Komentarz eksperta,Mongolia news

B. Niedziński: Czyngis bondy, czyli Mongolia wkracza na rynek obligacji

Mongolskie obligacje rządowe, nazwane czyngis bondami, mogą przynieść zyski zarówno inwestorom, jak i samej Mongolii. Pod warunkiem jednak, że tamtejsi politycy właściwie wykorzystają potencjał, jaki ma gospodarka.

28 listopada Mongolia po raz pierwszy w historii sprzedała rządowe obligacje denominowane w dolarach. W ręce inwestorów trafiły 5-letnie obligacje o rentowności 4,125 proc. na łączną sumę 500 milionów dolarów oraz 10-letnie o wartości miliarda dolarów, w przypadku których premia wynosi 5,125 proc. Choć łączna kwota nie rzuca na kolana, trzeba pamiętać o wielkości mongolskiej gospodarki. 1,5 miliarda dolarów to ponad 15 proc. tegorocznego PKB tego kraju. Jak porównał „The Wall Street Journal”, to jakby Stany Zjednoczone sprzedawały w jednej chwili obligacje o wartości 2,3 biliona dolarów.

Jak na kraj, który w ciągu 22 lat wolnego rynku z pomocy finansowej Międzynarodowego Funduszu Walutowego korzystał pięć razy i którego wiarygodność kredytowa w oczach agencji ratingowych jest co najwyżej przeciętna (według Standard&Poor's – BB-, Moody's – B1, Fitch – B+, wszystko są to oceny poniżej poziomu inwestycyjnego), debiut był bardzo udany. Popyt przekroczył podaż 10-krotnie, co oznacza, że inwestorzy złożyli zamówienia na kwotę półtora razy większą od całego mongolskiego PKB. Przy czym premia, jaką oferował mongolski rząd wcale nie była szczególnie wysoka – w przypadku Boliwii i Zambii, dwóch innych bogatych w surowce państw, które również w tym roku debiutowały na rynku obligacji, rentowność wynosiła odpowiednio 4,875 i 5,625 proc. A Hiszpania, czwarta co do wielkości gospodarka strefy euro, sprzedała w październiku 10-letnie obligacje oferując inwestorom premię w wysokości ponad 5,4 proc. Czterdzieści procent obligacji pięcioletnich nabyli inwestorzy amerykańscy, 32 proc. – europejscy, a 28 proc. azjatyccy, zaś jeśli chodzi o typ inwestorów 82 proc. trafiło do funduszy inwestycyjnych, 7 proc. do private bankingu, 5 proc. do innych banków, a po 2 proc. funduszy emerytalnych, ubezpieczycieli i innych inwestorów. W przypadku obligacji 10-letnich Amerykanie kupili 42 proc. z nich, Azjaci – 29 proc., a Europejczycy 26 proc. Tu też najważniejszymi nabywcami okazały się fundusze inwestycyjne (85 proc.), a reszta trafiła do private bankingu i banków (po 4 proc.), funduszy emerytalnych i ubezpieczycieli (po 2 proc.) oraz innych inwestorów (3 proc.).

Powstaje jednak pytanie, na ile zainteresowanie czyngis bondami jest faktyczną wiara w mongolską gospodarkę, a na ile desperackim poszukiwaniem przez inwestorów jakichkolwiek lokat, które mogą przynieść w miarę wysoką stopę zwrotu. Jeśli ktoś już się decyduje inwestować na nowych rynkach wschodzących (frontier markets), na pierwszy rzut oka nie ma się czego obawiać – Mongolia jest dość ustabilizowaną demokracją, posiada ogromne złoża surowców, na które na dodatek ma niezwykle chłonny rynek zbytu w postaci Chin, pomimo tegorocznego spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego i tak jest ono imponujące (wyniesie ono ok. 12 proc. wobec 17,3 proc. w 2011 r.), zaś wszelkie prognozy mówią, że dwucyfrowy wzrost PKB powinien się utrzymać co najmniej przez najbliższą dekadę. Teoretycznie więc jest bardzo mało prawdopodobne, by Mongolia za pięć i 10 lat nie miała za co wykupić obligacji.

