A. Łuszczykiewicz: „Wielki Mur” – epicka rozrywka czy podprogowa propaganda?

 ›  ›  › A. Łuszczykiewicz: „Wielki Mur” – epicka rozrywka czy podprogowa propaganda?

Artykuły,Publicystyka

A. Łuszczykiewicz: „Wielki Mur” – epicka rozrywka czy podprogowa propaganda?

Mimo iż w Polsce najnowsza superprodukcja „Wielki Mur” przechodzi jak na razie bez większego echa, na portalach anglojęzycznych (zwłaszcza amerykańskich) przewija się jedno pytanie: czy film ten ustanawia nowy wzór, model produkcji hollywoodzko-chińskich? Chociaż opinie są zróżnicowane, z jednym wszyscy muszą się zgodzić: celem „Wielkiego Muru” jest zapewnienie wielkiego sukcesu chińskiej kinematografii na rynku światowym. Czy tak się stanie, dowiemy się prawdopodobnie dopiero za kilka tygodni – podczas gdy „Wielki Mur” oglądać można w chińskich kinach już od połowy grudnia ubiegłego roku, w Stanach Zjednoczonych film ukaże się dopiero w lutym, rozmyślnie unikając konkurencji z produkcją „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie”. Polscy widzowie mają jednak nad amerykańskimi pewną przewagę, film można bowiem oglądać w naszych kinach już od 13 stycznia.

Niezależnie od filmowych upodobań, obok „Wielkiego Muru” nie sposób przejść obojętnie. To najdroższy film w historii chińskiej kinematografii, którego budżet wyniósł około 135 milionów dolarów. W takiej sytuacji odpowiedź na pytanie o to, kto mógłby podjąć się reżyserii, jest oczywista: Zhang Yimou, żywa legenda chińskiej kinematografii, reżyser i scenarzysta takich filmowych hitów, jak „Dom latających sztyletów”, „Cesarzowa” czy „Hero”. Nawet niespecjalnie zaznajomiony z jego  twórczością widz od razu wychwyci monumentalną muzykę, przypominającą mu o ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku (którą to ceremonię Zhang reżyserował), rozpozna też przywiązanie do wrażeń estetycznych – oczywiście, zapewne nie wszystkim przypadnie do gustu artyzm sceny, w której odrażające, czworonożne potwory wpadają do pagody w poświacie z wielobarwnych witraży. Ponadto, wszyscy widzowie spostrzegą rozbudowaną choreografię sztuk walki – momentami można wręcz odnieść wrażenie, że jest to bardziej pokaz sprawności cyrkowej, do której Chińczycy mają zresztą szczególne upodobanie.

Jeszcze na długo przed światową premierą wokół „Wielkiego Muru” pojawiły się kontrowersje. Bodaj najpoważniejszym problemem twórców stały się zarzuty o whitewashing, czyli tak zwane „wybielanie”, polegające na zatrudnianiu aktorów białych w rolach, które – zgodnie z faktograficzną poprawnością – powinny przypaść aktorom ciemnoskórym, indyjskim, wschodnioazjatyckim, itd. W Hollywood jest to dość stara tradycja, towarzysząca przemysłowi filmowemu w zasadzie od początku jego istnienia – przykładem niech będą Mickey Rooney grający Japończyka w „Śniadaniu u Tiffany’ego” (1961), Alec Guiness w roli hinduskiego profesora Godbole w świetnej skądinąd ekranizacji książki „Droga do Indii” (1984) czy, ostatnimi czasy, Johnny Depp jako Indianin w „Jeźdźcu znikąd” (2013). W przypadku „Wielkiego Muru” zarzut wiązał się oczywiście z zatrudnieniem w roli głównej wielkiej gwiazdy kina hollywoodzkiego, Matta Damona (znanego z „Marsjanina” czy serii filmów o Jasonie Bournie). Sam Damon, bez wątpienia twarz kampanii promocyjnej filmu, tłumaczył, że nie odebrał roli żadnemu chińskiemu aktorowi. Wtórował mu reżyser Zhang Yimou, podkreślając, że projekt od początku zakładał zatrudnienie aktora niechińskiego, co więcej, jest to pierwszy film przeznaczony dla widowni światowej, który tak głęboko osadzony jest w chińskiej kulturze. I faktycznie, chińskiego charakteru filmowi odmówić nie można.

