BLOGOSFERA

Adam Machaj, Raport z Państwa Środka: Jak ocaliłem dwa chińskie psy oraz żywy dowód na reinkarnację

fot. Adam Machaj / Ocaleni

Cała historia zaczęła się jakieś półtorej roku temu kiedy zamieszkał ze mną Chińczyk Li. Osoba dość mało rzutka ale miał mi w czymś tam pomagać. Pewnego dnia Li przyszedł do domu z małym plastikowym akwarium i rybką. Drugiego dnia dokupił drugą rybkę i pokarm. Mi to w żadnym stopniu nie przeszkadzało i tak dwie rybki zamieszkały z nami. Z biegiem czasu akwarium zarastało brudem więc musiałem je czyścić i zmieniać wodę. Jako, że Li przestał się całkowicie interesować swoimi podopiecznymi mi również przypadł obowiązek karmienia tych dwóch morskich stworzeń. Praca niezbyt zajmująca więc robiłem to nic nie mówiąc. Z czasem Li zaczął też zawalać inne sprawy więc pewnego dnia przyszedł czas aby się rozstać. Zjedliśmy pożegnalną kolację i Li wyjechał do siebie na zawsze, pozostawiając mi te dwie już wyżej wymienione rybki.

Jakiś czas potem musiałem polecieć na trzy tygodnie do Polski. Kupiłem bilet, spakowałem się i zadzwoniłem do znajomego sąsiada z czwartego piętra z prośbą o przechowanie ryb. Jako, że zbliżał się Chiński Nowy Rok a w Chinach jest święto rangi naszego Bożego Narodzenia to wszyscy w tym czasie myślą o zakupach i przygotowywaniu potraw świątecznych. Z tego powodu oraz z powodu, że mój chiński nie jest perfekcyjny w pierwszej chwili rozmowy pomiędzy mną a sąsiadem wystąpiło zabawne nieporozumienie. Nieporozumienie dotyczyło tego, że ów zrozumiał, że ja chcę mu dać dwie ryby na święta lub przechować u niego w lodówce czy jako żywe w innym naczyniu. Wytłumaczyłem mu więc jeszcze raz o co dokładnie mi chodzi. Sąsiad stwierdził, że nie ma problemu i że za pół godziny przyjedzie do mnie i zabierze akwarium. Ja w tym czasie zmieniłem wodę i czekałem na niego. Przyszedł o czasie zabrał akwarium, poprosił o jakieś tam rzeczy z Polski i poszedł. Ja zaraz po tym pojechałem do Pekinu skąd na drugi dzień miałem lot do Berlina.

Po jakiś trzech tygodniach byłem już z powrotem w Tianjinie. Wróciwszy pierwszego dnia w nocy usłyszałem, że u sąsiada za ścianą ujadają dwa młode psy. Pomyślałem, że to jakiś świąteczny nabytek jako, że w Chinach posiadanie swojego pupila robi się coraz bardziej modne. Psy ujadały pół nocy ale mnie to nie przeszkadzało. Zastanawiało mnie jednak to, że głosy są bardzo ale to bardzo wyraźnie i głośne. Na drugi dzień wyszedłem po coś z domu i wracając (mieszkałem wtedy na ostatnim szóstym piętrze budynku) zauważyłem, że dwa szczeniaki mają legowisko na klatce schodowej pod drzwiami jednego z sąsiadów na piętrze (4 mieszkania przypadały tam na jedno piętro). Dodatkowo drzwi od mieszkania były uchylone a wewnątrz jakiś Chińczyk przeprowadzał remont. Było dla mnie jasne, że jako że mieszkanie to było przedtem puste teraz nowy lokator robi remont a psy są jego i na czas remontu wystawił je na klatkę schodową. Następnego dnia drzwi w tym mieszkaniu były już zamknięte jednak szczeniaki nadal koczowały  pod tymi drzwiami a ich miska z wodą była pusta. Pomyślałem, że właściciel wyszedł po jakieś zakupy czy coś zjeść a psy w tym czasie wychlały całą wodę. Dolałem więc do ich naczynia kranówki i wróciłem do domu.