Ale diabeł jak wiadomo tkwi w szczegółach, a te, choć nie są jeszcze bardzo niepokojące, to na pewno każą zachować wzmożoną uwagę. Pierwszym i najważniejszym jest niejasna polityka władz wobec zagranicznych inwestorów. W maju tego roku parlament przyjął ustawę, zgodnie z którą wszystkie zagraniczne inwestycje w sektorach wydobywczym, bankowym i telekomunikacyjnym wymagają zgody posłów. Na dodatek jej zapisy są w wielu miejscach nieprecyzyjne, co daje władzom możliwość arbitralnego rozstrzygania ewentualnych wątpliwości na swoją korzyść. Jakkolwiek przygotowywana jest nowelizacja ustawy, która łagodzi ograniczenia wobec zagranicznych inwestycji, ogólny klimat jest dla nich niezbyt przychylny. Dotyczy to zwłaszcza sektora wydobywczego. Wielu Mongołów ma poczucie, że trwający od kilku lat boom surowcowy wcale nie przekłada się na poprawę poziomu życia i sprawa ta była głównym tematem w kampanii przed czerwcowymi wyborami parlamentarnymi. Zresztą po nich także. Nowa rząd, którego główną siłą jest Partia Demokratyczna (generalnie prorynkowa, ale w kwestii surowców raczej nacjonalistyczna), kilkakrotnie sugerował, że chciałby renegocjować umowę w sprawie największej inwestycji w historii Mongolii – wybudowanej kosztem ponad 6 miliardów dolarów kopalni złota i miedzi Oyu Tolgoi. Zmiana miałaby polegać na zwiększeniu udziałów mongolskich władz w spółce zarządzającej kopalnią z ustalonych w umowie 34 do 51 proc. A ponieważ w czerwcu 2013 r. odbędą się wybory prezydenckie, jest niemal pewne, że kwestia prawa do eksploatacji surowców znów będzie tematem przewodnim kampanii. Renegocjacja umowy w sprawie Oyu Tolgoi jest wprawdzie mało prawdopodobna (a próba jej wymuszenia skończy się arbitrażem międzynarodowym, który Mongolia i tak przegra), więc jedynym efektem sporu jest opóźnienie w uruchomieniu kopalni, która miało ruszyć pod koniec roku, oraz coraz większe wątpliwości zagranicznych koncernów co do inwestowania w Mongolii. A to się przekłada na konkretne pieniądze – kwota bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Mongolii wyniesie w tym roku około 3 miliardów dolarów, podczas gdy w 2011 r. było to 4,6 miliarda, natomiast wartość akcji na mongolskiej giełdzie spadła w tym roku o ok. 30 proc., przez co pojawiają się już głosy, że Mongolia była inwestycyjną gwiazdą jednego-dwóch sezonów.

Tym bardziej, że to nie jedyne wskaźniki, które zaczęły iść w złą stronę. O ile tegorocznym zwolnieniem tempa wzrostu można się nie przejmować, bo prognozy – także międzynarodowe – na rok 2013 mówią, że PKB zwiększy się o co najmniej 15 proc., to rosnącym deficytem budżetowym już trzeba. Wyniesie on na koniec roku 650 milionów dolarów, czyli prawie 7 proc. PKB. To efekt z jednej strony spadku cen surowców i mniejszych wpływów podatkowych, a z drugiej – większych wydatków. W ciągu pierwszych ośmiu miesięcy tego roku wzrosły one o 42 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2011 r., a poszły one m.in. na 50-procentową podwyżkę płac dla urzędników (za wzrost wydatków odpowiedzialny jest głównie poprzedni rząd). Problemem pozostaje inflacja, która przekracza 14 proc., choć celem banku centralnego na ten rok było zejście z nią do poziomu jednocyfrowego. Aby zatrzymać deprecjację tugrika bank centralny wydał na interwencje na rynku walutowym 800 milionów dolarów, co zmniejsza rezerwy walutowe kraju (według MFW, są one najmniejsze od dwóch lat), a to z kolei może w przyszłości wpłynąć na zdolność spłacania długów. Które zresztą są coraz większe. Bank centralny podał kilka dni temu, że zewnętrzne długi Mongolii sięgnęły w trzecim kwartale tego roku 12,9 miliarda dolarów, czyli są o 40 proc. większe niż rok wcześniej. Składa się na to przede wszystkim zadłużenie prywatne. Długi rządowe to trzy miliardy, co stanowi ok. 30 proc. tegorocznego PKB. To zdecydowanie jeszcze bezpieczny poziom, ale ta liczba nie uwzględnia 1,5 miliarda, o które właśnie zwiększyło się zadłużenie wskutek sprzedaży obligacji.

Kolejną sprawą jest to, czy Mongolia naprawdę potrzebuje się dodatkowo zadłużać (szczególnie, gdy kryzys w strefie euro pokazuje, czym się kończy permanentne życie na kredyt) i w jaki sposób zamierza wydać pieniądze uzyskane ze sprzedaży czyngis bondów. Rząd Norovyna Altankhuyaga zapewnia, że nie zostaną one wydane na łatanie deficytu budżetowego ani na zwiększanie świadczeń socjalnych, tylko na inwestycje. I rzeczywiście można mieć nadzieję, że tak się stanie – pieniądze trafiły na specjalny rachunek, który ma zostać objęty niezależnym nadzorem. Jednak nie przejedzenie ich a rozsądne zainwestowanie to dwie różne sprawy. Mongolski rząd dość na razie ogólnikowo mówi, na jakie projekty zostaną przeznaczone. Rozwój sieci kolejowej, budowa dróg, inwestycje w sektor wydobywczy i energetyczny – to wszystko jak najbardziej jest potrzebne, ale żadnych konkretnych projektów jeszcze nie wskazano. A bezczynność też ma swoją cenę – każdy dzień obligacji to koszt 196 tysięcy dolarów. W całości za 1,5 miliarda, które uzyskano ze sprzedaży obligacji, Mongolia będzie musiała zapłacić 605 milionów dolarów odsetek. To pokazuje jak odpowiedzialnym zadaniem jest wybór i realizacja inwestycji, tak aby nie skończyło się to powstaniem długu, który będą spłacać następne pokolenia. O ile nad tym, czy sama sprzedaż obligacji była Mongolii potrzebna można dyskutować, faktem jest, że jeśli już się na to zdecydowała, moment był trafiony. W czasie, gdy rozwinięty świat znajduje się w kryzysie, nowe wschodzące rynki stają się inwestycyjną alternatywą i mogą uzyskać znacznie lepsze warunki, co Mongolia wykorzystała.

Drobiazgiem są przy tym bieżące zawirowania polityczne. W tydzień po aukcji, po tym jak wyjście z koalicji zapowiedziała Mongolska Partia Ludowo-Rewolucyjna, cena obligacji na rynku wtórnym poleciała w dół o 7-8 dolarów, a rentowność doszła do 6 proc. Ale w tym przypadku nawet Moody’s oświadczył, iż nie ma to większego znaczenia dla perspektyw gospodarczych kraju. Zresztą po kolejnych kilku dniach MPLR się z tej zapowiedzi wycofała i obligacje odrobiły większość strat.

Wszystkie te wątpliwości nie oznaczają, że w długiej perspektywie emisja obligacji zakończy się dla Mongolii katastrofą. Nadal ma ona w swoim ręku wszystkie atuty – gospodarka się rozwija, mniejszy bądź większy popyt na surowce będzie zawsze, a system polityczny jest stabilny. Wydaje się też mało prawdopodobne, by obecny rząd zaczął prowadzić zupełnie nieodpowiedzialną politykę budżetową albo – zdając sobie przecież sprawę z ewentualnych konsekwencji – bardzo nieprzychylną dla zagranicznych inwestorów. Czyngis bondy mają więc potencjał, by odnieść sukces. Ale mongolska przygoda z rynkiem obligacji dopiero się zaczyna – w ciągu najbliższych dwóch lat władze zamierzają sprzedać kolejne transze o łącznej wartości 3,5 miliarda dolarów.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
B. Niedziński: Czyngis bondy, czyli Mongolia wkracza na rynek obligacji Reviewed by on 28 grudnia 2012 .

Mongolskie obligacje rządowe, nazwane czyngis bondami, mogą przynieść zyski zarówno inwestorom, jak i samej Mongolii. Pod warunkiem jednak, że tamtejsi politycy właściwie wykorzystają potencjał, jaki ma gospodarka. 28 listopada Mongolia po raz pierwszy w historii sprzedała rządowe obligacje denominowane w dolarach. W ręce inwestorów trafiły 5-letnie obligacje o rentowności 4,125 proc. na łączną sumę 500

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar