BLOGOSFERA

“Süddeutsche Zeitung”: Fabryka Świata czeka na cud

Niektóre dzielnice wyglądają jak wymarłe. Zieją pustką hale fabryczne, biura, domy mieszkalne i całe kwartały ulic

800px-Silk_manufacture_china3Wielu opuściło miasto, bo nie  stać ich na życie w Dongguan bez stałego źródła dochodów. W ciągu kilku tygodni liczba mieszkańców 12-milionowej metropolii spadła o 30 procent.

Chyba żadne chińskie miasto nie odczuło tak dotkliwie skutków światowego kryzysu gospodarczego jak Dongguan w Delcie Rzeki Perłowej. W regionie Kantonu zwanym Fabryką Świata zbankrutowały tysiące firm, a miliony robotników wylądowały na bruku. Pierwsze symptomy ożywienia gospodarczego budzą nadzieję mieszkańców na powrót starych, dobrych czasów.

W przekonaniu chińskiego urzędnika nie ma nic gorszego niż niezapowiedziany interesant, który wparował mu do gabinetu tuż przed przerwą obiadową. Wchodząc do biura prasowego przy urzędzie miejskim w Dongguan, ośrodku przemysłowym w południowych Chinach, wyraźnie czujemy na własnej skórze mądrość starego, chińskiego przysłowia, że jedzenie jest dla ludzi niebem. Guo Canhua siedzi za biurkiem, z głową głęboko ukrytą między masywnymi ramionami i zerka znad okularów na intruzów. Dosłownie przed chwilą zastępca dyrektora Wydziału Gospodarki i Handlu polecił urzędnikowi zaopiekować się zagranicznymi przybyszami. – Jeszcze nic nie jadłem – burczy z niezadowoleniem rzecznik prasowy i obrzuca nas takim spojrzeniem, jakby chciał dać nam do zrozumienia, że ostatni nieproszony gość wylądował w jego brzuchu.

Chcąc nie chcąc Guo zadowala się szklanką gorącej wody i ociągając się rozpoczyna relację o sytuacji gospodarczej panującej w mieście. Do niedawna Dongguan był symbolem chińskiego cudu gospodarczego, jednym z prężnych ośrodków przemysłowych położonych w Delcie Rzeki Perłowej, zwanej Fabryką Świata. Szybko staje się jasne, że w 2009 roku rozwój gospodarczy Dongguan wykazuje zdumiewające podobieństwo do humoru rzecznika prasowego Guo tuż przed porą lunchu: początkowo nastroje były bardzo minorowe, ale potem pojawiły się symptomy poprawy, choć daleko do stanu euforii. – Ożywienie gospodarcze nastąpiło w wyniku uruchomienia programów na rzecz poprawy koniunktury. Jednak to nie są rozwiązania o charakterze długofalowym. Mamy przed sobą daleką drogę, aby osiągnąć poprzedni wzrost – stwierdza Guo.

Droga na szczyt jest równie ciężka i długa, co skala recesji, jakiej doświadczyło Dongguan w ubiegłym roku. Chińskim eksportem wstrząsnął gwałtowny spadek zamówień z Zachodu. Żadne miasto w Chinach nie odczuło dotkliwiej kryzysu niż Dongguan. W mieście zamknięto tysiące fabryk, a robotnicy wędrowni, twórcy cudu gospodarczego znaleźli się bez pracy. Wielu opuściło miasto, bo nie  stać ich na życie w Dongguan bez stałego źródła dochodów. W ciągu kilku tygodni liczba mieszkańców 12-milionowej metropolii spadła o 30 procent, a właściciele około dwóch milionów komórek rozwiązali umowy z operatorami telefonii komórkowej. Niektóre dzielnice wyglądają jak wymarłe. Zieją pustką hale fabryczne, biura, domy mieszkalne i całe kwartały ulic.

Ci robotnicy, którzy pozostali w mieście, podnieśli głośny protest, bo szefowie firm ulotnili się wraz z zaległymi pensjami. Obawiając się rozruchów lokalne władze wprowadziły zakaz demonstracji. Urzędnicy zaapelowali do właścicieli opustoszałych fabryk, aby przeznaczyli kaucję otrzymaną za wynajęcie budynków na pokrycie zaległych wynagrodzeń. Prośby nie na wiele się zdały. Recesja sparaliżowała na długie miesiące region Delty Rzeki Perłowej.

Teraz powoli odradza się nadzieja na lepsze jutro. Stopniowo napływa więcej zamówień, przybywa nowych firm, ofert pracy jest więcej niż chętnych i robotnicy wędrowni z całego kraju stopniowo powracają do chińskiego eldorado. – Rośnie liczba otwieranych firm i popyt na siłę roboczą – informuje Yin Zhiquan, dyrektor miejscowego urzędu pracy. Na jego biurku leży wydanie „Dongguan Times”. Urzędnik stuka palcem we wstępniak na pierwszej stronie. Jego autor pisze, że według danych statystycznych na jednego pracownika przypada 1,38 ofert pracy. Na początku tego roku relacja wynosiła 0,75. – Musimy doprowadzić do dalszego rozwoju tego trendu – podsumowuje pan Yin.