Przyszedł wieczór więc zadzwoniłem do sąsiada z czwartego piętra z informacją, że już wróciłem i żeby wpadł do mnie odebrać to co kupiłem mu w Polsce i żeby przyniósł mi moje rybki. Ustaliliśmy, że wpadnie do mnie za godzinę. Jako, że przed wyjazdem wcisnął mi 500 rmb abym kupił mu jakieś polskie rzeczy typu wódka, kawa, bursztyn i co tam mi jeszcze do głowy wpadnie więc przygotowałem mu zestaw plus dołączyłem ekstra prezent ode mnie i czekałem na wizytę. Po godzinie słyszę pukanie do drzwi. Oczywistym było, że to sąsiad lekarz na którego czekałem. Otwieram jednak to nie on. Przede mną w bojowym na stawieniu stoi stara Chinka, sąsiadka z piętra niżej i pyta mnie czyje są te psy. Czy to moje psy bo coś trzeba z nimi zrobić. Ja odpowiadam, że to najprawdopodobniej psy tych nowych a ona na to, że już z nimi gadała i że to nie są ich psy. W międzyczasie drzwi otworzyła jeszcze jedna sąsiadka, młoda kobieta, która jak się okazało dała tym psom wodę i koc ale stwierdziła, że psy nie należą do niej. W między czasie do domu wróciła jeszcze jedna sąsiadka i oczywiście włączyła się w naszą dyskusję. Młoda Chinka stwierdziła, że może za dwa dni przyjadą do niej znajomi ze wsi i je zabiorą ale ona nie jest tego pewna. Stara Chinka stwierdziła, że nie będzie tyle czekać i psy trzeba wyrzucić bo robią hałas i syf. Co do hałasu to fakt ale odpowiedziałem jej, że syf na naszej klatce to jest, był i będzie i psy niczego tu nie zmieniają. Na marginesie dodam, że był to stary zaniedbany chiński blok gdzie na klatce nikt nie sprzątał, ktoś tam hodował kurę w kartonie a szyby były powybijane i panował ogólny syf, zawsze. Na nic zdało się również moje tłumaczenie, że na dworze jest ponad minus 10 stopni C i żeby poczekać aż mrozy ustaną, psy podrosną i same pójdą w świat. Nagle stara Chinka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, w tym wypadku bardziej pasuje określenie w swoje nogi i wywalić psy z klatki. Wtórowała jej druga sąsiadka, też wiekiem już babcia, teściowa mojego sąsiada i bardzo dobrego kolegi mieszkającego naprzeciw mnie. Jako, że stara zaczęła akcję i jeden szczeniak zdążył zlecieć na pół piętro, oczywiście próbował wejść z powrotem ale drogę zagrodziła mu teściowa kumpla, która widząc moją reakcję i ze względu, że jej zięć to mój bardzo dobry znajomy nie przyłączyła się fizycznie do „starej” tylko ją słownie wspierała. Stara w tym czasie podeszła do drugiego psa celem wysłania go za pomocą buta piętro niżej, jednak mój but był szybszy i jej zderzył się z moim. Oczywiście nie kopnąłem „starej” tylko zmieniłem tor jej kopnięcia tak, że nie trafiła. Potem zagrodziłem jej dostęp do celu swoją osobą i oznajmiłem, że problem rozwiązany bo psy w tym momencie znikną z klatki. Chodziło o to, że zabieram je do siebie i że od tego momentu są moje. Jak powiedziałem tak zrobiłem, po dosłownie kilkunastu sekundach psy były już u mnie w domu. Na klatce jeszcze trwała dyskusja, młoda Chinka się schowała, psy biegają już u mnie po domu, ja gadam ze „starą” i teściową kumpla kiedy to z dołu nadchodzi oczekiwany przeze mnie sąsiad z czwartego piętra, lekarz Wang. Idzie i niesie puste akwarium. Daje mi i mówi, że obie ryby zdechły. Myślę sobie: nic nie poradzę, u mnie żyły prawie rok a u niego po paru dniach zdechły. Stara u niego nie bywa ale on ma młodego syna rozrabiakę więc to by tłumaczyło te dwa nagłe zgony bo chyba nie zdechły z tęsknoty za mną. Zaprosiłem mojego gościa do środka a ten zobaczywszy dwa szczeniaki pyta mnie: – a to co? Więc odpowiedziałem mu, żeby się tymi dwoma rybami nie martwił bo to właśnie one po reinkarnacji. Do dziś myślę sobie, że coś w tym jest ale zostawmy to teraz. Wang odebrał swoje fanty i poszedł a ja zostałem z moimi dwoma nowymi towarzyszami, które trzeba powiedzieć stanowiły dla mnie problem.

fot. Adam Machaj

Moje życie przypomina nieco życie koczownika, często wyjeżdżam na kilka dni czy tygodni. W domu też dużo nie przebywam. Ponadto w Chinach nie wolno przewozić psów autobusami, pociągami a o samolotach i podróżach zagranicznych już nie wspomnę. Jednym słowem nie ma mowy abym mógł sobie pozwolić na komfort posiadania psa a na tamten czas miałem je w domu dwa. Psy zostały ocalone ale co dalej? Pomyślałem, że wpierw muszę je nakarmić a potem będę myślał jak rozwiązać mój nowy problem. Przygotowałem im legowisko, dałem miskę z wodą ale w domu żadnego jedzenia nie miałem. Generalnie jadam tylko na zewnątrz więc w domu lodówka była od pół roku wyłączona i pusta, suchego prowiantu też nie miałem. Pomyślałem, że trzeba wyjść coś kupić. Jako, że nie chciałem aby te psy się do mnie przyzwyczaiły ani ja do nich więc postanowiłem pójść do restauracji, tam kupić jedzenie i posiedzieć, przemyśleć sprawę, podzwonić po ludziach z pytaniem czy nie chcą psa itd. Byle nie siedzieć w domu z psami. Na marginesie powiem, że przez ten bardzo krótki okres przez który były one u mnie nie bawiłem się z nimi ani nie pozwalałem podchodzić do mnie czy wchodzić do mojego pokoju. Chodziło mi, jak już wyżej wspomniałem aby nie wywiązała się żadna więź gdyż od początku wiedziałem, że nie ma szans aby psy u mnie zostały na stałe. Tak więc poszedłem do restauracji i jak nigdy zamówiłem jedzenie zaznaczając aby nie było ostre. Kucharz znając moje preferencje zdziwił się więc mu wyjaśniłem, że resztki zabieram dla moich nowych „kolegów” a „koledzy” raczej ostrego nie lubią. Kucharz na to, że nie ma problemu bo dla mnie będzie ostre a on da mi resztek jakich chcę i ile chcę bo jak wiadomo w restauracji nie ma z tym problemu. Podziękowałem i usiadłem.

Zacząłem dzwonić po ludziach ale niestety nikt nie chciał przyjąć psów czy nawet jednego psa. Wtedy szef restauracji powiedział żebym wywiesił ogłoszenie na słupie pod szkołą to może jakieś dzieci przekonają rodziców aby przygarnąć psa. Ja wtedy pomyślałem, że przecież znam Rosjanina, który uczy w tej szkole angielskiego. Zadzwoniłem do niego i nie mówiąc o co mi chodzi poprosiłem żeby przyjechał bo mam bardzo ważną sprawę. Ten się zgodził bo wiedział, że już samo spotkanie ze mną nie będzie nudne – nasze spotkania to temat na inny wpis. Za jakieś niecałe pół godziny Jurij (Jurek, Jerry) był na miejscu. Aby rozmowa przebiegła jak trzeba nie mogła odbyć się na sucho więc zamówiłem to co powinienem i wyjaśniłem mu problem. Potem poprosiłem aby popytał uczniów w szkole czy nie chcą psa. Jurek się zgodził ale nie wiedział jak to technicznie rozegrać więc zaproponowałem, że przedyskutujemy to u mnie w domu bo trzeba wracać nakarmić psy i w ogóle dobrze by było aby je zobaczył. Pora była już dość późna więc bałem się, że Jurek będzie chciał wracać do siebie do domu więc powiedziałem mu jeszcze,  że mam w domu butelkę stolicznej, którą kupiłem na bazarze w dzielnicy portowej od Rosyjskich marynarzy. Prawdę mówiąc kupiłem ją od Chińczyka ale to nie ważne. Przyszliśmy do mnie do domu nakarmiliśmy psy i ustaliliśmy, że na drugi dzień on przygotuje lekcję, której tematem będzie: „Twoje domowe zwierzątko” z naciskiem na psy. Rybki, koty itd. miały zostać ukazane w złym świetle. Na koniec każdej lekcji miał proponować psa i w ramach zadania domowego chętni mieli porozmawiać z rodzicami na ten temat. Miał też prosić dzieci aby zanotowały sobie mój numer telefonu.

Akcja przyniosła nieoczekiwane efekty. Następnego dnia zaraz po południu  mój telefon nie przestawał dzwonić. Natychmiast po pierwszym telefonie przyszły dzieci z rodzicami i zabrały pieski. Telefon nie przestawał dzwonić przez kolejne dwa dni. Dziś nasi bohaterowie mają już ponad rok i mam nadzieję, że dobrze się im żyje w ich nowych domach a może nawet miały już okazję spotkać „starą” i odwdzięczyć się jej ugryzieniem w ….

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Adam Machaj, Raport z Państwa Środka: Jak ocaliłem dwa chińskie psy oraz żywy dowód na reinkarnację Reviewed by on 14 stycznia 2013 .

Jak ocaliłem dwa chińskie psy oraz żywy dowód na reinkarnację fot. Adam Machaj / Ocaleni Cała historia zaczęła się jakieś półtorej roku temu kiedy zamieszkał ze mną Chińczyk Li. Osoba dość mało rzutka ale miał mi w czymś tam pomagać. Pewnego dnia Li przyszedł do domu z małym plastikowym akwarium i rybką. Drugiego dnia dokupił

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar