Na podbój Azji,Relacje z podróży

Adam Machaj: Moja chińska odyseja

Adam Machaj vel Bolanren Dagougou, lat 32, Szczecinianin. Od czterech lat związany z Chinami. W latach 2009 – 2010 student języka chińskiego na Hunan University w mieście Changsha. Jest autorem bloga RAPORT Z PAŃSTWA ŚRODKA poświęconego biznesowi, kulturze, polityce, turystyce i życiu codziennemu w Chinach.

Adam Machaj_1

Pewnego dnia t.j. jesienią 2006. roku kolega demonstrował mi działanie Skype’a łącząc się z przypadkowymi osobami z całego świata, używając przy tym mikrofonu i kamery internetowej. Po powrocie do domu zainstalowałem Skype na swoim komputerze i zacząłem sam próbować. Udało mi się połączyć z kilkoma osobami i zafascynowała mnie możliwość oglądania żywego obrazu z różnych stron świata w czasie rzeczywistym. Poprosiłem jakiegoś rozmówcę (już nie pamiętam z jakiego kraju, ale było to chyba gdzieś w Ameryce Południowej), żeby wystawił kamerę za okno, zrobił lub zrobiła to, a ja zobaczyłem „inny świat” na żywo i nie obrobiony przez żadnego montażystę czy dziennikarza. Uczucie jakie mi przy tym towarzyszyło było naprawdę ekscytujące. Bariera odległości została złamana, a ja czułem się, jakbym podróżował po całym świecie „bez wiz i dewiz”. Rozmawiałem z ludźmi z różnych rejonów świata starając się wyszukiwać osoby z krajów, o których u nas mówi się, że są to kraje egzotyczne (nigdy nie „zaczepiałem” ludzi z Europy i Ameryki Północnej). Po kilku dniach pomyślałem, że skoro są takie możliwości, to jadę w wirtualną podróż do Chin. I tak zrobiłem. Poznałem kilka osób z Chin, z których z jedną kontakt utrzymuję po dziś dzień. Była to Chinka z jednego z miast w prowincji Guangdong (co wtedy nic mi jeszcze nie mówiło).

W miarę tzw. „czatowania” poznawałem chińskie życie, życie przeciętnej Chinki. Znałem jej plan dnia, rodziców, rozkład mieszkania i inne mało znaczące sprawy, ale dające mi realny obraz życia w Chinach. Oczywiście równolegle zainteresowałem się Chinami: gdzie jest Guangdong, czemu rodzice mieszkają z Nią mimo, że mają własne mieszkanie, co i kiedy się tam je i pije, na co ich stać i ile zarabiają itd. Oglądałem filmiki na Youtube, czytałem artykuły w gazetach, nagle wszystko co związane z Chinami zaczęło mnie interesować. Po jakichś dwóch miesiącach rozmowa przez Skype jakby się wypaliła, a że apetyt rośnie w miarę jedzenia pomyślałem, że muszę się tam wybrać i zobaczyć Chiny na własne oczy. O pomyśle opowiedziałem znajomym z czego dwóch stwierdziło, że też chce polecieć ze mną. Po sprawdzeniu cen biletów okazało się, że wycieczka nie będzie zbyt tania, ale zrekompensowaliśmy sobie to krótkim bo tylko dwutygodniowym pobytem i jeszcze wtedy dość tanim zakwaterowaniem w Chinach oraz też jeszcze wtedy dobrym kursem złotówki t.j. 1 zł wymieniliśmy na 3,3 RMB (dziś za 1 zł dostaniemy 2,2 rmb co oznacza zwiększenie kosztów o 1/3, a do tego ceny w Chinach też poszły w górę). Plusem było to, że mieliśmy osobę na miejscu czyli nie przepłacaliśmy za taxi, hotel, jedzenie itd. Moja znajoma Chinka o imieniu Ling Yu przygotowała wszystko. Tak więc 22 stycznia 2007 roku ja i moich dwóch towarzyszy wylądowaliśmy na lotnisku w Kantonie skąd udaliśmy sie już w asyście Ling Yu do jej miasta Huizhou. Podróż autokarem trwała jakieś dwie godziny; potem nastąpił szok. Wysiedliśmy i pierwsze co zobaczyliśmy to ruch uliczny, który rządzi się całkiem innymi regułami niż w Europie, potem pierwsze zakupy, wszystko było dla nas tanie, wokół nas atmosfera, której nie da się opisać (kto był to wie, kto nie był nie zrozumie).

daliśmy się do hotelu, gdzie mieliśmy zarezerwowany pokój 3-osobowy za 70 zł za dobę wiec po jakieś 23 zł na osobę – standard hotelu odpowiadał 4 gwiazdkowemu w Polsce. W czasie tego mojego pierwszego pobytu zdążyłem być w Huizhou, Guangzhou i w Hongkongu. Niskie ceny, miasta, które nigdy nie zasypiają, zainteresowanie naszymi osobami, jakie wzbudzaliśmy jako Europejczycy (szczególnie w Huizhou) sprawiło, że czuliśmy się naprawdę wyjątkowo. Do tego całkiem odmienna kultura, na każdym kroku coś nowego. Nie nudziliśmy się ani przez minutę.

Jednym z wydarzeń w czasie pierwszego pobytu w Chinach była wycieczka do Long Men Wen Quan czyli Aquaparku zasilanego wodą z naturalnych gorących źródeł (45 zł na osobę, włączając transport). Nasz 9-cio osobowy bus odjeżdżał o godz. 8.00 z centrum Huizhou. Spotkaliśmy się wszyscy razem na przystanku, wszyscy razem to znaczy nasza trójka oraz Ling Yu i jej rodzina. Do przebycia mieliśmy jakieś 90 km z przerwą na obiad (wliczony w cenę wyjazdu). Gdy dotarliśmy na miejsce była godzina 11.00. Piękna okolica oraz brama do Aquaparku zrobiła na nas dobre wrażenie, ale to co zobaczyliśmy po wejściu przeszło nasze wszelkie oczekiwania. Piękne baseny ze sztucznymi falami, masażami, fontanny wodne w różnych formach w tym jedna z nich w kształcie wielkiego smoka, z którego paszczy wytryskiwała woda pod ciśnieniem. Trochę dalej groty skalne, w których znajdowały się małe wodne groble z gorącą wodą. Woda w każdej grobli została nasycona różnymi ekstraktami. Z tego co pamiętam była grobla imbirowa, różana, brzoskwiniowa, herbaciana, jaśminowa itd. Każdy rodzaj nasycenia wspomagał inne organy ludzkiego ciała i generalnie działał dobroczynnie na organizm. Na brzegu basenu odbywały się występy artystyczne na żywo, a obsługa podawała wychodzącym ręczniki, które po użyciu wrzucało się do specjalnie przeznaczonych do tego celu  koszy. W najmniejszych groblach gotowały się w siatkach jajka na twardo. Na terenie Aquaparku znajdował się również hotel oraz restauracje. Ręczniki oraz klapki były na wyposażeniu parku. W jednym z małych basenów pływały ogromne ławice malutkich rybek, które objadały kąpiących się ze zrogowaciałego naskórka. Uczucie jakie temu towarzyszyło przypominało delikatne ukłucia. Pod wieczór, zregenerowani oraz bogatsi o nowe wrażenia, wróciliśmy do Huizhou. Link do strony ze zdjęciami z tego Aquaparku.

Jedyną rzeczą, która na początku mi nie odpowiadała było chińskie jedzenie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak różnorodna jest chińska kuchnia i jaki rodzaj dań reprezentuje kuchnia kantońska. A mianowicie kuchnia kantońska jest ogólnie mówiąc dość słodka, a słodkich potraw ja nie za bardzo lubię. Dodatkowo jadłem to, co mi zaproponowano i to, co akurat lubiła moja chińska przyjaciółka, a ona właśnie lubi wszystko na słodko, łącznie z mięsem. Dziś znam całą gamę chińskich potraw, które bardzo lubię i które reprezentują całkiem inny rodzaj jedzenia niż ten, na który trafiłem w czasie mojej pierwszej wizyty w Chinach.

Po powrocie do Polski byłem już pewien, że chcę się związać z Chinami na całe życie. W miarę upływu czasu zacząłem czytać coraz więcej o Chinach, poznałem kliku Chińczyków w Polsce, dwóch z nich zamieszkało nawet u mnie na czas pobytu w Polsce. Czytałem blogi i strony internetowe. Następnie moja znajoma Chinka odwiedziła mnie w Polsce. Moja pasja z dnia na dzień pogłębiała się. Naturalnym stało się, że kupiłem korespondencyjny kurs nauki języka chińskiego a następnie znalazłem nauczyciela w postaci Chińczyka ze szczecińskiego Chinatown, do dziś jesteśmy przyjaciółmi. W międzyczasie zdarzyła się rzecz, która mam nadzieję, odmieniła moje życie na zawsze. Na pewnym portalu społecznościowym, stawiając pierwsze kroki w języku chińskim, poznałem moją obecną narzeczoną, Yuan. Było to wiosną 2008 roku, w wakacje tego samego roku pojechałem wraz z moim znajomym Chińczykiem na wycieczkę do Chin i odwiedziłem po raz pierwszy moją obecną narzeczoną. Tak się złożyło, że Ona od września 2008 rozpoczęła studia we Francji więc dość często mogła przyjeżdżać do Polski (kiedy teraz piszę te słowa Ona jest właśnie w drodze z lotniska w Berlinie do Szczecina). Ja w międzyczasie poznawałem coraz więcej osób, które w różny sposób związane są z Chinami, w tym takich zapaleńców jak ja, biznesmenów, naukowców, podróżników, Chińczyków mieszkających w Polsce itp. Pogłębiałem również swoją wiedzę na temat Dalekiego Wschodu. W połowie roku 2009 przy wsparciu bliskich i własnym samozaparciu byłem gotowy i zdeterminowany na wyjazd do Chin celem nauki języka chińskiego na Uniwersytecie Hunan w mieście Changsha (rodzinne miasto Yuan).

W wyniku złożonych okoliczności na początku roku 2009. postanowiłem wyjechać do Chin na dłużej. Pojawił się oczywiście problem, w jakim charakterze tam będę. Po przeanalizowaniu wszelkich możliwości wybór padł na naukę języka chińskiego na Uniwersytecie Hunan w mieście Changsha. Roczny intensywny kurs po kilka godzin dziennie. W programie były lekcje z pisania, mówienia, czytania oraz inne. Jak to zwykle w życiu bywa największym problemem okazały się koszta (opłata za studia, przelot, utrzymanie i mieszkanie). Opłata za rok nauki wynosiła 7 tysięcy złotych, mieszkanie udało mi się wynająć dosyć tanio i duże, więc podnajmując pokoje mogłem zminimalizować koszt zakwaterowania do jakichś 300 zł miesięcznie. Koszt wydatków na potrzeby codzienne w Chinach jest stosunkowo nieduży i zależy od naszych potrzeb i możliwości. Przyzwoite minimum to jakieś 700 zł miesięcznie (jedzenie, transport, telefon itd.). Znam przypadki osób, które połowę swojego stypendium, które stanowiło równowartość 700 zł, wysyłały do rodziny za granicę. Pisząc „stypendium” mam na myśli tą część stypendium, która była wypłacana w gotówce w celu pokrycia wydatków na jedzenie, środki czystości i inne wydatki związane z życiem codziennym. Zaznaczę tu, że ja żadnego stypendium nie miałem.

Adam Machaj_2

Zaraz po przylocie, to jest na początku września 2009, udałem się do agencji wynajmu nieruchomości, gdzie czekały na mnie klucze od wynajętego mieszkania. Tak się złożyło, że miesiąc wcześniej byłem w Chinach z innych powodów i wynająłem mieszkanie po to, aby mieć już ten problem z głowy. Następnego dnia rozpoczęły się zajęcia na uniwersytecie. Oczywiście językiem wykładowym był angielski, jednak jego znajomość wśród studentów jak i nauczycieli była różna, ale nie stanowiło to generalnie żadnego problemu. Pierwszym, co udało mi się zauważyć było to, że wśród studentów mało jest osób z Europy, większość stanowili Afrykanie oraz Azjaci. Nas, Europejczyków reprezentowała: Chorwacja, Francja, Rosja i Polska. Z Ameryki Północnej nie było nikogo. Jako, że wcześniej miałem okazję liznąć nieco języka chińskiego okazało się, że na starcie, piszę to nie chcąc być fałszywie skromnym, reprezentowałem najwyższy poziom w grupie. Jednak nic w tym nadzwyczajnego, skoro program szedł od zera, a ja miałem już doświadczenie. Z biegiem czasu różnica ta zacierała się, a ja byłem zmuszony do nauki jak wszyscy inni.

Równolegle do studiów, prowadziliśmy wraz z innymi studentami życie towarzyskie oraz poznawaliśmy Chiny w każdym z ich aspektów. Interesowało nas dosłownie wszystko, bo w Chinach wszystko jest inne i nie chodzi mi jedynie o tzw. „sprawy większej wagi”, ale sama wizyta w sklepie sieci Carrefour mogła przynieść sporo wrażeń. Niech jako przykład posłuży zdarzenie, jakiego byłem świadkiem. Będąc w w/w hipermarkecie miałem okazję zaobserwować jak pewien mężczyzna znudzony zakupami żony, zapalił sobie papierosa krocząc pomiędzy regałami sklepu, co nie spotkało się z żadną reakcją personelu ani klientów. Widok takiego jegomościa przypomina nam od razu, że jesteśmy w innym świecie. Nie będę rozpatrywał tu żadnych politycznych kwestii, ponieważ nie miałem z tym dosłownie żadnego kontaktu, ale inne zasady życia w Chinach sprawiają, że po prostu czujemy się wolni. Wolni od reguł, którymi musimy się kierować będąc w Europie, i których w Europie jest już chyba za dużo. Moim szczęściem w nieszczęściu było to, że nie korzystając z żadnego stypendium (miało je ok. 90% studentów) wynająłem mieszkanie w mieście i nie mieszkałem wraz z innymi obcokrajowcami na terenie uniwersytetu. Dzięki temu na co dzień miałem kontakt z żywym językiem. Bardzo szybko zaprzyjaźniłem się z miejscowymi. Jednym z pierwszych moich znajomych był gruby Chińczyk w wieku ok. 40 lat, o imieniu Like. Like prowadził mały sklepik na rogu przez co znała go cała okolica. Dzięki temu czułem się bezpiecznie i miałem pod ręką osobę, która zawsze chętna była do wszelkiej pomocy.

Kolejnymi osobami, które poznałem w sąsiedztwie był personel rodzinnego baru, który mieścił się na parterze mojej klatki schodowej. Po trzech miesiącach znałem już prawie wszystkich, a mnie, jako charakterystyczną osobę znał już każdy. „Wszystko” mogłem załatwić nie wychodząc nawet z domu, wystarczyło krzyknąć przez okno. Tak też zamawiałem jedzenie czy mototaxi. Z biegiem czasu zauważyłem, że studenci z Azji (nie Chińczycy) nie robią nic poza studiowaniem. Ich życie przypominało trójkąt: zajęcia na uczelni, stołówka, akademik. Przyczyny takiego zachowania były dla mnie jasne i podzielić je można na dwie zasadnicze grupy t.j.: kulturowe-całkowite poświęcenie się dla osiągnięcia celu i drugi powód bardzo prosty dla np. Wietnamczyka Chiny nie stanowią żadnej egzotyki, to tak jakby Polak pojechał na studia do Niemiec, mniej więcej to samo. Mimo tych powodów nie mogę nadziwić się studentce z Burundi, która po dziesięciu miesiącach pobytu w Chinach zaproszona przez moją bliską koleżankę do chińskiej restauracji wyznała jej, że to był jej pierwszy raz, kiedy skosztowała chińskiego jedzenia. Zawsze gotowała w akademiku swoje afrykańskie potrawy. I tu wcale nie chodziło o koszta tylko… sam nie wiem, o co chodziło.

Z biegiem czasu wykształciła się pewna grupa znajomych, z którymi utrzymywałem bliższe kontakty. Większość z nich stanowili Słowianie. Moje mieszkanie stało się naturalnym centrum spotkań, a nasza grupa trzymała się razem organizując wspólne wycieczki i wieczorne eskapady. Prawie każdy też dorabiał poprzez różnego rodzaju aktywności. Sposobów było wiele, od drobnego handlu po dawanie korepetycji z języka angielskiego. Myślę, że handel to najbardziej dochodowa forma dorabiania, ale i najtrudniejsza. Wymaga znalezienia odbiorcy, zainwestowania pieniędzy, znalezienia towaru w dobrej cenie, a potem wysyłka do Europy, czyli cała logistyka, ale jest to do przejścia. Część osób zarabiała świadcząc usługi białych statystów, czyli spędzając czas na bankietach lub w nowo otwartych dyskotekach, praca przyjemna, ale trzeba mieć jakieś tam znajomości, żeby się zahaczyć, potem już sami dzwonią. Oczywiście znając język chiński możliwości jest o wiele więcej. Ja otarłem się o każdą z w/w prac i wspominam to bardzo dobrze. Jedno jest pewne, ciężka fizyczna praca w Chinach nam nie grozi. Zarobki również są dosyć dobre, za godzinę nauki angielskiego płacono od 50 do 150 RMB czyli stawki europejskie, a przecież koszty życia mieliśmy chińskie.

Na uniwersytecie byliśmy traktowani bardzo dobrze. Obcokrajowcy mieszkający w akademikach mieli swoje własne jednoosobowe pokoje wyposażone w lodówki oraz TV. W czasie świąt (chrześcijańskich) mieliśmy wolne, a w Nowy Rok zorganizowano dla nas kolację w restauracji. Istniał również samorząd studencki, który opanowany był przez studentów długoterminowych i sam nie wiem jak wybierany. Uniwersytet zapewniał nam bezpłatny dostęp do biblioteki, obiektów sportowych oraz do bardzo tanich stołówek. Zajęcia nie były obowiązkowe, dlatego też kiedy tylko była potrzeba można było po prostu nie przyjść. Egzaminy odbywały się co pół roku. Nie było większego problemu ze zdaniem, ale jak to i w Polsce bywa, na jakieś dwa tygodnie przed sesją trzeba się zamknąć w swoich czterech ścianach i przysiąść do nauki.

Kolejnym ciekawym doświadczeniem było poznanie wielu osób, z pochodzenia nie Chińczyków, ale również egzotycznych w stosunku do nas, Europejczyków. Arabowie z różnych krajów, Japończycy, Koreańczycy, Khmerowie, Argentyńczycy, Australijczycy, Laotańczycy, Afrykańczycy i wielu, wielu innych.

Studiować język chiński, czy historię Chin, można również w Polsce, ale studiować Chiny, dotykać tych wszystkich małych i wielkich spraw, które dzieją się na co dzień można jedynie będąc tam na miejscu. To jest ta główna przewaga zdobywania wiedzy w Chinach nad studiami w Polsce.

Poznawanie Chin to nie tylko chwile przyjemne, ale jak to w życiu bywa, to również problemy, które czasem napotykamy. Plusem jest jednak to, że jest ich względnie mało, a jak już są, to inaczej je odbieramy. Powodem problemów może być codzienna komunikacja z Chińczykami, których mentalność bardzo odbiega od naszej. Oni rzadko mówią „nie”, zwłaszcza rozmawiając z obcokrajowcami; no bo przecież gościom się nie odmawia. Stwarza to czasem bardzo denerwujące sytuacje.

Kiedyś planując wyjazd w góry jedna ze znajomych Chinek (nasza współpodróżniczka) zobowiązała się zarezerwować hotel. Dla jasności dodam, że pochodziła z tego miasta, do którego jechaliśmy i powinna była tę sprawę załatwić w piętnaście minut. Do samego przyjazdu twierdziła, że hotel załatwiła. W jej rozumienia „załatwić hotel” znaczyło tyle co wiedzieć gdzie jest hotel. Jednak to nie wystarczyło, ponieważ wszystkie miejsca były już zarezerwowane. Następnie próbując wyjść z twarzą z sytuacji (a wyjść z twarzą dla Chińczyka to bardzo ważne) zrobiła z rezerwacji hotelu tak wielki problem, że dosłownie „zleciła” to jakiemuś specjaliście agentowi turystycznemu. Niestety agenta nie było na miejscu, ani nie odbierał telefonu, więc zostawiła mu nagraną wiadomość. A czas leciał, my z bagażami i bez perspektyw na nocleg chodziliśmy po mieście z naszą koleżanką – „przewodniczką” szukając restauracji, która tak naprawdę nie była wybrana. Ona po tym całym zamieszaniu z hotelem prowadziła nas głodnych po mieście bojąc się zdecydować na daną restaurację, aby znowu z czymś nie podpaść, ale sprawiała wrażenie, że wie gdzie mamy iść. Wreszcie po jakiejś godzinie Europejczycy się zbuntowali. Załatwiliśmy hotel z marszu i poszliśmy na obiad – trwało to niecałe pół godziny (obie czynności). Nasza Chinka się rozpłakała.

Innym razem będąc w sklepie zapytałem się, czy mają mój rozmiar wskazanego przeze mnie swetra. Ekspedientka poszła na zaplecze, ale tegoż swetra w moim rozmiarze nie znalazła. Powiedziała, żebym jednak poczekał, bo jakieś 5 minut drogi stąd jest ich drugi sklep i tam na pewno mają. Poszła, a ja czekałem jakieś 15 minut nim wróciła. Wszystko byłoby OK, chciałem kupić ten sweter, więc to, że czekam nie przeszkadzało mi, zresztą sam się na to zgodziłem. Problem jednak w tym, że ta tak pomocna mi pani ekspedientka wróciła bez swetra, ale za to z kurtką w moim rozmiarze. Podając mi, żebym sobie przymierzył dodała: – ten rozmiar będzie na Ciebie pasował. Nic więcej nie powiedziała. Ja ich jakoś rozumiem. Tacy po prostu czasem są. Choć w tym danym momencie nie było mi do śmiechu, to dziś nawet miło wspominam tego typu zdarzenia, a było ich trochę.

Jeszcze innym razem miałem ochotę, aby zjeść coś bardziej naszego. Przypomniało mi się, że jakiś kilometr ode mnie jest mały fast-food, na którym zawsze widziałem duży napis HOT DOG. Ubrałem się i poszedłem na hotdoga. Zapłaciłem i dostałem ichnią parówkę nadzianą na wykałaczkę. Historia zabawna, ale czasem człowiek zmęczony, bez humoru, wolałby po prostu dostać, to co chce. Potem nawet znalazłem w hipermarkecie takie parówki, na których na opakowaniu pisało HOT DOG. Te same, co mi sprzedali w w/w fast-foodzie. W drugą stronę, gdy patrzę na a la chińskie potrawy w Polsce w stylu „Wołowina w pięciu smakach” czy „Kurczak po syczuańsku” to też myślę, że nie jednego Chińczyka mogą przyprawić o spory ból głowy.

Czyli jak widać nieporozumienia, niedomówienia czy przeinaczenia to codzienność, na którą trzeba być odpornym i znosić je z szacunkiem, który winien okazać gość względem gospodarza. Jedno jest pewne, wszelkie nieporozumienia wynikają z różnic kulturowych, a nie są powodowane przez złośliwość.

Jak już poprzednio pisałem Chiny są zupełnie inne niż Europa i chyba właśnie ta różnica tak mnie pociąga. To, co można sobie u nas tylko wyobrazić, tam staje się faktem. My, jako przybysze z dalekiej Europy, również wzbudzamy ich zainteresowanie, co jeszcze potęguje uczucie wyjątkowości.

Aby post zachował chronologię muszę napisać, że na przełomie czerwca/lipca 2010 roku, po zdaniu wszystkich egzaminów wróciłem do Polski. Certyfikat ukończenia rocznego kursu otrzymałem już drogą pocztową, postarałem się również pozbierać rekomendacje z miejsc, w których pracowałem. Zawsze mogą się przydać. Staram się również podtrzymywać kontakty z ludźmi, których udało mi się poznać będąc w Changsha.

Mimo, że obecnie przebywam w Polsce, to moja chińska odyseja trwa nadal, a wszystkie drogi prowadzą do Chin. Kolejny wyjazd do Państwa Środka już niebawem. To, co poznałem w ciągu ostatnich czterech lat jest bezcenne. Praktyczna wiedza, kontakty, niezapomniane chwile oraz realna wizja kolejnych kroków stanowią wielki kapitał.

Post gościnny rubryki „Na podbój Azji”

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Adam Machaj: Moja chińska odyseja Reviewed by on 25 stycznia 2011 .

Adam Machaj vel Bolanren Dagougou, lat 32, Szczecinianin. Od czterech lat związany z Chinami. W latach 2009 – 2010 student języka chińskiego na Hunan University w mieście Changsha. Jest autorem bloga RAPORT Z PAŃSTWA ŚRODKA poświęconego biznesowi, kulturze, polityce, turystyce i życiu codziennemu w Chinach. Pewnego dnia t.j. jesienią 2006. roku kolega demonstrował mi działanie

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

komentarzy 19

  • Wszystkim sinofilom, a szczegolnie Zyggiemu, który z pasją adwokata diabla broni Azji, przytaczam kilka konkretow. Zródlo: turystyka.wp.pl.
    200 milionów ludzi w Chinach żyje za mniej niż 1 dolara dziennie. Bieda w 1981 roku obejmowała aż 64% ludności, w 2009 r. liczba ta zmalała do 20%, ale dalej stanowi ogromny problem. Ponad 700 milionów Chińczyków pije zanieczyszczoną wodę. W Chinach żyje 20% światowej ludności, ale kraj posiada jedynie 7% światowych zasobów wody. Na domiar złego 90% wód gruntowych oraz 75% rzek i jezior jest zanieczyszczonych.Chiny to największy producent podróbek, które docierają do Europy. Dostarczają aż 54 % nieoryginalnych artykułów, z czego większość to CD/DVD, następnie papierosy oraz ubrania i dodatki.

  • to jest taka rozmowa jak kto jest wiekszym mistrzem – mistrz karate, czy mistrz boksu. te argumenty sie nie wykluczaja.

    1. nie przekonuje mnie czysta krytyka UE, nazywanie jej eurokolchozem czy eurosojuzem. watpie czy osoby tak twierdzace prowadzily firme w tym systemie, czesto to teoretycy, ludzie na etatach. mialem doswiadczenia zwiazane z tym w polsce i w niemczech i tam biurokracja jest ulamkiem tego co w polsce.
    nie pasuje – wystarczy wyjechac.
    2. fajnie sie wychwala chiny siedzac w polsce.

    w obu przypadkach znaczna czesc krytykantow to teoretycy.
    ja wlasne oszczednosci inwestowalem i w polsce i w niemczech i nie jest z europa tak zle, jak sie chce, mozna sie dorobic. widze to po wlasnej rodzinie. zamiast narzekania, trzeba jednak pracowac.

    nie mam dzieci, wiec nie bede sie wymadrzal, jednak obecnie wychowuje sie je na tajwanie juz nie tak ostro, jak kiedys. prawda przypuszczam lezy posrodku obu modeli wychowania.

    • Przecież że UE to eurokołchoz – RWPG bis, to centrala w Brukseli decyduje że jeden kraj ma np. prawo dotować tę czy inną gałąź gospodarki, a inny tego prawa nie ma.
      Jacy teoretycy? Biznesmeni, którzy transferują kapitały poza UE to akurat praktycy, którzy nie chcą, by eurosojuz skubał ich jak gęś, trwoniąc środki na poszerzanie biurokracji, wspieranie lobby gejów, feministek czy imigrantów, z których znaczną część to zawodowi… bezrobotni etc. Akurat tak się składa, że wiem, co znaczy prowadzenie własnej działalności gospodarczej. Sporo potu, nerwów i nieprzespanych nocy mnie to kosztowało. Zgadzam się, że biurokracja w Niemczech czy np. UK jest dużo mniejsza niż u nas. Ale w Europie bym zbyt wiele nie zainwestował, jak już to raczej z dala od niej, najchętniej np. w HK albo w Panamie. :-D Zwłaszcza, że eurosojuz, pardon Unia Europejska szantażem (bo trudno nazwać to inaczej) ostatnio zmuszała Szwajcarię, by tamtejsze banki stały się mniej konkurencyjne dla banków mających siedzibę w UE. Całe szczęście, że różne Panamy, Hongkongi czy Bahamy są daleko od nienasyconych eurobiurokratów.
      Co do dzieci, nie mam ich również. Jednak jestem szczęśliwy, że wychowywali mnie moi rodzice (czasem nie stroniąc od klapsa czy słownej reprymendy), a nie jacyś „opiekunowie” z przydziału, jak to bywa w Szwecji…

    • Jesli chodzi o teoretyzowanie to zapraszam do Singapuru do zerejestrowania firmy i prowadzenia dzialalnosci. Mozna sie sporo nauczyc.:)
      To tyle takze w kwestii siedzenia w Polsce i wychwalania Chin. Co do jednego sie zgadzamy, trzeba pracowac.:) Na tym koncze, bo nie lubie sie wdawac w personalne polemiki.

      • Avatar rysiek

        to akurat nie bylo do Ciebie, nie znam Cie, wiec nie moge Cie krytykowac. pozdrawiam wiec po sasiedzku …

      • Avatar PZ

        Zatem przepraszam.. Jak chodzi o krytyke to krytyka pogladow jest jak najbardziej wskazana, gdyz pozwala wzmocnic slabe punkty tychze pogladow. Ja rowniez pozdrawiam

      • Avatar PZ

        Zatem przepraszam. Krytyka opinii jest wskazana bo pozwala na wylapanie slabych punktow. Rowniez pozdrawiam

  • Cześć Adam! Uwielbiam czytać tekstu o osobistych doświadczeniach w otoczeniu innych kultur. Zawsze marzyłem o Chinach ale jak sam wiesz los skierował mnie do Japonii. Krajem Kwitnącej Wiśni interesowałem się najmniej ze wszystkich krajów Azji Wschodniej, aż do momentu gdy poznałem swoją żonę :-) Jednak mam nadzieję, iż pewnego dnia wyruszę na „podbój Chin”. Sporo teraz czytam na temat Państwa Środka i ściągnąłem nawet kurs językowy. Generalnie chłonę wszystko co dotyczy Dalekiego Wschodu. Być może wkrótce napiszę własną „odyseję” ale dotyczącą Japonii :-) Pozdrawiam!

    PS. Mam problemy z dodawaniem komentarzy do innych postów, nie wchodzą! Moje komentarze nie są chamskie ani wulgarne, ale nie chcą się wyświetlać. Czy też od czasu do czasu macie z tym problem? Pamiętam, że kiedyś nie było problemów z dodawaniem komentarzy.

  • „Im czesciej jestem w Azji tym bardziej podziwiam fakt jak potrafili sie oprzec kulturowej i ekonomicznej “inwazji” Zachodu akceptujac na swoj grunt to co ich wzbogacilo, a wywalajac na smieci idiotyzmy politycznej poprawnosci i tym podobne.”
    RZ: w takim razie spojrz ilu azjatow wystepuje w reklamach w zachodnich mediach, a ilu bialych w azji, ile bialych kobiet wychodzi za maz za azjatow, ile azjatek spotyka sie i wychodzi za bialych itd a da Ci to poglad jak sie sprawy maja i kot kogo podziwia.
    w sferze politycznej to wlasnie zachodni podzial wladzy jest w chinach uznawany przez mlodziez jako antidotum przeciw korupcji w chinach
    przyklady moznaby mnozyc

    „To szczegolnie widac w Chinach (ciekawe czy tam ktos slyszal o bezstresowym wychowaniu), ale tez Korei i Japonii Swietny przyklad to artykul “Superiority of Chinese mother” w wallstreet journal”
    RZ: przeczytaj ksiazke i dowiesz sie, ze ona zaluje swojego modelu i placze, poniewaz dzieci odrzucily jej model wychowaczy i ja sama. przyznaje sie do porazki.
    pozostaje jeszcze pytanie na ile owe wychowywane tak azjatyckie dzieci sa szczesliwe, jak sobie radza w zyciu prywatnym, poza zawodowym. tego nie widac przejezdzajac sie pokrotce po azji, niewazne ile razy bys ja zwiedzal.
    wiele lat temu zona Piotra Gillerta opublikowala bardzo ciekawy artykul ukazujacy rozpieszczonych i odrealnionych jedynakow bogatych Chinczykow.
    przyklady mozna by mnozyc

    • W azjatyckich reklamach są Biali (a bywa że i Czarni), bo taki tam kanon piękna. Czy Pana zdaniem to, że w japońskich reklamach roi się od ponętnych Rosjanek i przystojnych Rosjan jest dowodem, że Japończycy chcą u siebie rosyjskiego modelu społeczno-gospodarczego? :-D
      A co do przykładów – pewnie, że można je mnożyć. Np. eurokołchozowa młódź zachęcana do donoszenia na policję, że rodzic (pardon: opiekun) wymierzył im klapsa. Zadłużone po uszy kraje UE, na których niemieckie, francuskie czy brytyjskie banki zarabiają parę razy więcej z odsetek niż kraje te otrzymują eurokołchozowej pomocy. Rzężąca infrastruktura w takich krajach jak Polska, Rumunia, Bułgaria. Sitwa eurobiurokratów, przy których marazmie umysłowym bledną aparatczycy z byłego ZSRR… A zresztą, czy słyszał Pan, żeby chińscy lub japońscy decydenci debatowali nad krzywizną banana, aby dogodzić temu czy innemu lobby producentów lub importerów? :-D
      Osobny temat to USA, społeczeństwo podzielone na 3 niemal hermetyczne kasty: Białych, Czarnych i Latynosów. „Wspaniałe, wielokulturowe” społeczeństwo, którego „siłę” w kompromitujący sposób ujawnił huragan Katrina. USA wskutek swojej militarnej megalomanii oraz swoistego kultu konsumpcji grzęzną w długach bardziej niż schyłkowy ZSRR.
      W dodatku USA są totalnie skorumpowane. Kiedyś wykazał to nieżyjący prezydent Azerbejdżanu Heydar Alijew. W rozmowie z jednym z waszyngtońskich parlamentarzystów zapytał, dlaczego amerykańska polityka sprzyja Ormianom kosztem Azerów. Zapytany senator (lub kongresman – dokładnie nie pamiętam) odparł, że ma to związek z tym, iż w Stanach działa wiele organizacji ormiańskich, które hojnie finansują kampanię wyborczą demokratów i republikanów. Na to Alijew odparł: „A cóż to jest, jeśli nie korupcja?”

    • @ rysiek
      Jesli chodzi o pierwszy argument „kto kogo podziwia” to odniose sie do tego w sposob widzacy sprawy z drugiej strony „barykady”. Prosze popatrz kto w dzisiejszych czasach pielgrzymuje po pieniadze (pardon po zakup obligacji) i gdzie. Nawet Mrs. Clinton stwierdza, ze do konca ze swoim „bankierem” szczerym byc nie mozna, bo co jesli przestanie finansowac. Zatem jesli chodzi o podziw gospodarczy to wedlug mnie Chiny sa na topie, i to zarowno jesli chodzi o podziw wyrazany przez Europe jak i Ameryke (o samej Azji nie wspominam, bo chyba nie musze). Coraz glosniej ten podziw jest zaznaczany takze we wplywowych mediach np. FT, BBC, Wallstreet Journal, ktore podkreslaja dynamike podejmowania decyzji w Azji i przeciwstaiwaja temu niemoc i skostnialosc ze strony „Zachodu”. Rozumujac tokiem Twojego myslenia, ale znowu niejako z odmiennego punktu widzenia mozna zapytac ilu bialych mezczyzn fascynuje sie Azjatkami i sie z nimi zeni oraz dlaczego (czyli klasyczne aby dwoje chcialo na raz).:) Poza tym wyraznie zaznaczylem, ze owszem Azjaci wzieli pewne wzorce kulturowe z „Zachodu”, ale tylko te ktore uznali za korzystne. Nie sprowadzalbym wszystkiego tylko do polityki. Nawet politycznie Singapur, Malezja funkcjonuje inaczej niz Europa, a o korupcji i niezadowoleniu „mlodziezy” raczej tam nie slychac. Po prostu dla mnie stawianie „Zachodu” jako jedynego modelu do nasladownia zarowno politycznie jak i kulturowo to w obecnych czasach jakies nieporozumienie. Chiny rownie chetnie spogladaja na model Koreanski (kulturowy „Korean Wave”), jak i Singapursko/Malajski i rownie chetnie podbieraja to co im sie wydaje korzystne. Ja takze przyklady moge mnozyc. Nie o to chyba chodzi.

      Nade wszystko wydaje mi sie, ze nie odniosles sie do glownego watku mojego komentarza, czyli bezkrytycznego przejmowania na grunt Polski wzorcow Zachodnich. Najnormalniej w swiecie po prostu stwierdzam, ze sa takze inne kultury ktore moga nasza wzbogacic, a wziecie pelnego inwentarza kulturowego EU nie koniecznie jest najlepszym rozwiazaniem. Nie kwestionuje, ze EU nic nam w tym wzgledzie nie oferuje. I na ten temat chetnie uslysze merytoryczne informacje, bez prob przekonania kto ma “wiecej” racji.

      Co do drugiej kwestii to znowu, powinnismy dyskutowac nad rezultatami tegoz wychowania (np. coraz wieksza przepascia pomiedzy ksztalceniem Azjatyckim, a Europejskim wlaczajac Polske), a nie nad faktem ze jednak cos tam Azjatom nie wychodzi do konca. Wedlug mnie jednak jest cos w modelu Azjatyckim co daje im przewage, a model “bezstresowy” jest coraz mniej konkurencyjny i skuteczny. I to w tym aspekcie “jest pies” pogrzebany.
      “Rozpieszczone” dzieci sa wszedzie, polecam zwiedzanie “demokratycznych” Indii aby zilustorwac akurat te kwestie. Chiny wedlug mnie nie sa najlepszym przykladem w tym wypadku, ale rozumiem ze w ostatnich czasach to wlasnie Chiny staly sie “dyzurnym chlopcem” do obarczania za wszelkie problemy, ktore istnieja takze w kazdym innym kraju. To zakrawa na taki troche “Zachodni” kompleks, z ktorym dosc czesto sie spotykam – jak ktos jest w czyms ode mnie lepszy to ja mu pokaze, ze jest w czyms tez gorszy, bedzie mi lepiej (chociazby ostatnia konferencja Hu Jintao I Obamy, ktora moge podsumowac “Chiny wyprzedzaja nas ekonomicznie, ale w USA mamy fajniejsze prawa czlowieka”. :)

    • Ale sama Amy Chua zaznacza, że nie zależy jej, by jej córki ją kochały. Ważne dla niej, że wychowała je na obywatelki, które są w stanie poradzić sobie w świecie i odnieść sukces. Kwestia szczęścia w ogóle nie istnieje, przynajmniej nie tak pojmowana jak w krajach zachodniej Europy czy USA. Ja się pytam – po co w ogóle mieć dzieci, jeśli nie chce się budować z nimi więzi, ale to inna kwestia.
      Podkreśla się często kwestię znakomitych wyników w nauce Chińczyków, zapominając czasem, że rynek pracy w Chinach nie jest jeszcze w stanie wchłonąć tak dużej liczby wysoce wykwalifikowanych pracowników. No i fakt, że osiemnastolatkowie mają kompetencje społeczne na żenująco niskim poziomie, nieporównywalnie z młodzieżą europejską. Rodzice zawożą swe pociechy na uniwersytety, po czym pomagają im we wszystkim, począwszy od wyjaśniania obsługi pralki i gotowania prostych posiłków po zapisywanie się na uczelnię.
      Jest jeszcze jedna kwestia – Amy Chua powołuje się na branie przykładu z Konfucjusza, zapominając, iż on sam doradzał zachowanie umiaru we wszystkim…
      Co jest bardzo istotną różnicą w wychowaniu, jest to, iż rodzice zachodni z reguły uważają swoje dzieci za słabsze niż chińscy i starają się chronić je przed niepowodzeniami i błędami, podczas gdy rodzice chińscy są przekonani, że ich dzieci są silne psychicznie i poradzą sobie ze wszystkim, jeśli tylko będą pracować wystarczająco intensywnie. Daje do myślenia.

      • Avatar Adam Machaj Bolanren Dagougou

        To fakt, niesamodzielnosc chinskiej mlodziezy jest dosc duza w porownaniu do ich europejskich rowiesnikow ale dla nich jako dla narodu silnie kolektywnego jest to dosc naturalne. Wiezi rodzinne w Chinach oraz kolektywnie zorganizowany narod w naturalny sposob stwarza takie a nie inne warunki wychowawcze. Ma to swoje wady i zalety. Wada jest niesamodzielnosc a zaleta podazanie przez mlodziez po sciezce ktora mlodzie podazac powinna czyli nauka a potem praca. Nie bede juz rozwijal komentarza ale ten czynnik ma bardzo duzo konsekwencji ktorych odbicie widzimy w neimal kazdej plaszczyzinie zycia w Chinach

      • Avatar Zyggi

        Pan (pani?) Chihiro pisze o Chinach, cyt.: „Osiemnastolatkowie mają kompetencje społeczne na żenująco niskim poziomie, nieporównywalnie z młodzieżą europejską. Rodzice zawożą swe pociechy na uniwersytety, po czym pomagają im we wszystkim, począwszy od wyjaśniania obsługi pralki i gotowania prostych posiłków po zapisywanie się na uczelnię.”
        Na pewno nieporównywalne z Europą? Przecież to wypisz wymaluj jak młodzi Włosi, Hiszpanie, Grecy, Izraelczycy. NB Izrael to taki kraj, gdzie stroskane mamy odwiedzają swoje pociechy pełniące zasadniczą służbę wojskową w jednostkach, przywożą im ciasta i inne smakołyki, a w razie potrzeby zabierają brudną bieliznę i przywożą czystą… :-) Żeby było śmieszniej, z reguły to Izraelczycy uważają Polaków za nieudaczników, a nie na odwrót! :-)

      • Avatar Chihiro

        Zyggi, pani :)
        Według tego, co czytałam, jednak nie ma porównania między młodzieżą chińską a włoską, hiszpańską, grecką itp. Młodzież w Europie spędza czas w swoim gronie także poza szkołą, w Chinach przeciętny uczeń na naukę poświęca czas między 7 rano a 10 wieczór. Na zabawę nie ma żadnego czasu. Pisząc kompetencje społeczne miałam na myśli także to, iż spora grupa Chińczyków nie jest nauczana prowadzenia rozmowy, wykazywania inicjatywy w kontaktach z ludźmi, właściwego reagowania na konflikty. Zwyczajnie nie mieli oni kiedy to ćwiczyć.

        Panie Adamie, kolektywne myślenie w Chinach zaczyna chyba odchodzić do lamusa. Niedawno przeczytałam artykuł o rozwoju muzyki klasycznej w Chinach. I co się okazuje? Olbrzymia większość Chińczyków nie tylko uczy się samodzielnie do lekcji, ale ćwiczy grę na instrumentach, która jest zajęciem indywidualnym. W Chinach jest wiele znakomitych pianistów czy skrzypków, ale nie ma orkiestr. Chińczycy nie potrafią grać w grupie. I rodzice wspierają podobno edukację indywidualną, każdy uczy się samodzielnie, brakuje podobno zajęć grupowych. Psychologowie twierdzą, że wyrasta pokolenie samolubnych introwertyków. Podałabym źródło, ale artykuł miałam wyrwany z jakiejś gazety (brytyjskiej) i wyrzuciłam go już.

  • Avatar Adam Machaj Bolanren Dagougou

    Dziekuje za slowa uznania. Musze jednak powiedeziec ze porownanie Polski do krajow Europy Zachodniej nie odzwierciedla roznic pomiedzy Dalekim Wschodem a Europa. W ramach Europy jak Pan slusznie zauwazyl kraje roznia sie pod wzgledem ekonomicznym a Azja od Europy rozni sie pod wzgledem cywilizacyjnym czyli czyms czego nie mozna stopniowac w senise lepsze gorsze czy biedniejsze, bogatsze ale po prostu ze swej natury sa to dwa odmienne swiaty.

    • Owszem, cywilizacje nie są ani lepsze ani gorsze. Są po prostu inne. Np. my nie musimy czuć się krajem gorszym od innych, jakkolwiek Polska jest z wielu powodów zapóźniona cywilizacyjnie i słabo zorganizowana. Natomiast mamy urodziwe kobiety, utalentowanych wynalazców, a prócz tego smaczną kuchnię czy przepiękną przyrodę – to, czego może nam pozazdrościć wiele bogatszych od nas krajów. I to warto akcentować, a nie za wszelką cenę udawać, że jesteśmy Zachodem. Niemcy czy Anglicy i tak nas nie uznają za „swoich”. Dla nich zawsze będziemy Słowianami. I dobrze! Choćby dlatego, że Słowianie są znani z urody kobiet i odwagi mężczyzn. Co prawda to ostatnie od kilku stuleci nie dotyczy Czechów :-P, ale ci bronią się jakością piwa i wspaniałą atmosferą małych miasteczek! :-)

      • Avatar PZ

        Zyggi, calkowicie sie zgadzam z komentarzem, ze dla Europy tak zwanej Zachodniej nigdy nie bedziemy „swoi”. Im czesciej na tak zwanym Zachod przybywam tym bardziej jestem o tym przekonany. Nie wynika to tylko z tak zwanego zapoznienia cywilizacyjnego, ale takze z faktu, ze w wielu wzgledach Zachod sie nas boi (np. zaangazowania w pracy, determinacji w polepszaniu swojego bytu i parciu do nauki). Dlatego tez stara sie uniemozliwic (skutecznie) rozwiniecie w pelni skrzydel. Jest takze kwestia odmiennosci kulturowej (jakkolwiek by to nazywac takowa istnieje), nie ma az takich roznic jak miedzy Europa a Azja, ale jednakze odmienne postrzeganie i interpretowanie niektorych faktow istnieje (np. sposobu wychowania dzieci, czy opieki nad seniorami rodziny). Niestety musze z przykroscia dodac, ze obecnie Europa Wschodnia (do ktorej nie zaliczam Rosji, ani tez Ukrainy i Bialorusi) jest mocno przez Zachod zdominowana, wlacznie z przekazywaniem wzorcow kulturowych i bedzie sie to poglebiac moim zdaniem chociazby z powodu „slepego” zapatrzenie w tenze Zachod ludzi mlodych i wyksztalconych. Dodam, ze mlode pokolenia, ktore obecnie na swiat przychodza na tymze Zachodzie innych wzorcow nie maja, wiec juz niejako w Zachod wrosna, ale beda mowic po Polsku, Czesku, Wegiersku jednak inaczej sie zachowywac niz jest to regula dzisiaj. Czesciowego ratunku upatruje wlasnie w Azjatach, a szczegolnie Chinach (szczegolnie w Chinskich inwestycjach w Europie Wschodniej), glownie dlatego ze ich polityka jest jasna „nie ingerowac w sprawy wewnetrzne”. Im czesciej jestem w Azji tym bardziej podziwiam fakt jak potrafili sie oprzec kulturowej i ekonomicznej „inwazji” Zachodu akceptujac na swoj grunt to co ich wzbogacilo, a wywalajac na smieci idiotyzmy politycznej poprawnosci i tym podobne. To szczegolnie widac w Chinach (ciekawe czy tam ktos slyszal o bezstresowym wychowaniu), ale tez Korei i Japonii Swietny przyklad to artykul „Superiority of Chinese mother” w wallstreet journal, i nie dziwota ze w testach PISA Chinskie uczelnie sa na topie a amerykanskie pod koniec drugiej dziesiatki. Jednakze obawiam sie ze ludzi myslacych w taki sposob jak Ty, czy ja jest mala garstka w Polsce, a poniewaz mamy demokracje wiec maja wieksza mase krytyczna.

  • Świetny artykuł. Życzę wszystkiego najlepszego, Panie Adamie. W Chinach nigdy nie byłem, jakoś nigdy po drodze mi nie było, choć jesienią wybieram się na Targi Kantońskie. Jednak wierzę, że Chiny są całkiem inne niż Europa, bo czy Polska nie nie jest całkiem inna od np. Niemiec, Holandii czy Belgii? Wystarczy popatrzeć na czyste ulice Hamburga czy Rotterdamu, na niemieckie czy holenderskie autostrady czy na pełne zadowolenia twarze Niemców, Holendrów i jeszcze bardziej – Belgów, by się o tym przekonać! :-)

Pozostaw odpowiedź