źródło: www.pauldingcountyareafoundation.net

„Wielki Mur” rozpoczyna się utrzymaną w klimacie westernu sceną, w której William i Tovar – przedstawiający się jako handlarze, choć w rzeczywistości najemni żołnierze – uciekają przed rozbójnikami z plemienia Kitanów. O Williamie i Tovarze wiadomo niewiele – przybyli do Chin po to, aby wykraść nieznany Europejczykom proch i się na nim wzbogacić. O ile ze względu na hiszpańskojęzyczność Tovara przypisać można do Półwyspu Iberyjskiego, nie wiadomo, kim z pochodzenia jest William (amerykański akcent Matta Damona nie stanowi tutaj zresztą żadnej podpowiedzi). Nieokrzesani, nieufni wobec obcych, kierujący się chęcią zysku towarzysze broni przypadkiem trafiają do Bezimiennego Zakonu strzegącego Wielkiego Muru. Tam też dowiadują się, jaką straszliwą tajemnicę skrywa przed światem Zakon – otóż raz na sześćdziesiąt lat Mur próbują sforsować hordy potworów zwanych Taotie (chińskie饕餮, wym. tāotiè). To jeden z bardzo wielu historyczno-kulturowych wątków, pojawiających się w filmie – według chińskich legend, Taotie były potworami, nieznajdującymi umiarkowania w obżarstwie (stąd też dość obrzydliwe sceny karmienia królowej, jedynej rozmnażającej się reprezentantki gatunku, czemu podporządkowane jest całe życie tych stworów). W formie wzoru ornamentacyjnego w sztuce Taotie umieszczano jako przestrogę przed chciwością, nie tylko w sferze odżywiania, lecz także w sferze władzy i finansów. Również i w filmie pada stwierdzenie, że Taotie są karą za chciwość – co ciekawe jednak, są one karą za chciwość dawnego cesarza, nie zwykłego ludu, co zapewne przeciętny chiński widz przyjmuje ze zrozumieniem.

Chociaż „Wielki Mur” to w założeniu epicka opowieść o walce z legendarnymi potworami, tak naprawdę istotniejszym jej elementem jest promocja określonych wartości. Głównym hasłem członków Zakonu jest „zaufanie” (chińskie 信任, wym. xìnrèn). Nie jest nim odwaga, niezłomność czy odpowiedzialność, lecz cecha pojawiająca się dopiero w relacjach międzyludzkich, a więc tylko w sytuacji, gdy mamy do czynienia z co najmniej dwiema osobami. Czy można wskazać wartość lepiej spajającą wspólnotę? W konsekwencji, „Wielki Mur” jest opowieścią o triumfie kolektywizmu nad indywidualizmem – nawet jednostki wybitne czy w jakiś sposób się wyróżniające wykorzystują swoje umiejętności nie dla realizacji własnych ambicji, lecz dla dobra wspólnoty. Przykładem może być zachowanie dzielnego, choć początkowo lekceważonego przez innych Peng Yonga (w tej roli Lu Han, chiński aktor i piosenkarz oraz gwiazdka koreańskiego K-Popu), szeregowego żołnierza, który wysadza się w kanałach wraz z hordą Taotie, by umożliwić ucieczkę swoim towarzyszom. Co więcej, to właśnie wspólnota de facto przejmuje władzę – cesarz okazuje się tchórzliwym podlotkiem, ani nie budzącym posłuch tyranem, ani nie moralnym autorytetem, w związku z czym ludzie tacy jak dowódca Lin Mei czy strateg Wang – osoby o nieskazitelnej reputacji, gotowi poświęcić swoje życie w obronie wspólnoty – muszą podjąć kluczowe decyzje.

 „Wielki Mur” jest także opowieścią o zderzeniu wartości Zachodu z wartościami Wschodu. Europa wypada na tle Chin wyjątkowo niekorzystnie, żeby nie powiedzieć: barbarzyńsko – region ten rozdzierają wojny toczone z czystej chciwości, podczas gdy Chińczycy walczą z potworami w obronie całej ludzkości i tylko przeciwko Taotie wykorzystują śmiercionośną broń, w tym proch. Różnica pomiędzy Europejczykami a Chińczykami ma także charakter estetyczny – przybywający do Bezimiennego Zakonu William i Tovar są zaniedbani, cuchną i dopiero po doprowadzeniu się do porządku mogą wyjść do gładko ogolonych żołnierzy i jasnolicych, nienagannie uczesanych żołnierek. Ponadto, europejskich gości zdumiewają chińskie wynalazki, takie jak proch czy lustra z brązu, nie mówiąc już o balonach-lampionach (które na tle niezaprzeczalnie wielkiego dorobku cywilizacyjnego Chińczyków są już chyba filmowym przeszarżowaniem). Wreszcie, Williama i Tovara zaskakuje obecność w armii kobiet, których status jest równy statusowi mężczyzn. O ile niezorientowany w kwestiach historycznych widz może odnieść wrażenie, że chińskie kobiety były zawsze znacznie bardziej wyemancypowane niż Europejki, o tyle widz mający pewną wiedzę może się (podobnie jak William i Tovar, choć z innych powodów) zdziwić, nie dostrzegając u kobiet chociażby skrępowanych stóp – a warto zauważyć, że to właśnie w czasach dynastii Song (960–1127), w których rozgrywa się akcja filmu, proceder ten się upowszechnił (co prawda wśród warstw wyższych – chłopkom stóp nie wiązano, gdyż uniemożliwiłoby im to pracę na roli).

Biorąc pod uwagę promocję tak pozytywnego wizerunku Chin i Chińczyków, nie sposób nie zapytać wreszcie o stosunek chińskich władz. Nie jest to przypadek, iż film został zrealizowany przez wytwórnię The Legendary Pictures, która w styczniu 2016 roku została za 3,5 miliarda dolarów wykupiona przez chińską Wanda Group (było to zresztą największe w historii przejęcie wytwórni filmowej przez chińską firmę). Tajemnicą poliszynela pozostaje oczywiście fakt, że wykorzystanie potężnego narzędzia soft power w postaci produkcji filmowych jest jednym z priorytetów chińskich władz. I o ile superprodukcje The Legendary, takie jak „Jurrasic World” trudno uznać za bezpośrednio służące KPCh, „Wielki Mur” jest już produkcją o jasno określonych, nie tylko komercyjnych celach. Pytany o ograniczenia Zhang Yimou dyplomatycznie stwierdził, że w Hollywood również istnieją pewne przeszkody – wszak zachodni producenci także mają swoje oczekiwania – w związku z czym żaden reżyser nie posiada stuprocentowej swobody.

Choć trudno z Zhangiem się nie zgodzić, trzeba przyznać, że liczba wyzwań, z którymi musiał się uporać, jest imponująca – jego zadaniem było wyreżyserowanie filmu podobającego się i publiczności chińskiej, i zachodniej, zyskującego przy tym przychylność władz chińskich, a jednocześnie niebędącego przekazem otwartej, wręcz ordynarnej propagandy, która zachodnich widzów z pewnością by odstraszyła. Mimo iż trudno stwierdzić, czy „Wielki Mur” odniesie oczekiwany sukces, bez wątpienia jest to film pod względem ideologicznym bezpieczny – promuje wszak wartości (zaufanie, braterstwo, odwagę), których niezależnie od opcji politycznej nie sposób potępić. Co więcej, chińska cenzura filmowa nie powinna mieć zastrzeżeń ani na polu ideologicznym, ani nawet obyczajowym – relacja pomiędzy Williamem a Lin Mei (którą gra wschodząca gwiazda Jing Tian) jest czysto platoniczna (żeby nie powiedzieć wprost: drętwa), nie można więc oczekiwać jakichkolwiek scen erotycznych ani z udziałem Williama i Lin Mei, ani też z udziałem innych żołnierzy i żołnierek, którzy przecież całkowicie poświęcają się obronie Chin i ludzkości przed potworami Taotie. Co więcej, na koniec każde powraca do swojego świata – Lin zostaje awansowana na generała i trwa na posterunku Chin-przedmurza ludzkości, William zaś wraca do targanej wojnami Europy, niosąc chińskie przesłanie braterstwa i pokoju.