Tym razem cud gospodarczy każe na siebie czekać. Przed pośredniakiem stoi rozczarowany młody człowiek. Liu Biao wspólnie ze swoim przyjacielem przychodzi tu codziennie od tygodnia, podobnie jak tysiące innych osób poszukujących pracy. Wszyscy mają nadzieję na swoją szansę. Liu znowu wychodzi z pustymi rękami, choć nowe miejsca pracy czekają na chętnych. – Szukam zajęcia elektryka, ale nie za takie wynagrodzenie – stwierdza. Przed wybuchem kryzysu zarabiał miesięcznie 1700 juanów, czyli około 180 euro. Teraz najlepsza propozycja pracy oferuje zarobki niższe o 500 juanów.

Inny młody człowiek o imieniu Wang dodaje, że jego całkowicie zadowoli  zajęcie za 1500 juanów, ale jak do tej pory za robotę przy taśmie produkcyjnej firmy dają 1000 juanów albo i mniej. – Nie przypuszczałem, że płacą tak kiepsko – mówi robotnik. Oszczędności powoli topnieją, choć Wang oszczędza, gdzie tylko może. Śpi w ośmioosobowym pokoju za 80 centów i wydaje na jedzenie 1,50 euro dziennie. – W Dongguan zwierzętom domowym wiedzie się lepiej niż niektórym ludziom – zauważa z sarkazmem.

Yin Zhiquan, dyrektor urzędu pracy, splótł dłonie i kiwa potakująco głową. Dobrze zna problemy młodych ludzi wyczekujących przed pośredniakiem. – Stara generacja robotników wędrownych była mniej wybredna i brała każdą pracę. Młode pokolenie jest inne. Chce dobrze zarabiać, mieć perspektywy na przyszłość i oczekuje od pracodawców dobrych warunków pracy – tłumaczy pan Yin. Jego urząd naciska na przedsiębiorców, aby nie stosowali dumpingu płacowego. – W przeciwnym razie nie znajdą chętnych – ostrzega dyrektor Yin.

Fabrykanci także nie mają łatwego życia. – Sytuacja na rynku zleceń jest ciągle bardzo niepewna – przekonuje Gordon Xiao. Jego firma produkuje opakowania na upominki – głównie dla klientów w USA i w Europie. Przedsiębiorca pokłada wielkie nadzieje w nadchodzącym Święcie Dziękczynienia i Bożym Narodzeniu, ale na razie nie snuje zbyt dalekosiężnych planów. – Niektóre zlecenia muszę wykonać w dwa dni. Wtedy ludzie pracują dzień i noc. Potem znowu nie ma nic do roboty i pracownicy grają w tenisa stołowego dla zabicia czasu – opowiada przedsiębiorca.

Gordon Xiao znalazł się w sporych opałach. Nie może zwolnić pracowników, bo inaczej nie wykona ekspresowych zleceń i nie będzie wystarczająco elastyczny. Klienci zdają sobie sprawę z trudnej sytuacji na rynku i bezwzględnie negocjują niskie ceny. Mimo to biznesmen musi opłacać dotychczasowe składki na ubezpieczenie społeczne zgodnie z obowiązującą w Chinach ustawą o prawach pracowniczych. W dobie recesji nie każda firma przestrzega przepisów prawa pracy. Gordon Xiao opowiada, że póki co nie wypracowuje wielkich zysków, a raczej dokłada do interesu. Od miesięcy ratuje firmę przed bankructwem z pieniędzy odłożonych na czarną godzinę.

Pan Xiao wypalił pół paczki papierosów przez dwie godziny naszej rozmowy. Przyznaje, że od dawna jest nałogowym palaczem. Jego przyjaciel Jimmy Wu, właściciel  fabryczki chemicznej i firmy handlowej także pali jak smok. – Prywatni przedsiębiorcy, tacy jak my, nie mają szansy na otrzymanie szybkiego kredytu. Środki z programów ożywienia koniunktury dostają firmy państwowe – narzeka Jimmy Wu. Tymczasem to małe, rodzinne zakłady doprowadziły do rozkwitu gospodarczego Dongguan. – Banki żądają nieruchomości pod zabezpieczenie kredytu. Nie akceptują naszych maszyn i siły roboczej – opowiada Wu.

Władze miasta oddały do dyspozycji lokalnych banków kapitał w wysokości miliarda juanów, czyli ponad 100 milionów euro, aby wpompować życiodajne kredyty do krwioobiegu gospodarczego. Niestety, zapomniano uprościć skomplikowane przepisy otwierania linii kredytowych dla przedsiębiorstw prywatnych. – To dyskryminacja – kwituje Jimmy Wu. Wspólnie z Xiao głowią się, jak wyjść ze ślepego zaułka. Jedną z szans dostrzegają – podobnie jak wiele firm w regionie – w zmniejszeniu uzależnienia od eksportu i znalezieniu większej rzeszy klientów w Chinach. Jednak, by tego dokonać potrzebują zastrzyku świeżego kapitału.

W Chinach rodzina i krąg przyjaciół pozostają ciągle najważniejszym kredytodawcą. Long Lifei wspólnie z żoną pożyczyli w ten sposób 400 tys. juanów, czyli 41,5 tys. euro. Pieniądze zainwestowali w hotel robotniczy położony w pobliżu fabryki zabawek Smart Union. Niestety małżonkowie mieli pecha. Ledwie otworzyli pensjonat na 200 łóżek, gdy Smart Union ogłosiła upadłość i w rezultacie większość gości opuściła hotel. Na szczęście sąsiednia fabryka torebek przetrwała kryzys i dzięki niej mają trochę klientów. – Wiele pensjonatów zostało zamkniętych – opowiada Long. Jego żona dodaje, że wynajmują pokój za dziesięć euro miesięcznie, a nawet i mniej. W czasach boomu gospodarczego brali ponad 20 euro.

Aby utrzymać się na powierzchni Long zainwestował 20 tys. juanów w rozklekotany, czterodrzwiowy kompakt i pracuje na czarno jako taksówkarz. Małżonkowie mają nadzieję, że niedługo jakiś biznesmen otworzy fabrykę i w dzielnicy pojawią się nowi robotnicy. Cały czas krążą pogłoski o nowo otwieranych zakładach, ale jak na razie nic się nie dzieje. Mieszkańcy Dongguan czekają z wytęsknieniem, aby ich miasto wreszcie zaczęło tętnić życiem. Sprzedawcy żywności, owoców, czy właściciele garkuchni – wszyscy wyglądają nowych klientów.

Należy do nich także Zhu Jianquan. Jego rodzina przywędrowała do Dongguan z prowincji Anhui. Zajmuje się zbieraniem i sortowaniem odpadów. Wiadomo, że duże skupiska ludzi produkują dużo śmieci. W Chinach surowce wtórne stały się opłacalnym interesem – makulatura, plastik czy puszki sprzedają się bez problemu. Zhu mieszka z rodziną w parterowym domku, oddalonym w linii prostej o sto metrów od fabryki. Na podwórku piętrzą się sterty posortowanych odpadów. Za zasłonką żona robi przepierkę. W domku jest wilgotno i pachnie stęchlizną. Siedmiomiesięczny syn raczkuje na macie rozłożonej przed telewizorem. Właściciel mieszkania domagał się 350 juanów, czyli około 36 euro. Ostatecznie poszedł rodzinie Jianquan na rękę. Przed kryzysem komorne wynosiło 500 juanów. Na szczęście ceny makulatury poszły nieco w górę. – Powoli idzie ku lepszemu. Może dopisze nam szczęście i niedługo fabryka znowu rozpocznie produkcję – mówi Zhu.

Rzecznik prasowy Guo z miejskiego Wydziału Gospodarki i Handlu powoli kończy niewdzięczne zadanie opieki nad zagranicznymi gośćmi. – Przez wiele lat ignorowaliśmy nasze problemy strukturalne z powodu wysokich wskaźników wzrostu gospodarczego. W przyszłości przedsiębiorstwa muszą zwrócić baczniejszą uwagę na rynek wewnętrzny – argumentuje z ożywieniem urzędnik. Trudności małych firm z otrzymaniem kredytu są nie tylko bolączką w Dongguanie, ale i  w całym kraju. – Te problemy muszą rozwiązać wspólnie wszyscy zainteresowani: przedsiębiorstwa, banki i politycy – deklaruje rzecznik na zakończenie spotkania. Zły humor pana Guo prysnął niczym bańka mydlana, a twarz rozpromienia mu szeroki uśmiech. Jego zadowolenia ma z pewnością związek z czekającym na niego obiadem. A może należy do grona optymistów, którzy wierzą, że Dongguan przeżyje wkrótce drugi cud gospodarczy.

Tekst ukazał sie na portalu wiadomosci.onet.pl. Jego autorem jest Marcel Grzanna.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
“Süddeutsche Zeitung”: Fabryka Świata czeka na cud Reviewed by on 4 listopada 2009 .

Niektóre dzielnice wyglądają jak wymarłe. Zieją pustką hale fabryczne, biura, domy mieszkalne i całe kwartały ulic Wielu opuściło miasto, bo nie  stać ich na życie w Dongguan bez stałego źródła dochodów. W ciągu kilku tygodni liczba mieszkańców 12-milionowej metropolii spadła o 30 procent. Chyba żadne chińskie miasto nie odczuło tak dotkliwie skutków światowego kryzysu gospodarczego

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

O AUTORZE /

Avatar

Pozostaw odpowiedź