińczycy od dawna starali się o udziały w budowie tej kopalni jednak dotąd bez żadnego powodzenia. Czy konflikt ten nie otwiera przypadkiem drogę dla chińsko – rosyjskiego przejecia tej kopalni za formalnym pośrednictwem mongolskiego rządu.? Wszak sam Pan zauważa, ze jest on dla obu stron niekorzystny. Moim zdaniem bardziej niekorzystny jest on dla jej wiekszościowego właściciela, dlatego stroną, która powoduje jego eskalację jest rząd Mongolii. Na magrinesie tej sprawy warto zauważyć, że podobne relacje zachodzą w sprawie odtworzenia polskiej ambasady w Ułan Bator. Jeżeli nie będzie na to rosyjskiej zgody to z ambasadą możemy sie pozegnać.

Pozostaw odpowiedź