Na nieszczęście dla chińskich władz, film zebrał dotychczas dość słabe bądź przynajmniej przeciętne oceny. W Internecie można znaleźć mnóstwo recenzji, stwierdzających, że tylko jeśli pójdziemy do kina bez oczekiwań względem jakiejkolwiek głębi, wówczas film może się nam spodobać jako przykład czystej, niewyrafinowanej rozrywki. Trudno się z takimi opiniami zgodzić, ponieważ to właśnie ideologiczna podbudowa jest tym elementem, dla którego film rzeczywiście warto (krytycznym okiem) obejrzeć. Nie mówiąc już o tym, że z tego typu produkcjami na pewno będziemy mieli do czynienia coraz częściej.

Antonina Łuszczykiewicz, absolwentka kulturoznawstwa dalekowschodniego, które ukończyła z wyróżnieniem, obecnie doktorantka na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Laureatka stypendium konfucjańskiego na uniwersytecie Xi’an Jiaotong Daxue. Autorka monografii „Psalmista szowinizmu”. Rudyard Kipling wobec Indii i Indusów (2014) oraz Azjata jako źródło zagrożenia. Rekonstrukcja wizerunku Indusów i Chińczyków w literaturze brytyjskiej przełomu XIX i XX wieku (2016). Interesuje się historią relacji chińsko-indyjskich oraz tematyką związaną z uprzedzeniami i stereotypami. Obecnie przygotowuje rozprawę doktorską poświęconą kulturowej interpretacji Pancha Shila. Pasjonatka języka chińskiego i hindi.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
A. Łuszczykiewicz: „Wielki Mur” – epicka rozrywka czy podprogowa propaganda? Reviewed by on 23 stycznia 2017 .

Mimo iż w Polsce najnowsza superprodukcja „Wielki Mur” przechodzi jak na razie bez większego echa, na portalach anglojęzycznych (zwłaszcza amerykańskich) przewija się jedno pytanie: czy film ten ustanawia nowy wzór, model produkcji hollywoodzko-chińskich? Chociaż opinie są zróżnicowane, z jednym wszyscy muszą się zgodzić: celem „Wielkiego Muru” jest zapewnienie wielkiego sukcesu chińskiej kinematografii na rynku światowym.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

komentarze 3

  • Świetny komentarz! Najlepsza propaganda to taka, która jest niedostrzegalna, cóż, starali się.
    Tak na marginesie J. Deep ma ponoć indiańskie korzenie, a w amerykańskim kinie obecnie obserwuje się odwrotne zjawisko do whitewashing. W Azji oczywiście inna bajka, chińskie i indyjskie kino jest najlepszym tego przykładem.

  • Widz europocentryczny po takiej recenzji pójdzie do kasy, by zwrócić bilet. W przeciwnym razie mógłby zostać podejrzany o wspieranie chińskiej propagandy. W gruncie rzeczy jednak owe kulturowe uwarunkowania tej chińsko-amerykańskiej superprodukcji stanowią najciekawszy jej element, a owo groźnie brzmiące podprogowe pranie mózgów – przestrogę. Nie trzeba od razu się bać, ale jest o czym myśleć.

  • Jak to chińczycy mają w zwyczaju, Europa wychodzi na zacofaną, którą wspaniałe Chiny czy też szerzej Wschód musi edukować. Po raz kolejny zarzuty, jak to się azjatów w Hollywoodzie nie bierze do głównych ról, wszystko jest takie białe, a tymczasem w Chinach obraz białego człowieka niezmiennie pozostaje raczej negatywny.

Pozostaw odpowiedź