Artykuły,Publicystyka

A. Burakowski: Joanna Kusy – „Zwyczajne pakistańskie życie” – recenzja

Niełatwo jest recenzować książkę, którą napisała koleżanka ze studiów, jedyna chyba osoba z całego roku, z którą nie zamieniłem nigdy ani jednego słowa, a która zrealizowała jedno z moich ówczesnych marzeń, przeprowadzkę do Azji – i to właśnie do Karaczi – w którym byłem w 2000 r. i które uważałem wówczas, na studiach, za jedno z najciekawszych miejsc na Ziemi i do dziś nie zmieniłem zdania w tej sprawie. Kiedy kilka lat temu usłyszałem od znajomych, że Asia Kusy przeprowadziła się do Pakistanu – i to właśnie do Karaczi – przez chwilę przypomniałem sobie tamten czas, a jednocześnie przeraziłem się, że mieszka właśnie tam, w jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc na Ziemi, w miejscu, które było skrajnie niebezpieczne już w 2000 r., a które stało się jeszcze dziesięciokrotnie bardziej niebezpieczne później. Po zabójstwie Daniela Pearla odradzałem każdemu wyjazd do tego miasta, ale i tak nikt nie chciał tam jechać.

Zdjęcia Karaczi z 2000 r., for. A. Burakowski”

Zdjęcia Karaczi z 2000 r., for. A. Burakowski

Joanna Kusy napisała wspaniałą książkę o Pakistanie, Karaczi, kuchni pakistańskiej, zwyczajach rodzinnych, klimacie miasta, kulturze, religii, a także o życiu, po prostu o życiu. Nie będę streszczał jej historii, bo to każdy może sobie przeczytać, gdyż tę książkę po prostu trzeba przeczytać, nawet jeśli ktoś się w ogóle nie interesuje Pakistanem, bo to nie jest tylko książka o Pakistanie, to jest książka o życiu jako takim, to jest niemalże klasyczny, XIX-wieczny Bildsungsroman w nowoczesnym wydaniu.

Ta książka jest jak Meczet Badshahi w Lahaur – jest monumentalną, kunsztowną konstrukcją wykończoną ze smakiem w każdym detalu. Pakistan poznajemy wpierw jako funkcjonujący w Polsce stereotyp: „kurz, brud, tłok, dzicz, upał, ludzie jak Cyganie” (s. 9). Niby nic odkrywczego, ale wyjątkowo celne podsumowanie. Później wraz z Autorką przeprowadzamy się do Karaczi i przeżywamy pierwsze oczarowanie: „Przeraża i fascynuje. Już-już wpadam w zachwyt. Obezwładniają mnie kolory, potrawa o głębokim, niespodziewanym i wspaniale wyważonym smaku, czyjeś delikatne i pełne niezwykłej godności zachowanie. Czyjeś oczytanie. Wielkoduszność. Prosta i głęboka myśl. Dźwięki. Ażurowe wzory, poczucie piękna i klasy. Odwiedzam świątynię i czuję, że jestem w zupełnie innym świecie, gdzie naprawdę – nareszcie – ludzie są blisko Boga” (s. 17).

Po chwilowym oszołomieniu przenosimy się do typowego pakistańskiego domu i spędzamy w nim już większość czasu tej książki. Wychodzimy nader rzadko, przynajmniej na początku. Poznajemy zwyczaje rodzinne, gotujemy pakistańskie potrawy, rozmawiamy z domownikami, a także z często odwiedzającymi nas gośćmi. Autorka wyprowadza nas na dwór dopiero, jak oswoimy się z tym, co widzimy w czterech ścianach. Pierwsza wycieczka na sindhijską wieś jest krótka i niebezpieczna, a poza tym mamy poczucie, że ta cała sytuacja jest sztuczna, że ci ludzie grają przed nami komedię. Czyli jeszcze nie teraz, jeszcze musimy się dużo nauczyć, a przede wszystkim dużo ugotować i zjeść, jako że żywność jest jednym z głównych tematów tej książki.

Później wyjścia stają się częstsze, ale w zasadzie ograniczają się do Karaczi, coraz dalej i dalej, ale tylko Karaczi. Jeden wypad do Pendżabu, jeden – tylko jako mgnienie oka –  do Islamabadu „oddalonego 20 kilometrów od Pakistanu”, jak się mawia. Ale po co tam jeździć, skoro Karaczi jest wystarczająco wielkie i wystarczająco fascynujące, żeby ograniczyć się tylko do niego. Kolejne przybliżenia, kolejne dialogi wiodą nas stopniowo do religii, a ta z kolei – do Boga, który jest jednym z głównych tematów tego dzieła. A może to w ogóle jest jedyny temat tego dzieła? Taka myśl przeszła mi w pewnym momencie przez głowę. Wspólnota chrześcijańska w Karaczi, żywa i kolorowa, choć żyjąca w ciągłym strachu, przewija się przez większość kart tej niesamowitej książki. Autorka wielokrotnie korzysta też ze swego warsztatu etnologicznego, jako że posiada solidne wykształcenie w tej dziedzinie – jest to ogromnym plusem.

Ostatni rozdział poświęcony jest… cenzurze! W zasadzie nie ostatni, tylko przedostatni, lecz ostatni spełnia taką rolę, jak końcowe sekwencje w dobrym bollywoodzkim kinie – publiczność opuszcza salę, a w tle leci piosenka na wyjście. Tak więc de facto ostatni jest o obowiązującej w Pakistanie cenzurze religijnej i nietrudno się domyślić, że Autorka chciała dać czytelnikom do zrozumienia, że książka jest pełna autocenzury. Cenzura powoduje, że odbiorca może sobie dopisać rozmaite znaczenia do pojawiających się symboli, a nawet odnaleźć tam coś, czego w ogóle tam nie ma.

Oj, widać tę autocenzurę w tekście, widać… Nie chodzi tu tylko o całkowity prawie brak wzmianek o „cioci Isi”, lecz również na przykład pomijanie jednego z ważnych, że tak się wyrażę, wymiarów Pakistanu. Dwie drobne, dobrze ukryte w tekście, wzmianki świadczą o tym, że Autorka jest świadoma jego istnienia, lecz nie chce o tym mówić, co mnie zresztą nie dziwi. Okazuje się jednak, że autocenzura wychodzi tej książce na dobre. Półsłówka, niedopowiedzenia, aluzje, sugestie i wieloznaczność w „Zwykłym pakistańskim życiu” jest przepiękna jak w najlepszej literaturze urdu. Jak u Saadata Hassana Manto, wspomnianego – jak sądzę nie przypadkiem – przez Autorkę w kontekście chyba najbardziej odstręczającego, a jednocześnie jednego z najbardziej kunsztownych, opowiadań, jakie napisano w tamtym kręgu kulturowym.

Oprócz Boga nie istnieją byty idealne i książka Asi Kusy również ma pewną wadę, małą, lecz przeszkadzającą jak bzycząca mucha nad cukierkowo słodkim barfi. Otóż w rzadko się pojawiających reminiscencjach z poprzedniego, polskiego życia, pojawia się XIX-wieczna koncepcja „Słowiańszczyzny”; koncepcja, według której Słowak z Komarna jest kulturowo obcy swojemu węgierskiemu sąsiadowi, natomiast wszystko łączy go z „separatystami” z Donbasu; koncepcja, według której nie istnieje niepodległa Polska. Natrętna mucha „Słowiańszczyzny” na szczęście nie przylatuje zbyt często i łatwo ją odgonić, by dalej rozkoszować się cukierkowym barfi.

Alfons Mucha – Apoteoza dziejów Słowiańszczyzny (1926)

Alfons Mucha – Apoteoza dziejów Słowiańszczyzny (1926)

Uważam, że zamiast czytać dalej tę recenzję, należy natychmiast sięgnąć po książkę „Zwyczajne pakistańskie życie”. Powinni przeczytać ją zarówno zainteresowani Pakistanem jak i wszyscy inni. To jest po prostu świetna literatura. Ta książka powinna ukazać się w Karaczi w językach angielskim i urdu, a swoje przygody z jej promocją Autorka mogłaby opisać w swoim kolejnym dziele, którego nie mogę się doczekać.

Adam Burakowski

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
A. Burakowski: Joanna Kusy – „Zwyczajne pakistańskie życie” – recenzja Reviewed by on 11 lipca 2016 .

Niełatwo jest recenzować książkę, którą napisała koleżanka ze studiów, jedyna chyba osoba z całego roku, z którą nie zamieniłem nigdy ani jednego słowa, a która zrealizowała jedno z moich ówczesnych marzeń, przeprowadzkę do Azji – i to właśnie do Karaczi – w którym byłem w 2000 r. i które uważałem wówczas, na studiach, za jedno

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź